Nazajutrz o siódmej czterdzieści siedem siedziałam w niewielkiej sali archiwum Dowództwa Marynarki Wojennej, z kubkiem zimnej kawy po lewej stronie i identyfikatorem Marka Nowaka po prawej.
Nie spałam prawie wcale.
Numer 47-19-B wracał do mnie za każdym razem, gdy zamykałam oczy.
Admirał Reed dotrzymał słowa. Nie dostałam żadnego przywileju, którego nie powinnam mieć. Otrzymałam wyłącznie dokumenty, do których pozwalały mi zajrzeć moje uprawnienia oraz materiały odtajnione po zakończeniu dochodzenia technicznego dotyczącego pożaru na „Mazurze”.
To wystarczyło.
Pierwszy raport nie zawierał niczego niezwykłego.
Drugi również.
Dopiero w trzecim znalazłam numer.
47-19-B.
Partia awaryjnych mechanizmów zamykających.
Producent: Kowalski Defence Systems.
Kontrola zgodności: zaliczona.
Dodatkowy audyt: anulowany.
Powód: „duplikacja procedury”.
Zmarszczyłam brwi.
— Kto anulował audyt? — zapytałam.
Siedzący naprzeciwko mnie komandor odpowiedzialny za archiwum przesunął palcem po ekranie.
— Według systemu wniosek został cofnięty przez stronę dostawcy.
— Nazwisko?
— Tu zaczyna się problem.
Odwrócił monitor w moją stronę.
Pole autoryzacji było puste.
Nie usunięte.
Puste od początku.
— To niemożliwe — powiedziałam.
— Teoretycznie.
— Praktycznie?
— Praktycznie ktoś użył konta administracyjnego.
Poczułam ucisk pod mostkiem.
— Kto miał do niego dostęp?
— Po naszej stronie trzy osoby. Po stronie wykonawcy… — zawahał się — jedna osoba z uprawnieniami integracyjnymi.
— Kto?
Spojrzał na mnie.
— Marek Nowak.
Przez kilka sekund słyszałam tylko szum wentylacji.
Spojrzałam na identyfikator leżący na stole.
To nie pasowało.
Marek próbował mnie ostrzec.
Dlaczego miałby anulować kontrolę partii, przed którą sam mnie przestrzegał?
Poprosiłam o historię logowań.
Po dwudziestu minutach miałam odpowiedź.
Konto Marka zostało użyte o 2:13 w nocy.
Tego samego dnia, kiedy według dokumentacji kadrowej Kowalski Defence Systems przebywał na zwolnieniu lekarskim.
— Mógł się zalogować z domu? — zapytałam.
Komandor pokręcił głową.
— To logowanie było z terminala w centrali firmy.
Zrobiło mi się zimno.
Ktoś użył jego danych.
Nie tylko mojego podpisu.
Jego tożsamości również.
Telefon zawibrował.
Matka.
Umówiłyśmy się w małej kawiarni niedaleko Skweru Kościuszki. Przyszła dziesięć minut wcześniej i wyglądała, jakby przez noc postarzała się o kilka lat.
Nie zamówiła niczego.
Położyła przede mną starą kopertę.
— Znalazłam to po gali.
Nie dotknęłam jej od razu.
— Gdzie?
— W sejfie Ryszarda.
Podniosłam wzrok.
— Otworzyłaś jego sejf?
— Znam kod od trzydziestu lat.
W jej głosie nie było dumy. Tylko zmęczenie.
Wyjęłam zawartość.
Trzy wydruki e-maili.
Pierwszy był od Marka Nowaka do ojca.
„Panie Prezesie, partia 47 wymaga natychmiastowego wstrzymania. Wyniki testów obciążeniowych zostały zmienione po mojej akceptacji.”
Drugi wysłano dwa dni później.
„Jeśli nie otrzymam odpowiedzi, zgłoszę sprawę bezpośrednio wojsku.”
Trzeci nie był e-mailem.
Był wydrukiem wiadomości wewnętrznej od ojca do działu prawnego.
„Nie podejmować żadnych działań bez mojego polecenia. Zabezpieczyć wszystkie materiały Nowaka.”
Serce zaczęło mi bić szybciej.
— Ojciec wiedział.
Matka spuściła wzrok.
— Tak.
— Od początku?
— Nie wiem.
— Mamo.
— Naprawdę nie wiem.
Uderzyłam dłonią w kopertę.
— Przez pięć lat milczałaś, a teraz nadal nie wiesz?
Kilka osób przy sąsiednim stoliku spojrzało w naszą stronę.
Ściszyłam głos.
— Co się stało z Markiem?
Matka zamknęła oczy.
— Ryszard powiedział mi, że przyjął pieniądze i wyjechał.
— Wierzyłaś mu?
— Chciałam wierzyć.
To była najbardziej uczciwa rzecz, jaką powiedziała od mojego powrotu.
Wzięłam trzeci wydruk.
Na dole znajdowała się odręczna notatka.
„C. załatwi resztę.”
Pismo ojca.
