Przez kilka sekund patrzyłam na zdjęcie, nie rozumiejąc, dlaczego mój mąż znalazł się w teczce oznaczonej klauzulą tajności.
Marcin siedział przy stoliku w niewielkiej kawiarni. Naprzeciwko niego znajdował się mężczyzna w ciemnym płaszczu. Obaj pochylali się nad czymś, czego nie było dokładnie widać na fotografii.
Na drugim zdjęciu Marcin wychodził z podziemnego parkingu tego samego hotelu.
Na trzecim ściskał temu mężczyźnie dłoń.
— Kto to jest? — zapytałam.
Generał Zieliński zamknął drzwi pomieszczenia.
— Viktor Hahn. Oficjalnie regionalny konsultant firmy NordVektor Defence. Nieoficjalnie człowiek, którego od miesięcy obserwujemy z powodu podejrzeń o próbę pozyskiwania informacji dotyczących polskich kontraktów obronnych.
Poczułam, jak wszystkie emocje znikają.
Zostało tylko zimne skupienie.
— Od kiedy obserwujecie Marcina?
— Nie obserwowaliśmy pani męża — odpowiedział generał. — Obserwowaliśmy Hahna. Pani mąż pojawił się przy nim przypadkiem.
Przesunął w moją stronę kolejne zdjęcia.
Daty znajdowały się w prawym dolnym rogu.
Pierwsze wykonano trzy miesiące temu.
Drugie sześć tygodni później.
Trzecie poprzedniego wieczoru.
Wieczoru mojego awansu.
Uniosłam wzrok.
— Wczoraj?
— O dziewiętnastej czterdzieści dwie.
Próbowałam odtworzyć ten dzień.
Ceremonia zakończyła się kilka minut po osiemnastej. Marcin napisał mi wtedy, że nie przyjedzie, bo w salonie samochodowym pojawił się ważny klient.
Powiedział, że jest ze mnie dumny.
Dodał nawet czerwone serce.
O dziewiętnastej czterdzieści dwie siedział przy stoliku z człowiekiem objętym tajnym śledztwem wojskowego wywiadu.
— Co przekazał? — zapytałam.
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Czy miał dostęp do informacji niejawnych?
— Bezpośrednio? Nie.
Odetchnęłam.
Tylko przez sekundę.
Generał nie skończył.
— Ale mieszkał z panią.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Spojrzałam na niego.
— Nigdy nie przynosiłam do domu dokumentów operacyjnych.
— Wierzę pani.
— Nigdy nie udostępniłam mu haseł.
— Tego również nie sugeruję.
— Więc czego szukacie?
Generał oparł dłonie na stole.
— Rutyny. Terminów. Nazwisk. Informacji o tym, kiedy pani wyjeżdża, kiedy wraca, z kim się spotyka, kiedy ma odprawy. Czasem człowiek nie potrzebuje dokumentu oznaczonego „tajne”, żeby zbudować użyteczny obraz.
Przypomniałam sobie wszystkie pytania Marcina, które przez lata uważałam za irytujące, ale nieszkodliwe.
„O której jutro wychodzisz?”
„Znowu jedziesz do Warszawy?”
„Ten generał, o którym mówiłaś, nadal tam pracuje?”
„Ile potrwa ta odprawa?”
„Kiedy dostaniesz decyzję o awansie?”
Poczułam ciężar w klatce piersiowej.
— Muszę zostać odsunięta od sprawy — powiedziałam.
Zieliński skinął głową.
— Już to zrobiłem.
Powinnam poczuć ukłucie urażonej dumy.
Zamiast tego poczułam ulgę.
— Dobrze.
Spojrzał na mnie uważnie.
— Nie jest pani podejrzana.
— Nie ma znaczenia. Jestem zbyt blisko.
Po raz pierwszy tego ranka zobaczyłam na jego twarzy coś przypominającego aprobatę.
— Dokładnie.
Do pomieszczenia weszła kobieta około pięćdziesiątki w granatowej marynarce. Przedstawiła się jako podpułkownik Joanna Krawiec z wojskowego pionu prawnego.
Położyła przede mną formularz.
— Od tej chwili wszystkie informacje dotyczące pani męża, które mogą mieć związek z postępowaniem kontrwywiadowczym, przekazuje pani wyłącznie wyznaczonemu zespołowi. Nie prowadzi pani własnego śledztwa.
— Rozumiem.
— Nie zagląda pani do jego telefonu.
