Nie pojechałam do Genewy od razu.
Jeszcze kilka godzin wcześniej zrobiłabym to bez zastanowienia, ale jedno zdanie Heleny nie dawało mi spokoju: Jakub chciał, żebym znalazła pokój 314. Teraz wiedziałam również, że Eleanor zostawiła dla mnie kopertę dzień przed chrzcinami. Zbyt wiele osób przewidywało moje ruchy. Po raz pierwszy zrozumiałam, że najniebezpieczniejsze nie jest to, czego nie wiem. Najniebezpieczniejsze jest pozwolenie komuś innemu zdecydować, kiedy mam się tego dowiedzieć.
— Tomasz, nikomu nie mów o kopercie — powiedziałam. — I sprawdź, kto opłacił pokój 315.
— Już próbuję.
Rozłączyłam się dokładnie w chwili, gdy drzwi sali otworzyły się bez pukania.
Aleksander Thornton wszedł sam.
Miał sześćdziesiąt jeden lat, idealnie skrojony grafitowy garnitur i ten sam spokojny wyraz twarzy, który przez lata kojarzył mi się z bezpieczeństwem. To on zabierał mnie na pierwsze spotkania zarządu. To on siedział obok mnie na pogrzebie dziadka. Kiedy Jakub prosił mnie o rękę, Aleksander powiedział tylko: „Nie oddawaj nikomu prawa do decydowania, kim jesteś”.
Dzisiaj te słowa brzmiały niemal groteskowo.
Położył bukiet obok łóżka Heleny.
— Przykro mi.
Mama nawet go nie dotknęła.
— Nadal przynosisz kwiaty, kiedy się boisz? — zapytała.
Aleksander zesztywniał.
Spojrzałam na nich.
Nie zachowywali się jak ludzie, którzy spotkali się kilka razy trzydzieści lat temu. Między nimi była historia.
— Jak dobrze się znaliście?
— Izabela... — zaczął Aleksander.
— Jemu zadałam pytanie.
Mama zacisnęła szczękę.
— Lepiej, niż ci mówiłam.
Aleksander odsunął krzesło i usiadł.
— Tak. Byłem w Genewie. Tak, zapłaciłem Jakubowi.
— Za szpiegowanie własnej siostrzenicy?
— Za znalezienie Eleanor.
— Raportował ci każdy mój ruch.
— Bo Jakub zaproponował układ. Twierdził, że znalazł ślad Eleanor i zażądał pieniędzy. Kiedy zrozumiałem, jak bardzo jest zadłużony i jak desperacko potrzebuje finansowania, uznałem, że łatwiej będzie mieć go pod kontrolą.
— Jedenaście milionów to dość droga kontrola.
Po raz pierwszy stracił spokój.
— Nie dostał ode mnie jedenastu milionów.
To mnie zatrzymało.
Pokazałam mu potwierdzenie pierwszego przelewu.
— Więc to?
— Ten jest mój. Pozostałe musisz sprawdzić.
Nie wiedziałam, czy mówi prawdę.
— Byłeś z nim trzy tygodnie temu w Genewie.
Aleksander spojrzał na Helenę.
— Tak.
— Spotkałeś Eleanor?
— Nie.
— Kłamiesz — powiedziała mama.
Aleksander wstał.
— Heleno, nie rób tego.
— Przez trzydzieści dwa lata mówiłeś mi dokładnie to samo.
— Bo przez trzydzieści dwa lata próbowałem utrzymać Izabelę przy życiu.
Powietrze w sali jakby zgęstniało.
— Przed kim? — zapytałam.
Aleksander nie odpowiedział.
Mama zrobiła to za niego.
— Przed człowiekiem, który jest jej biologicznym ojcem.
Aleksander zamknął oczy.
Podeszłam do łóżka.
— Powiedziałaś, że Eleanor uciekała przed jednym z Thorntonów. To był mój ojciec?
— Nie — odpowiedziała Helena. — Thornton pomagał jej uciec przed nim.
Cała konstrukcja, którą zbudowałam sobie w głowie, rozsypała się ponownie.
— Więc dlaczego Eleanor napisała, że człowiek noszący nazwisko Thornton chciał, żebym oficjalnie nigdy się nie urodziła?
Mama spojrzała na Aleksandra.
— Ponieważ list został napisany tak, żebyś w razie jego przejęcia uwierzyła właśnie w to.
Aleksander wyjął z wewnętrznej kieszeni cienką kopertę.
— Brakuje ci fragmentu listu, prawda?
Nie ruszyłam się.
Położył na stoliku mały kawałek starego papieru.
Pasował do wycięcia idealnie.
Serce podeszło mi do gardła.
— To ty go zabrałeś.
— Eleanor mi go dała.
Na fragmencie znajdowało się nazwisko.
Marek Thornton.
Nigdy wcześniej go nie słyszałam.
— Kim był?
Aleksander długo milczał.
— Moim starszym bratem.
Spojrzałam na niego.
— Myślałam, że dziadek miał tylko ciebie.
— Tak miałaś myśleć.
Marek był pierworodnym synem mojego dziadka, usuniętym z oficjalnych rodzinnych dokumentów po wydarzeniach z początku lat dziewięćdziesiątych. Aleksander nie chciał powiedzieć dlaczego. Przyznał jedynie, że Marek pomagał Eleanor i że to właśnie on zorganizował pokój 314.
— Czy Marek był moim ojcem?
— Nie.
— Żyje?
Aleksander spojrzał mi w oczy.
— Nie wiem.
Wtedy zadzwonił Tomasz.
Odebrałam przy nich.
— Sprawdziłem pieniądze — powiedział. — Aleksander miał rację. Jego przelewy stanowią niewielką część. Pozostałe środki pochodziły z innej spółki.
— Czyjej?
— Formalnie funduszu powierniczego z Liechtensteinu. Ale znaleźliśmy beneficjenta.
Aleksander pobladł.
— Tomasz, nazwisko.
— Marek Thornton.
Nikt się nie odezwał.
— To niemożliwe — wyszeptał Aleksander. — Marek zniknął w 1995 roku.
— Najwyraźniej jego pieniądze nie zniknęły — odpowiedział Tomasz.
Wtedy mój telefon zawibrował.
Ten sam szwajcarski numer.
Nie wierz Aleksandrowi. Nie przyjeżdżaj do Genewy z Heleną. Przyjedź sama. Masz 24 godziny.
Pod wiadomością znajdowało się zdjęcie wykonane kilka minut wcześniej.
Przedstawiało wejście do szpitala, w którym właśnie się znajdowałyśmy.
Ktoś obserwował nas w tej chwili.
Ale najbardziej przeraził mnie człowiek widoczny w odbiciu szklanych drzwi.
Powiększyłam fotografię.
Aleksander spojrzał przez moje ramię i gwałtownie złapał mnie za nadgarstek.
— Boże...
— Znasz go?
Jego twarz całkowicie straciła kolor.
— To Marek.
— Powiedziałeś, że nie widziałeś go od trzydziestu jeden lat.
— Bo nie widziałem.
Aleksander patrzył na ekran jak zahipnotyzowany.
— Izabela... on wygląda dokładnie tak samo jak w dniu, kiedy zniknął.
Spojrzałam jeszcze raz na fotografię.
Wtedy zauważyłam szczegół, którego wcześniej nie dostrzegłam.
Mężczyzna nie patrzył na wejście do szpitala.
Patrzył prosto w obiektyw osoby robiącej zdjęcie.
A w dłoni trzymał kartkę.
Widniały na niej trzy słowa:
Eleanor cię okłamała.







No comments yet