C.
Celina.
Wstałam tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało o podłogę.
Matka złapała mnie za rękę.
— Ewelina, zaczekaj.
— Nie.
— Jest coś jeszcze.
Zatrzymałam się.
Barbara patrzyła na mnie z przerażeniem.
— To, co zobaczyłaś wczoraj… podpisy Ryszarda i Celiny na piśmie przeciwko tobie… przez lata myślałam dokładnie to samo co ty.
Usiadłam powoli.
— Co masz na myśli?
— Wczoraj po raz pierwszy przyjrzałam się temu zdjęciu w powiększeniu. Parafa Celiny nie jest jej podpisem.
Milczałam.
— Jest bardzo podobna — mówiła matka. — Ale ja podpisywałam z nią dokumenty fundacji przez lata. Celina zawsze kończy „R” długą kreską w górę. Tutaj jej nie ma.
Spojrzałam na nią.
— Twierdzisz, że sfałszowano również jej podpis?
— Twierdzę, że to możliwe.
Przez sekundę chciałam się roześmiać.
To przecież Celina patrzyła na numer 47-19-B.
Celina spanikowała.
Celina powiedziała o sabotażu, choć ja nie użyłam tego słowa.
Wszystko prowadziło do niej.
A jednak…
Przypomniałam sobie, jak ojciec poprzedniego wieczoru uciszył ją natychmiast, gdy mówiła za dużo.
Nie jak wspólniczkę.
Jak kogoś, kto nie zna całej prawdy.
Pojechałam prosto do rodzinnego domu.
Celina była sama w salonie.
Kiedy weszłam, poderwała się z kanapy.
— Nie masz prawa tutaj—
Rzuciłam na stół identyfikator Marka.
Jej twarz straciła kolor.
— Powiedz mi, co oznacza 47-19-B.
— Już mówiłam—
— Nie pytam drugi raz.
Patrzyła na mnie długo.
Potem usiadła.
Cała jej wczorajsza arogancja zniknęła.
— To nie był numer partii — wyszeptała.
Zamarłam.
— Co?
— Nie w naszej firmie.
Przesunęła identyfikator palcem, jakby bała się go dotknąć.
— Partia miała inne oznaczenie produkcyjne. Czterdzieści siedem dziewiętnaście B to był kod wewnętrzny.
— Czego?
Spojrzała mi prosto w oczy.
— Programu oszczędnościowego ojca.
Poczułam, jak wszystko we mnie nieruchomieje.
Celina mówiła dalej:
— Zamieniano część certyfikowanych komponentów na tańsze odpowiedniki już po kontroli jakości. Dokumentacja zostawała ta sama. Marek to odkrył.
— A ty?
Jej oczy zaszkliły się ze strachu.
— Ja tylko zatwierdzałam faktury. Myślałam, że chodzi o podatki i marże. Ojciec powiedział mi, że jeśli zacznę zadawać pytania, zatopi firmę razem ze mną.
— Dlaczego wczoraj spanikowałaś?
— Bo znałam ten numer.
— I nic nie powiedziałaś.
— Bo przez pięć lat byłam przekonana, że Marek wziął pieniądze i uciekł.
— A teraz?
Celina spojrzała na identyfikator.
— Teraz wiem, że to kłamstwo.
— Skąd?
Jej dolna warga zadrżała.
— Bo trzy dni po jego rzekomej rezygnacji ojciec kazał mi podpisać wypłatę dwustu tysięcy złotych dla firmy konsultingowej, która nie miała żadnych pracowników.
— Jak się nazywała?
Celina przełknęła ślinę.
— Vektor Consulting.
Znałam tę nazwę.
Widziałam ją kilka godzin wcześniej w wojskowych archiwach.
Nie jako konsultanta.
Jako podmiot, który pięć lat temu wystawił ekspertyzę stwierdzającą, że pożar na „Mazurze” był wyłącznie wynikiem błędu obsługi.
Ekspertyzę, która oczyściła firmę mojego ojca z odpowiedzialności.
I wtedy zrozumiałam największy błąd, jaki popełniałam od powrotu.
Sądziłam, że sfałszowano mój podpis, żeby uciszyć mnie po odkryciu wadliwych części.
Było odwrotnie.
Mój podpis, podpis Celiny i konto Marka wykorzystano, żeby stworzyć trzy wygodne osoby odpowiedzialne za ślady.
Jedną uznano za niestabilną.
Drugą za chciwą.
Trzecią za zbiegłego pracownika.
A człowiek, który przez cały czas stał pośrodku wszystkiego, nie próbował jedynie ochronić reputacji firmy.
Ryszard Kowalski zbudował cały system tak, by każda katastrofa mogła zostać przypisana komuś innemu.
I po raz pierwszy pomyślałam coś, czego jeszcze wczoraj nie dopuszczałam do siebie.
Być może Celina nie była moim największym wrogiem.
Być może przez pięć lat obie żyłyśmy w historiach napisanych przez tego samego człowieka.







No comments yet