Rozrywka

Na urodzinach mamy brat odebrał mi klucz do rodzinnej restauracji i powiedział: „Nie masz już prawa tutaj wchodzić”

Przez kilka sekund patrzyłam na nazwisko Krystyny, jakbym miała nadzieję, że po trzecim przeczytaniu zmieni się w inne.

Nie zmieniło się.

Krystyna Nowak.

Siostra mojej matki.

Kobieta, która przychodziła do naszego domu w każdą Wigilię.

Która trzymała mnie za rękę na pogrzebie ojca.

Która jeszcze miesiąc wcześniej siedziała w „Pod Lipą”, piła herbatę z cytryną i mówiła mi, że Jan byłby dumny z tego, jak prowadzę restaurację.

A teraz jej nazwisko widniało na fakturze za przygotowanie dokumentów, które miały odebrać mi rodzinny biznes.

Usłyszałam kroki na korytarzu.

Natychmiast wsunęłam fakturę z powrotem pod drukarkę.


Paweł pojawił się w drzwiach.

— Gotowa?

— Prawie.

Spojrzał na karton.

— To wszystko?

— Tak.

Jego wzrok przesunął się po biurku.

Przez moment miałam wrażenie, że czegoś szuka.

— Nie dotykałaś dokumentów?

— Powiedziałeś, żebym zabrała swoje rzeczy.


— To nie była odpowiedź.

Spojrzałam na niego spokojnie.

— Nie zabrałam żadnych dokumentów.

Była to prawda.

Nie musiał wiedzieć, że mam zdjęcie.

Paweł podszedł do biurka i położył dłoń na drukarce.

Serce uderzyło mi mocniej.

— Marta.

— Co?

— Nie próbuj robić z tego wojny.


Prawie się roześmiałam.

— To ty zmieniłeś zamki.

— Bo musiałem zabezpieczyć firmę.

— Przede mną?

— Przed chaosem.

— Czyli przede mną.

Westchnął.

— Zawsze wszystko bierzesz osobiście.

To zdanie zabolało bardziej, niż powinno.

Ojciec często mówił, że Paweł miał wyjątkowy talent do ranienia ludzi w taki sposób, by chwilę później wmówić im, że sami są temu winni.


— Nie zamierzam się z tobą kłócić — powiedziałam.

Na jego twarzy pojawił się cień satysfakcji.

— I bardzo dobrze.

Wzięłam karton.

Kiedy przechodziłam obok niego, Paweł odezwał się jeszcze raz.

— Mama źle spała.

Zatrzymałam się.

— Co to ma znaczyć?

— To znaczy, że powinnaś do niej zadzwonić.

— Dlaczego ja?


— Bo wczoraj zrobiłaś jej scenę na urodzinach.

Odwróciłam się powoli.

— To ja zrobiłam scenę?

— Wiesz, o co mi chodzi.

— Nie. Nie wiem.

— Marta, ona ma sześćdziesiąt lat. Nie potrzebuje stresu.

Patrzyłam na niego i nagle zrozumiałam, co próbował zrobić.

Przygotować narrację.

On był rozsądnym synem, który ratował firmę.

Ja miałam być rozgoryczoną córką, która atakowała własną matkę.


— Powiedz jej, że zadzwonię później.

— Sama jej powiedz.

— Później.

Wyszłam.

Na parkingu wsadziłam karton do bagażnika i natychmiast zadzwoniłam do Michała.

Odebrał po pierwszym sygnale.

— Masz coś?

— Tak.

— Co?

— Fakturę.


Opisałam ją dokładnie.

Kiedy powiedziałam nazwisko Krystyny, po drugiej stronie zapadła cisza.

— Michał?

— Jestem.

— Zna pan ją?

— Oczywiście.

— Ale wiedział pan, że mogła być w to zamieszana?

— Nie.

Brzmiał szczerze.

— Za życia twojego ojca Krystyna trzymała stronę Teresy praktycznie w każdej rodzinnej sprawie. Jan jej nie ufał, ale nigdy nie powiedział mi, żeby podejrzewał ją o coś takiego.


— Dlaczego jej nie ufał?

— Uważał, że za bardzo interesuje ją majątek rodziny.

To nie był jeszcze dowód.

Ale wystarczyło, żeby przypomniało mi się kilka rzeczy.