— Rozumiem.
— Nie próbuje pani prowokować rozmów.
— Rozumiem.
— I przede wszystkim nie wraca pani sama do domu.
Tym razem zawahałam się.
— Tam są moje rzeczy.
— Rzeczy można odzyskać później.
Jej wzrok przesunął się na skaleczenia na mojej głowie.
— Pani bezpieczeństwo jest teraz ważniejsze.
Telefon zawibrował na stole.
Marcin.
Nie odebrałam.
Po kilku sekundach pojawiła się wiadomość.
„Co ty do cholery zrobiłaś z kontami?”
Druga przyszła niemal natychmiast.
„Mama stoi przy aptece i jej karta nie działa.”
Trzecia.
„Masz NATYCHMIAST to naprawić.”
Podpułkownik Krawiec wyciągnęła rękę.
— Mogę?
Podałam jej telefon.
Marcin zadzwonił ponownie.
Odrzuciła połączenie.
Minutę później pojawiła się wiadomość głosowa.
Funkcjonariusz prowadzący sprawę uruchomił nagrywanie zabezpieczające, a następnie odtworzyliśmy wiadomość na głośniku.
Głos Marcina był tak głośny, że wypełnił cały pokój.
— Przestań robić przedstawienie. Wracaj do domu i odblokuj pieniądze. Jeśli zgłosiłaś gdziekolwiek tę historię z mamą, natychmiast to wycofaj. Sama ją sprowokowałaś. I nie próbuj robić ze mnie przestępcy przez jakieś papiery z banku. Wszystko było robione dla naszej rodziny.
Spojrzałam na adwokatkę.
— „Jakieś papiery z banku” — powtórzyłam.
Krawiec uniosła brwi.
— Czy mówiła mu pani, że wie o refinansowaniu?
— Nie.
Nikt przez chwilę się nie odezwał.
To oznaczało jedno.
Marcin wiedział, że fałszerstwo zostało odkryte, mimo że ja mu o tym nie powiedziałam.
— Bank? — zapytał funkcjonariusz.
— Albo ktoś zaangażowany w transakcję — odpowiedziała Krawiec.
Mój prywatny telefon zadzwonił ponownie.
Tym razem była to moja adwokat.
Włączyłam głośnik.
— Mamy pierwszy sukces — powiedziała bez powitania. — Bank zabezpieczył dokumentację i wstrzymał dalsze operacje związane z kredytem. Ich dział przeciwdziałania nadużyciom potwierdził również coś istotnego.
— Co?
— Wniosek został złożony elektronicznie z wykorzystaniem kopii pani dokumentów tożsamości.
— Marcin miał do nich dostęp.
— To jeszcze nie wszystko. Potwierdzenie tożsamości wykonano za pomocą numeru telefonu, który formalnie od dziewięciu miesięcy figuruje na pani nazwisko.
Zamarłam.
— Mam tylko jeden numer.
— Wiem.
Podpułkownik Krawiec natychmiast się wyprostowała.
— Druga karta SIM?
— Najprawdopodobniej.
Adwokat mówiła dalej.
— Operator telekomunikacyjny już zabezpiecza dane. Na razie niczego nie przesądzamy, ale wygląda na to, że ktoś mógł utworzyć dodatkowy numer albo duplikat karty, wykorzystując pani dane.
Przypomniałam sobie dzień sprzed niemal roku.
Marcin powiedział wtedy, że zmienia operatora i może przy okazji „załatwić lepszy pakiet rodzinny”.
Poprosił mnie o skan dowodu.
Wysłałam mu go bez zastanowienia.
Był moim mężem.
Dwadzieścia dwie lata służby nauczyły mnie nie ufać obcym ludziom.
Nikt nie nauczył mnie, jak wygląda zagrożenie, kiedy śpi obok ciebie.
Po zakończeniu rozmowy generał Zieliński powiedział:
— Chcę, żeby pani dziś skupiła się na objęciu stanowiska. Resztą zajmą się odpowiednie służby.
— Z całym szacunkiem, panie generale, mój mąż może być powiązany z celem operacji.
— Właśnie dlatego nie będzie się pani tym zajmować.
Miał rację.
I nienawidziłam tego.
Ale dyscyplina nie polegała na robieniu tego, czego chciałam.
Polegała na zrobieniu tego, co należało.
O dziesiątej trzydzieści stanęłam po raz pierwszy przed oficerami jednostki, którą miałam dowodzić.
