— Kobietę z dwojgiem oczu? — powtórzyłam, nie rozumiejąc.
Jan skinął głową, ale zaraz spuścił wzrok na moje dłonie. Woreczek był niewielki, uszyty z granatowego materiału, wytartego na rogach. Niebieska tasiemka wyglądała tak, jakby ktoś rozwiązywał ją i zawiązywał setki razy. Poczułam pod palcami coś twardego, płaskiego, może metalowego.
— Mama zawsze tak mówiła?
— Nie. — Jan przełknął ślinę. — Tylko wtedy, kiedy mówiła o pani.
Poczułam chłód na karku.
— Jan, możesz mówić mi Emilia. I muszę cię o coś zapytać. Gdzie jest twoja mama?
Chłopiec zacisnął zdrową dłoń na kocu. Widziałam, jak walczy ze sobą, jak jedenastolatek próbuje zrobić coś, do czego żadne dziecko nie powinno być zmuszane: zdecydować, któremu dorosłemu można zaufać.
— Nie wiem.
— Była z tobą w samochodzie?
Zaprzeczył gwałtownie.
— Jechałem z panem Robertem.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
— Kim jest pan Robert?
Jan otworzył usta, lecz zanim odpowiedział, do sali weszła pielęgniarka. Sprawdziła monitor i rzuciła mi krótkie, znaczące spojrzenie.
— Policja jest już w drodze. Chcą porozmawiać z chłopcem.
Jan natychmiast zesztywniał.
— Nie.
— Wszystko w porządku — powiedziałam odruchowo.
— Nie! — Jego głos pękł. — Nie mogą wiedzieć.
Pielęgniarka zatrzymała się przy drzwiach.
— Czego nie mogą wiedzieć?
Jan spojrzał na mnie. W jego oczach pojawiły się łzy.
— Że ją znalazłem.
Wskazał woreczek.
Pielęgniarka przez chwilę milczała, po czym powiedziała, że da nam kilka minut. Gdy drzwi się zamknęły, usiadłam na krześle przy łóżku.
— Jan, posłuchaj mnie. Nie wiem, co się wydarzyło, ale jeśli ktoś zrobił krzywdę tobie albo twojej mamie, policja może wam pomóc.
Na jego twarzy pojawiło się coś znacznie gorszego od strachu.
Niedowierzanie.
— Mama też tak kiedyś myślała.
Te słowa sprawiły, że przestałam oddychać.
Rozwiązałam tasiemkę.
W środku znajdowały się trzy przedmioty: stary srebrny klucz, złożona na czworo fotografia i maleńki pendrive. Najpierw sięgnęłam po zdjęcie.
I wtedy wszystko wokół mnie jakby ucichło.
Fotografia miała co najmniej kilkanaście lat. Dwie młode kobiety siedziały na drewnianym pomoście nad jeziorem. Jedna z nich była Magdaleną.
Druga była mną.
Miałam dwadzieścia lat.
Pamiętałam tamten dzień. Mazury, lato po drugim roku studiów. Magdalena śmiała się wtedy, bo próbowałam nauczyć ją pływać, choć panicznie bała się głębokiej wody. Byłyśmy nierozłączne przez prawie cztery lata.
A potem pewnego dnia zniknęła.
Bez pożegnania.
Bez telefonu.
Bez wyjaśnienia.
Przez pierwsze miesiące szukałam jej obsesyjnie. Dzwoniłam do wspólnych znajomych, jeździłam pod mieszkanie jej matki, pisałam wiadomości, które pozostawały bez odpowiedzi. W końcu dostałam jeden krótki e-mail.
„Nie szukaj mnie. Tak będzie bezpieczniej.”
Nigdy nie zrozumiałam, co miała na myśli.
Odwróciłam fotografię.
Na odwrocie widniały dwa ręcznie narysowane oczy.
Poczułam, jak coś ściska mi klatkę piersiową.
— To właśnie znaczyła?
Jan przytaknął.
— Mama mówiła, że pani będzie wiedziała.
— Ale nie wiem.
To chyba przestraszyło go bardziej niż wszystko inne.
Wzięłam pendrive.
— Co na nim jest?
— Nie wiem. Mama zabroniła mi go podłączać.
— A klucz?
— Do skrytki.
— Jakiej skrytki?
Jan rozejrzał się w stronę drzwi, jakby spodziewał się, że ktoś nas podsłuchuje.
— Na dworcu.
— Którym?
— Warszawa Centralna. Numer sto siedemnaście.
Zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek więcej, na korytarzu rozległy się męskie głosy.
Jan pobladł.
— To oni?
— Prawdopodobnie policjanci.
— Emilia…
Chwycił mnie za rękę.
— Mama powiedziała jeszcze jedną rzecz.
Pochyliłam się.
— Jaką?
— Żebym nie mówił nikomu, gdzie jest skrytka. Nawet policji.
Przez chwilę patrzyłam na niego bez słowa. Wiedziałam, że nie mogę obiecać dziecku ukrywania informacji dotyczących wypadku. Jednocześnie coś w sposobie, w jaki Magdalena przygotowała woreczek, zapisała moje dane w kurtce syna i użyła symbolu z naszej wspólnej przeszłości, mówiło mi, że nie działała przypadkowo.
Ktoś zapukał.