Po pogrzebie ojca Krystyna bardzo szybko zaczęła pytać mamę o testament.

Pamiętałam, jak siedziały w kuchni.

Ja weszłam po kawę.

Krystyna od razu zmieniła temat.

Wtedy uznałam, że rozmawiały o czymś prywatnym.

Teraz nie byłam już tego taka pewna.


— Co mam zrobić? — zapytałam.

— Przyjedź do kancelarii.

— Myślałam, że mieliśmy jechać do sądu.

— Najpierw chcę zobaczyć zdjęcie faktury.

Po czterdziestu minutach siedziałam już w jego gabinecie.

Kancelaria Michała znajdowała się na pierwszym piętrze starej kamienicy w Puławach.

Na ścianach wisiały dyplomy, stare fotografie miasta i czarno-białe zdjęcie jego oraz mojego ojca sprzed prawie trzydziestu lat.

Podałam mu telefon.

Przybliżył zdjęcie faktury.

— Firma nazywa się Vesta Consulting.


— Zna pan?

— Nie.

Wpisał nazwę do komputera.

Po chwili pojawiły się dane spółki.

Warszawa.

Założona cztery lata wcześniej.

Zakres działalności szeroki: doradztwo, restrukturyzacje, zarządzanie aktywami.

— Właściciel? — zapytałam.

Michał przewinął ekran.

— Aleksander Wrona.

Nazwisko nic mi nie mówiło.

— Kim jest?

— Sprawdzimy.

Kilka minut później znaleźliśmy coś ciekawszego.

Aleksander Wrona był wcześniej wspólnikiem w firmie zajmującej się pośrednictwem przy sprzedaży nieruchomości komercyjnych.

Jednym z jego dawnych klientów była sieć hoteli butikowych.

Michał zmarszczył brwi.

— To może nic nie znaczyć.

— Ale?

— Ale „Pod Lipą” stoi na bardzo atrakcyjnej działce.

Poczułam nieprzyjemny ucisk.

— Paweł mówił, że chce prowadzić restaurację.

— Ludzie mówią różne rzeczy.

— Myśli pan, że chce ją sprzedać?

— Jeszcze niczego nie myślę.

Znałam już ten ton.

Oznaczał, że właśnie zaczął coś podejrzewać.

Telefon Michała zadzwonił.

Spojrzał na ekran.

— To kancelaria z Lublina.

Odebrał.

Rozmowa trwała niecałe trzy minuty.

Im dłużej słuchał, tym bardziej jego twarz stawała się poważna.

Kiedy się rozłączył, usiadł naprzeciwko mnie.

— Oryginał aneksu twojego ojca istnieje.

Wypuściłam powietrze.

Dopiero wtedy zorientowałam się, że je wstrzymywałam.

— Czyli mamy go.

— Tak. Ale jest problem.

Oczywiście.

— Jaki?

— Dwa tygodnie temu ktoś próbował uzyskać jego kopię.

Zrobiło mi się zimno.

— Kto?

— Krystyna.

Nie odpowiedziałam.

— Na jakiej podstawie?

— Twierdziła, że działa w imieniu twojej matki.

— Miała pełnomocnictwo?

— Miała dokument.

— Prawdziwy?

— Tego nie wiem.

Michał oparł się w fotelu.

— Kancelaria odmówiła wydania aneksu, bo dokument nie dawał jej prawa do dostępu do depozytu.

— Czyli wiedziała o aneksie.

— Co najmniej wiedziała, że coś zostało zdeponowane.

To zmieniało wszystko.

Krystyna nie pomagała Pawłowi przypadkiem.

Szukała zabezpieczenia, które ojciec stworzył specjalnie przeciwko takim działaniom.

— Skąd mogła wiedzieć?

— Od Teresy. Od Pawła. Albo znalazła jakąś informację w papierach Jana.

Miałam nagle ochotę pojechać do mamy.

Usiąść naprzeciwko niej.

Położyć zdjęcie faktury na stole.

Zapytać, ile naprawdę wie.

Michał chyba odczytał to z mojej twarzy.

— Nie jedź do niej.

— To moja matka.

— Wiem.

— Muszę z nią porozmawiać.

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

— Bo nie wiesz, czy powie prawdę Pawłowi albo Krystynie.

Te słowa zabolały.

Ale były prawdziwe.

— Więc co teraz?

Michał zamknął laptop.

— Teraz składamy sprzeciw wobec wpisu.

— Dzisiaj?

— Natychmiast.

— I co to da?

— Może zablokować dalsze rozporządzanie nieruchomością do czasu wyjaśnienia sprawy.

— Czyli Paweł nie będzie mógł jej sprzedać?

— Jeśli zadziałamy wystarczająco szybko, będzie mu bardzo trudno.

To „jeśli” nie podobało mi się ani trochę.

Przez następne dwie godziny podpisywałam dokumenty.

Tym razem czytałam każdą stronę dwa razy.

Michał wysłał również formalne zapytanie dotyczące aktu rzekomo sporządzonego przez jego kancelarię.

O 13:17 dostałam wiadomość od mamy.

„Córeczko, przyjedź wieczorem. Musimy porozmawiać bez Pawła.”

Pokazałam ją Michałowi.

— Nie odpowiadaj od razu.

— To mama.

— Wiem.

— A jeśli chce mi wszystko powiedzieć?

— A jeśli Paweł stoi obok niej?

Nie odpowiedziałam.

Po kilku minutach napisałam tylko:

„Przyjadę o 18.”

Michał nie wyglądał na zachwyconego.

— Nie mów jej o nagraniu.

— Dobrze.

— Ani o aneksie.

— Dobrze.

— Ani o sprzeciwie.

— Rozumiem.

Kiedy wychodziłam z kancelarii, zadzwonił mój telefon.

Ania.

Kelnerka z restauracji.

Odebrałam.

— Marta?

Mówiła szeptem.

— Tak.

— Możesz rozmawiać?

— Tak. Co się stało?

— Paweł kazał nam dzisiaj podpisać nowe umowy.

Zatrzymałam się na chodniku.

— Jakie umowy?

— Z nową spółką.

— Podpisałaś?

— Nie jeszcze.

— Dlaczego?

— Bo jest tam coś dziwnego.

— Co?

— W umowie jest napisane, że restauracja może zostać zamknięta na czas „modernizacji i zmiany profilu działalności”.

Poczułam, jak serce przyspiesza.

— Powiedział, co to znaczy?

— Nie.

Ania zawahała się.

— Marta… rano był tutaj jakiś mężczyzna.

— Jaki?

— Garnitur. Około pięćdziesiątki. Przyjechał czarnym mercedesem. Paweł oprowadzał go po sali, ogrodzie i zapleczu.

— Słyszałaś nazwisko?

— Nie.

— Rozmawiali o czymś?

— Tylko urywki.

— Jakie?

Cisza.

— Ania?

— Ten mężczyzna zapytał Pawła, czy „właścicielka nadal może zablokować transakcję”.

Poczułam lodowaty chłód.

— A Paweł?

— Powiedział: „Nie po dzisiejszym dniu.”

Rozłączyłam się kilka minut później.

Natychmiast zadzwoniłam do Michała.

Powtórzyłam mu wszystko.

Tym razem nie powiedział, żebyśmy nie wyciągali wniosków.

— Marta, słuchaj mnie uważnie.

— Słucham.

— Jedź do domu. Nie do restauracji.

— A mama?

— Spotkaj się z nią, ale nie zostawiaj telefonu ani dokumentów bez nadzoru.

— Naprawdę uważa pan, że jest aż tak źle?

— Uważam, że Paweł może próbować zrobić coś szybciej, niż zakładaliśmy.

O 17:58 zaparkowałam przed domem mamy.

Jej samochód stał na podjeździe.

Pawła nie było.

Zapukałam.

Mama otworzyła po chwili.

Wyglądała na starszą niż poprzedniego dnia.

Bez makijażu.

Z podkrążonymi oczami.

— Wejdź.

Usiadłyśmy w kuchni.

Na stole czekała herbata.

Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała.

W końcu mama zaczęła płakać.

— Ja nie chciałam, żeby tak wyszło.

Nie pocieszyłam jej.

— Jak miało wyjść?

— Paweł powiedział, że tylko uporządkuje sprawy.

— Jakie sprawy?

— Firmowe.

— Mamo.

Spojrzała na mnie.

— Co podpisałaś?

Jej dłonie zaczęły drżeć.

— Kilka dokumentów.

— Jakich?

— Nie wiem.

To było chyba najgorsze, co mogła powiedzieć.

— Podpisałaś dokumenty dotyczące restauracji i nie wiesz jakie?

— Krystyna powiedziała, że wszystko sprawdziła.

A więc jednak.

— Od kiedy ciotka Krystyna zajmuje się dokumentami Pawła?

Mama milczała.

— Mamo.

— Od paru miesięcy.

— Dlaczego?

— Paweł potrzebował pomocy.

— Do czego?

Nie odpowiedziała.

Pochyliłam się do przodu.

— Czy wiedziałaś, że na dokumentach jest mój podpis?

Twarz mamy zmieniła się.

To wystarczyło.

— Wiedziałaś.

— Paweł powiedział, że dałaś mu pełnomocnictwo.

— Kiedy?

— Nie wiem.

— Mamo, byłam w Portugalii.

— Wiem.

— Więc jak mogłam podpisać dokument osiemnastego marca?

— On powiedział, że podpisałaś wcześniej.

Dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczoru.

Historia przygotowana z góry.

— Widziałaś mnie podpisującą cokolwiek?

— Nie.

— Rozmawiałaś ze mną o tym?

— Nie.

— A mimo to podpisałaś swoje dokumenty.

Mama rozpłakała się mocniej.

— Bałam się o Pawła.

— A o mnie się nie bałaś?

— Ty zawsze sobie radzisz.

To zdanie uderzyło mnie najmocniej.

Nie dlatego, że było okrutne.

Dlatego, że prawdopodobnie tłumaczyło wszystko.

Paweł potrzebował ratunku.

Ja „zawsze sobie radziłam”.

Więc można było zabrać coś mnie, żeby uratować jego.

— Czy restauracja ma być sprzedana?

Mama poderwała głowę.

— Co?

— Pytam, czy Paweł chce ją sprzedać.

— Nie.

Odpowiedziała zbyt szybko.

— Mamo.

— Powiedział, że może pojawić się inwestor.

— Jaki inwestor?

— Nie wiem.

— Hotel?

Zbladła.

I wtedy wiedziałam.

— Mamo.

— To nie miała być sprzedaż.

— Co miało być?

— Paweł powiedział, że inwestor włoży pieniądze w budynek. Powstanie kilka pokoi dla turystów. Restauracja zostanie.

— A działka?

— Nie wiem.

— Krystyna wiedziała o aneksie taty?

Mama podniosła oczy.

Natychmiast pożałowałam pytania.

Powiedziałam za dużo.

— Jakim aneksie?

— Nieważne.

Ale już było za późno.

Jej telefon leżący na stole zawibrował.

Spojrzała na ekran.

Ja też.

Wiadomość od Krystyny.

Na ekranie było widać pierwszą linijkę:

„Czy Marta już pytała o dokument Jana?”

Mama chwyciła telefon.

Za późno.

Przeczytałam.

Spojrzałyśmy na siebie.

— Dlaczego Krystyna pyta o dokument taty?

— Marta…

— Odpowiedz.

— Ja naprawdę nie wiem wszystkiego.

— To powiedz mi to, co wiesz.

Mama zakryła twarz dłońmi.

A potem wyszeptała:

— Twój ojciec zostawił jeszcze jeden dokument.

Zamarłam.

— Jaki?

Spojrzała na mnie przez łzy.

— Taki, o którym Michał prawdopodobnie nawet nie wie.

Nie zdążyłam zapytać nic więcej.

Na podjazd wjechał samochód.

Mama spojrzała w stronę okna.

Jej twarz pobladła.

Ja również spojrzałam.

Czarny mercedes.

Ten sam typ samochodu, o którym mówiła Ania.

Drzwi kierowcy otworzyły się.

Wysiadł z nich elegancki mężczyzna około pięćdziesiątki.

Z miejsca pasażera wysiadła Krystyna.

Mama wyszeptała:

— Oni nie mieli tutaj przyjeżdżać.

Spojrzałam na nią.

— Kim jest ten mężczyzna?

Tym razem odpowiedziała od razu.

— Człowiekiem, który chce kupić „Pod Lipą”.

Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.

No comments yet