Miałam ogoloną głowę.
Na skórze widniały cienkie czerwone ślady.
Nikt nie zapytał, dlaczego.
Stanęłam przed nimi wyprostowana.
— Nie będę żądała od państwa niczego, czego sama nie jestem gotowa zrobić — powiedziałam. — Dyscyplina. Uczciwość. Odpowiedzialność. A przede wszystkim: jeśli coś wygląda nieprawidłowo, nie odwracamy wzroku tylko dlatego, że wygodniej byłoby tego nie widzieć.
Kiedy skończyłam, w sali panowała całkowita cisza.
Potem wszyscy jednocześnie wstali.
Po raz pierwszy od momentu przebudzenia poczułam coś innego niż zdradę.
Poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami.
Nie trwało to długo.
O 11:18 podpułkownik Krawiec poprosiła mnie na korytarz.
Trzymała tablet.
— Policja udała się pod pani adres — powiedziała.
— Zastali ich?
— Elżbietę tak.
— A Marcina?
— Nie.
— Gdzie jest?
— Tego jeszcze nie wiemy.
Pokazała mi obraz z monitoringu znajdującego się dwie ulice od naszego domu.
O 9:06 Marcin wyszedł z budynku z plecakiem i małą walizką.
O 9:11 wsiadł do srebrnego samochodu.
Nie należał do niego.
Na miejscu kierowcy siedziała kobieta.
Powiększono obraz.
Rozpoznałam twarz.
Widziałam ją poprzedniego wieczoru w dokumentach dotyczących domu kupionego za pieniądze z refinansowania.
Kobieta, z którą Marcin był współwłaścicielem nieruchomości.
— Nazywa się Magdalena Sawicka — powiedziała Krawiec. — Trzydzieści osiem lat. Doradca kredytowy.
Wpatrywałam się w ekran.
— To ona przeprowadziła refinansowanie?
— Bank właśnie to sprawdza.
Krawiec przesunęła palcem po ekranie.
Pojawiło się kolejne zdjęcie.
Tym razem z obserwacji prowadzonej przez wojskowy wywiad.
Magdalena wychodziła z tego samego hotelu, w którym dzień wcześniej sfotografowano Marcina z Viktorem Hahnem.
Data była sprzed sześciu tygodni.
Spojrzałam na Krawiec.
— Ona również spotykała się z Hahnem?
— Tego nie możemy jeszcze potwierdzić.
— Ale była tam.
— Tak.
Nagle elementy, które dotąd wyglądały jak osobne zdrady, zaczęły układać się w jeden obraz.
Fałszywy podpis.
Kredyt.
Dom.
Drugi numer telefonu.
Kochanka.
Zagraniczna firma zbrojeniowa.
I mój awans na stanowisko, które dawało mi dostęp do informacji, za które obce podmioty mogły zapłacić ogromne pieniądze.
Poczułam zimno.
— Czy Marcin wiedział wcześniej, jakie stanowisko mam otrzymać?
— To właśnie próbujemy ustalić.
— Wiedział, że czekam na decyzję.
— Czy znał nazwę jednostki?
Otworzyłam usta.
I wtedy przypomniałam sobie rozmowę sprzed dwóch tygodni.
Siedzieliśmy w kuchni.
Marcin nalał mi wina.
Był niezwykle miły.
Pytał, czy awans oznacza przeprowadzkę.
Czy dostanę służbowy samochód.
Czy będę częściej pracowała z ludźmi z zagranicy.
Odpowiadałam ogólnie.
Nic tajnego.
Ale być może wystarczająco dużo.
— Mógł się domyślić — powiedziałam.
Telefon Krawiec zawibrował.
Przeczytała wiadomość.
Jej twarz natychmiast się zmieniła.
— Co się stało?
Nie odpowiedziała od razu.
Spojrzała na mnie.
— Zespół właśnie przeanalizował nagranie z wczorajszego spotkania Marcina z Hahnem.
Serce uderzyło mi mocniej.
— Jest dźwięk?
— Fragmentaryczny.
— Co powiedział?
Krawiec zawahała się tylko sekundę.
— Hahn zapytał pani męża, czy „nowa dowódczyni” zaczęła już pracę.
Przestałam oddychać.
— A Marcin?
Podpułkownik spojrzała mi prosto w oczy.
— Odpowiedział: „Od jutra. Ale nie na długo”.
Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet