Nataniel natychmiast zarządził, że pojedziemy na Dworzec Centralny.
„Róża zostaje tutaj” — powiedział Jan.
„Nie.”
Obaj spojrzeli na mnie.
Mocno zacisnęłam dłonie na paskach plecaka.
„Mama dała klucz mnie. Jeśli tam jest coś ważnego, chcę wiedzieć, co to jest.”
Jan chciał zaprotestować, ale Nataniel uklęknął przede mną.
„Będziesz cały czas obok mnie. Ani na krok sama. Dobrze?”
Skinęłam głową.
Dziesięć minut później jechaliśmy przez Warszawę czarnym samochodem. Z przodu siedziało dwóch ochroniarzy, za nami jechał drugi samochód z prawnikami.
Jan przez całą drogę patrzył przez okno.
„Dlaczego mama miała ten klucz?” — zapytałam.
Przez chwilę milczał.
„Dałem jej go dwanaście lat temu.”
„Ale powiedziałeś, że skrytka zawiera dowody.”
„Tak.”
„Więc dlaczego nigdy ich nie pokazała?”
Jan odwrócił się do mnie.
„Bo obiecaliśmy sobie, że otworzy ją tylko wtedy, gdy ktoś ponownie spróbuje odebrać jej dom.”
Spojrzałam na różowe zawiadomienie leżące na kolanach Nataniela.
Nagle zrozumiałam.
Mama wiedziała.
Może nie wszystko.
Ale wiedziała, że ta kartka oznacza coś więcej niż brak zapłaconego czynszu.
„Dlatego dziś rano dała mi klucz?”
Jan skinął głową.
„Prawdopodobnie bała się, że ktoś przyjdzie do niej.”
Przypomniałam sobie mamę przy drzwiach naszego mieszkania. Była blada. Wcisnęła mały kluczyk do mojej dłoni i powiedziała tylko: „Nie zgub go, Różyczko”.
Myślałam, że chodzi o zwykły klucz.
Teraz czułam się tak, jakbym przez cały dzień nosiła w plecaku granat.
Na dworcu ochroniarze poprowadzili nas bocznym wejściem do części z szafkami depozytowymi.
Numer 317 znajdował się prawie na samym końcu.
Jan zatrzymał się kilka kroków przed nim.
„Jeżeli ktoś wiedział o skrytce, może nas obserwować.”
Nataniel rozejrzał się.
„Monitoring jest zabezpieczony. Moi ludzie sprawdzają wszystkie wejścia.”
Jan podał mi klucz.
„To twoja decyzja.”
„Moja?”
„Elena dała go tobie.”
Dłoń drżała mi tak mocno, że dopiero za trzecim razem trafiłam kluczem do zamka.
Przekręciłam.
Metalowe drzwiczki otworzyły się z cichym kliknięciem.
W środku nie było pieniędzy.
Leżało tam niewielkie drewniane pudełko, stary telefon, gruba koperta oraz pendrive owinięty gumką.
Nataniel spojrzał na Jana.
„To wszystko?”
„Wystarczy.”
Prawnik założył rękawiczki i wyjął kopertę.
Na jej przedniej stronie znajdowały się dwa słowa.
**Dla Nataniela.**
Nataniel pobladł.
„To charakter pisma Jana.”
„Napisałem to przed zniknięciem” — powiedział Jan.
„Dlaczego do mnie nie dotarło?”
„Bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, komu mogę ufać.”
Nataniel rozerwał kopertę.
W środku znajdowały się kopie przelewów, umów i kilka fotografii.
Jedną z nich natychmiast upuścił.
Podniosłam ją.
Przedstawiała Jana stojącego przed jakimś magazynem.
Obok niego był drugi mężczyzna.
Starszy, szczupły, z ciemnymi włosami.
Recepcjonistka z Grabowski Tower miała dokładnie takie same oczy.
„Marek Malec” — powiedział Nataniel.
Jan skinął głową.
„Zdjęcie wykonano dwa dni przed moim zniknięciem.”
Nataniel przejrzał kolejne dokumenty.