Do sali weszło dwóch policjantów. Starszy przedstawił się jako aspirant Marek Zieliński. Młodsza funkcjonariuszka nazywała się Natalia Borowska.
Zieliński usiadł kilka kroków od łóżka.
— Jan, chcemy tylko ustalić, co wydarzyło się dziś wieczorem.
Chłopiec milczał.
— Samochód, którym jechałeś, znaleziono przy A2. Kierowcy nie było na miejscu.
Spojrzałam na niego.
— Jak to: nie było?
— Ratownicy znaleźli chłopca poza samochodem. Według wstępnych ustaleń ktoś wyciągnął go z pojazdu przed przyjazdem służb.
— Pan Robert — wyszeptał Jan.
Zieliński pochylił się lekko.
— Robert Blackwell?
Jan przytaknął.
— To twój ojciec?
Chłopiec spojrzał na mnie.
— Nie.
Policjant zmarszczył brwi.
— Dokumenty znalezione w samochodzie wskazują coś innego.
— On nie jest moim tatą.
Zapadła cisza.
Zieliński zanotował coś w notesie.
— Gdzie jest twoja mama?
Jan znów zamilkł.
Widziałam, jak zaciska szczękę.
— Jan — powiedział policjant łagodniej — znaleźliśmy w samochodzie jej telefon.
Chłopiec gwałtownie podniósł głowę.
— Co?
— Telefon Magdaleny Cole. Był schowany pod siedzeniem pasażera.
Tym razem nawet ja poczułam niepokój.
— Skoro nie było jej w samochodzie, dlaczego był tam jej telefon?
Zieliński spojrzał na mnie.
— Właśnie próbujemy to ustalić.
Przesłuchanie trwało jeszcze kilkanaście minut, ale Jan prawie przestał odpowiadać. Policjanci w końcu wyszli, obiecując wrócić rano. Ponieważ nie udało się odnaleźć żadnego prawnego opiekuna, chłopiec miał zostać tej nocy w szpitalu pod nadzorem.
Kiedy zostaliśmy sami, Jan wyglądał na wyczerpanego.
— Powinieneś odpocząć.
— Pani odejdzie?
To pytanie zabolało mnie w sposób, którego się nie spodziewałam.
— Będę tutaj, dopóki nie zaśniesz.
— Mama mówiła, że pani taka jest.
Znieruchomiałam.
— Jaka?
— Że nawet kiedy się pani boi, zostaje pani.
Odwróciłam twarz, żeby nie zobaczył mojej reakcji.
Magdalena znała mnie kiedyś lepiej niż ktokolwiek.
Usiadłam przy oknie. Po kilku minutach oddech Jana stał się spokojniejszy. Wtedy wyjęłam telefon.
Nie zamierzałam podłączać pendrive'a do własnego komputera. Ale mogłam przynajmniej sprawdzić nazwisko Robert Blackwell.
Wyszukiwanie przyniosło kilka wyników.
Robert Blackwell, czterdzieści sześć lat. Konsultant finansowy. Współwłaściciel firmy doradczej działającej w Warszawie i Berlinie.
Na jednym ze zdjęć stał przed nowoczesnym biurowcem w ciemnym garniturze.
Przybliżyłam fotografię.
Nie znałam go.
A jednak coś w jego twarzy wywoływało dziwne poczucie znajomości.
Przesunęłam niżej.
I wtedy zobaczyłam artykuł sprzed jedenastu lat.
Zdjęcie przedstawiało Roberta podczas gali charytatywnej. Obok niego stał starszy mężczyzna.
Przestałam oddychać.
Znałam tego człowieka.
Profesor Aleksander Wysocki.
Mój ojciec.
Kliknęłam artykuł drżącym palcem.
Ojciec zmarł dziewięć lat temu. Przez całe życie był wykładowcą ekonomii i doradcą kilku fundacji. Nigdy nie wspominał nazwiska Blackwell.
A jednak podpis pod fotografią brzmiał:
„Robert Blackwell wraz ze swoim wieloletnim mentorem, profesorem Aleksandrem Wysockim”.
Wieloletnim mentorem.
Patrzyłam na te dwa słowa, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Za plecami usłyszałam ruch.
Jan nie spał.
— Znała pani mojego ojca? — zapytał.
Odwróciłam się.
— Powiedziałeś, że Robert nie jest twoim ojcem.
— Bo nie jest.
Chłopiec powoli podniósł się na łokciu.
— Pytam o mojego prawdziwego ojca.
Serce uderzyło mi mocniej.
— Kim on jest?
Jan patrzył na zdjęcie mojego ojca na ekranie.
— Nie wiem. Mama nigdy nie powiedziała mi nazwiska.
Urwał.
— Ale powiedziała, że pani ojciec wiedział.
W tej samej chwili mój telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Otworzyłam wiadomość.
Było tam tylko jedno zdanie:
„Emilio, jeśli Jan jest z tobą, nie jedź na policję. Idź do skrytki 117, zanim zrobi to Robert.”
Pod spodem znajdowało się zdjęcie wykonane zaledwie kilka sekund wcześniej.
Przedstawiało mnie siedzącą przy szpitalnym łóżku Jana.
Ktoś fotografował nas przez szybę w drzwiach.







No comments yet