„Tu są przelewy z jednej ze spółek Grabowskiego.”
„Nie z jednej z naszych prawdziwych spółek. Marek tworzył firmy fasadowe i przenosił przez nie aktywa.”
Prawnik wskazał jeden dokument.
„W tym nieruchomości.”
Jan spojrzał na mnie.
„W tym budynek przy Wileńskiej.”
Nataniel zaczął rozumieć.
„Marek próbował przejąć fundusz.”
„Tak. Kiedy odkryłem, co robi, zagroziłem, że pójdę na policję.”
„I wtedy zniknąłeś.”
Jan pokręcił głową.
„Najpierw zagroził Elenie.”
Powietrze jakby zniknęło z pomieszczenia.
„Powiedział, że jeśli otworzę usta, ona pierwsza zapłaci.”
„Dlaczego po prostu nie przyszedłeś do mnie?”
Jan spojrzał bratu prosto w oczy.
„Bo Marek pokazał mi dokument, który miał udowodnić, że ktoś z twojego najbliższego otoczenia mu pomaga.”
Nataniel zamarł.
„Kto?”
„Tego właśnie nigdy nie udało mi się potwierdzić.”
Prawnik podłączył pendrive do zabezpieczonego laptopa.
Na ekranie pojawiło się kilkanaście folderów.
Jeden nosił datę sprzed zaledwie dwóch dni.
Jan podszedł bliżej.
„Niemożliwe.”
„Co?”
„Ten pendrive leżał tutaj od dwunastu lat.”
Prawnik otworzył folder.
W środku znajdował się plik wideo.
Data nagrania: dwa dni wcześniej.
Serce zaczęło mi walić.
Na ekranie pojawiła się moja mama.
Siedziała przy naszym kuchennym stole.
Wyglądała na wyczerpaną.
Spojrzała prosto w kamerę.
„Jeżeli ktoś to ogląda, znaczy, że znowu zaczęli.”
Zakryłam usta dłonią.
„Mamo…”
Elena wzięła głęboki oddech.
„Różyczko, jeśli jesteś przy tym nagraniu, chcę, żebyś wiedziała jedną rzecz. Nigdy nie byłaś ciężarem. Nigdy nie byłaś powodem, dla którego nasze życie było trudne.”
Łzy zaczęły spływać mi po policzkach.
„Przez osiem lat odmawiałam sięgania po pieniądze z funduszu, bo wiedziałam, że każda próba uruchomienia go pokaże ludziom, którzy nas obserwują, gdzie jesteśmy.”
Jan zamknął oczy.
Nataniel patrzył na ekran bez ruchu.
Mama mówiła dalej.
„Ale trzy dni temu przyszedł człowiek, którego uważałam za martwego.”
Jan gwałtownie otworzył oczy.
„Co?”
Na nagraniu mama przesunęła przed kamerę fotografię.
Prawnik zatrzymał obraz.
Nie był to Jan.
Był to ten sam mężczyzna ze starego zdjęcia.
Marek Malec.
„On żyje” — wyszeptał Nataniel.
Mama na ekranie dodała:
„Powiedział, że mam trzy dni na opuszczenie mieszkania. Jeśli odmówię, zabierze nie tylko dom.”
Przerwała.
Potem spojrzała w kamerę z takim strachem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.
„Powiedział, że tym razem zabierze Różę.”
W tej samej chwili telefon Nataniela zadzwonił.
Spojrzał na ekran.
Numer był zastrzeżony.
Odebrał.
„Grabowski.”
Przez kilka sekund nic nie mówił.
Potem jego twarz zrobiła się lodowata.
Włączył głośnik.
Usłyszałam głos mojej mamy.
„Róża, nie przychodź do domu.”
W tle rozległ się męski głos.
„Doskonale, Eleno. Teraz powiedz im, czego chcę.”
Mama zaczęła płakać.
„Chce klucza do funduszu.”
Jan spojrzał na otwartą skrytkę.
Męski głos roześmiał się cicho.
„I chcę dziewczynki.”
Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.







No comments yet