Przez kilka sekund nikt w kancelarii się nie odezwał.
Słowa doktor Jankowskiej wisiały w powietrzu jak coś, czego nikt nie chciał dotknąć.
„Dokładnie tak samo rozwiązali problem sześć lat temu.”
Orłowski pierwszy odzyskał głos.
— Pani doktor, co dokładnie miał na myśli?
— Nie wiem — odpowiedziała. — Kiedy zapytałam, uciął rozmowę.
— Czy powiedział „oni”?
— Tak.
Spojrzałam na Marka.
Nie Paweł.
Nie Monika.
„Oni.”
To słowo zmieniało wszystko.
— Czy ktoś jeszcze kontaktował się z panią w tej sprawie? — zapytałam.
Doktor Jankowska milczała chwilę.
— Tak.
Poczułam, jak napinają mi się ramiona.
— Kto?
— Kobieta.
— Monika?
— Nie przedstawiła się.
— Głos?
— Młodszy. Raczej około czterdziestki.
Marek zmarszczył brwi.
— Co powiedziała?
— Że reprezentuje rodzinę pani Heleny i potrzebuje kopii mojego dawnego zaświadczenia dotyczącego Andrzeja.
Orłowski natychmiast wyprostował się.
— Wydała je pani?
— Nie.
— Ale ktoś wiedział, że takie zaświadczenie istnieje.
— Tak.
Spojrzałam na Orłowskiego.
— Kto poza panem wiedział?
— Ja. Andrzej. Doktor Jankowska. Marek znał część sprawy.
Marek pokręcił głową.
— Nie znałem nazwiska lekarki.
— Tomasz Krawiec? — zapytałam.
Orłowski zawahał się.
— Mógł widzieć wzmiankę w aktach.
Znowu telefon.
Tym razem Paweł.
Patrzyłam na ekran kilka sekund.
Potem odebrałam.
— Gdzie jesteś? — zapytał natychmiast.
Nie „mamo”.
Nie „wszystko w porządku?”
Gdzie jesteś.
— Dlaczego pytasz?
— Bo musimy porozmawiać.
— Rozmawialiśmy.
— Nie. Ty zrobiłaś scenę i uciekłaś.
Marek zacisnął szczękę.
Orłowski gestem poprosił mnie, żebym mówiła dalej.
— Paweł, znałeś doktor Annę Jankowską?
Cisza.
Krótka.
Ale wystarczająca.
— Kogo?
— Lekarkę, której nazwisko jest na twoim zaświadczeniu.
— Mówiłem ci, że Monika zajmowała się dokumentami.
— Czyli znasz nazwisko.
— Mamo…
— Kontaktowałeś się z nią trzy tygodnie temu?
Po drugiej stronie cisza.
Potem jego głos się zmienił.
— Kto ci to powiedział?
Nie zaprzeczył.
— Odpowiedz.
— To nie ma znaczenia.
— Ma.
— Chciałem tylko opinii.
— Bez badania.
— Chciałem wiedzieć, co robić.
— A kiedy odmówiła?
— Mamo, przestań.
— Powiedziałeś jej, że znajdziesz kogoś, kto użyje właściwego nazwiska.
Tym razem cisza trwała dłużej.
— Kto jest z tobą? — zapytał w końcu.
— To nie twoja sprawa.
— Jeśli jesteś z Markiem, wyjdź stamtąd.
Spojrzałam na szwagra.
— Dlaczego?
— Bo on cię okłamuje.
Marek uniósł głowę.
— W czym?
— Nie przez telefon.
— Paweł.
— Mamo, Marek nie jest człowiekiem, za którego go uważasz.
W jego głosie pojawiło się coś nowego.
Nie gniew.
Strach.
— Co zrobił?
— Zapytaj go, dlaczego Andrzej nigdy nie chciał, żebyście zostali sami z dokumentami.
Odwróciłam się do Marka.
Jego twarz pobladła.
Paweł mówił dalej.
— Zapytaj go o pieniądze, które zniknęły z firmy ojca.
Serce uderzyło mi mocniej.
— Jakie pieniądze?
— Sto osiemdziesiąt tysięcy.
Spojrzałam na Marka.
Nie patrzył na mnie.
— Paweł, jeśli to kolejna próba—
— Zapytaj go.
I rozłączył się.
W kancelarii zapadła cisza.
— Marek?
Nie odpowiedział.
— Spójrz na mnie.
Powoli podniósł wzrok.
— O czym mówił?
Orłowski spojrzał na Marka.
— Ja też chciałbym wiedzieć.
Marek usiadł.
Przez moment wyglądał dużo starzej niż kilka minut wcześniej.
— To prawda.
Poczułam, jak coś opada mi w brzuch.
— Co jest prawdą?
— Zniknęło sto osiemdziesiąt tysięcy.
— Z czyjego konta?
— Z firmy Andrzeja.
— Kiedy?
— Sześć lat temu.
Prawie się roześmiałam.
— Oczywiście.
Wszystko prowadziło do tych samych miesięcy.
— Wziąłeś je?
Marek pokręcił głową.
— Nie.
— Paweł twierdzi inaczej.
— Paweł przez lata pozwalał wszystkim tak myśleć.
— Dlaczego?
Marek zamknął oczy.
— Bo prawda była gorsza.
Poczułam złość.
— Dosyć półsłówek.
Marek otworzył oczy.
— Andrzej przelał pieniądze sam.
— Dokąd?
— Na konto techniczne użyte przy tworzeniu zabezpieczenia.
Spojrzałam na Orłowskiego.
— Wiedział pan?
Prawnik skinął głową.
— Tak.
— Więc dlaczego Paweł mówi, że Marek je ukradł?
Marek odpowiedział pierwszy.
— Bo Paweł zobaczył przelew na konto, do którego miałem dostęp administracyjny.
— Dlaczego miałeś?
— Pomagałem Andrzejowi w sprawach firmy.
— I pozwoliłeś, żeby syn uwierzył, że ukradłeś pieniądze?
— Nie.
— Więc?
Marek zacisnął dłonie.
— Andrzej poprosił mnie, żebym niczego nie wyjaśniał.
Znowu Andrzej.
Znowu tajemnica.
Znowu ktoś „chronił” mnie, nie mówiąc mi prawdy.
— Dlaczego?
— Bo jeśli Paweł uwierzyłby, że pieniądze po prostu zniknęły, przestałby ich szukać.
Orłowski dodał cicho:
— I przez kilka lat rzeczywiście nie szukał.
Patrzyłam na nich obu.
— Więc mój mąż pozwolił, żeby jego własny brat wyglądał jak złodziej?
Marek uśmiechnął się gorzko.
— Nie pierwszy raz w rodzinie ktoś zapłacił za ochronę Pawła.
To zabolało.
Bo wiedziałam, że mówi też o mnie.
— Dlaczego teraz Paweł wraca do tej historii?
Orłowski odpowiedział:
— Bo próbuje panią odizolować.
— Od Marka?
— Od każdego, kto zna przeszłość.
Wtedy telefon Orłowskiego zawibrował.
Przeczytał wiadomość.
Jego twarz natychmiast się zmieniła.
— Co?
Odwrócił ekran.
Wiadomość od Tomasza Krawca.
„Paweł wrócił ponownie. Tym razem nie sam. Jest z prawnikiem i kobietą, która twierdzi, że reprezentuje doktor Jankowską.”
Spojrzałam na Orłowskiego.
— Przecież doktor właśnie z nami rozmawiała.
— Właśnie.
Marek wstał.
— To pułapka.
— Dla kogo?
— Dla Tomasza.
Orłowski już wybierał numer.
Tomasz odebrał po drugim sygnale.
— Nie wpuszczajcie tej kobiety do archiwum — powiedział Orłowski bez przywitania.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Za późno.
Wszyscy znieruchomieliśmy.
— Co to znaczy „za późno”?
— Pokazała pełnomocnictwo.
— Od doktor Jankowskiej?
— Tak.
— Nie jest prawdziwe.
— Wiem to teraz.
— Gdzie jest?
Głos Tomasza napiął się.
— Wyszła minutę temu.
— Co dostała?
— Nic oficjalnie.
— „Oficjalnie” mnie nie interesuje. Co widziała?
Tomasz odetchnął ciężko.
— Poprosiła o stare akta Andrzeja.
— Pokazałeś jej?
— Tylko spis dokumentów.
Orłowski zamknął oczy.
— Czy na spisie był numer aktu zabezpieczenia?
Cisza.
— Tomasz.
— Tak.
Orłowski zaklął pod nosem.
Nigdy wcześniej nie słyszałam go mówiącego w ten sposób.
— Co to znaczy? — zapytałam.
Nie odpowiedział mi od razu.
Do Tomasza powiedział:
— Zabezpiecz wszystko. Natychmiast. Nie skanuj. Nie wysyłaj. Nie wpuszczaj nikogo.
Rozłączył się.
— Co się stało?
Orłowski spojrzał na mnie.
— Ktoś właśnie zdobył numer dokumentu, którego Paweł miał nigdy nie poznać.
— I co może z nim zrobić?
— Sam numer niewiele.
— Ale?
— W połączeniu z nazwiskiem lekarza, datą i podpisem Andrzeja można stworzyć dokument, który będzie wyglądał wystarczająco wiarygodnie, żeby rozpocząć kolejną procedurę.
Marek podszedł do okna.
— Oni nie próbują już tylko przejąć domu.
— To czego chcą?
Orłowski otworzył teczkę z dokumentami funduszu.
— Jeśli Paweł dowie się, że uruchomił trzeci warunek, będzie wiedział, że ponad milion złotych może przejść bezpośrednio do pani.
— Więc będzie próbował to zatrzymać.
— Tak.
— Jak?
— Udowadniając, że zabezpieczenie Andrzeja jest nieważne.
Spojrzałam na podpis mojego męża.
Fałszywy dokument.
Fałszywa opinia lekarska.
Fałszywe pełnomocnictwo.
Zaczęłam widzieć schemat.
— Kto robi te dokumenty?
Marek odwrócił się od okna.
— Właśnie.
Orłowski spojrzał na niego.
— Paweł i Monika nie mają takich umiejętności.
— Ani dostępu do właściwych wzorów — dodałam.
Marek skinął głową.
— Czyli ktoś im pomaga.
Wtedy przypomniałam sobie jedno nazwisko.
— Robert Czarnecki.
Marek spojrzał na mnie.
— Możliwe.
Orłowski zmarszczył brwi.
— Kto?
Opowiedzieliśmy mu o człowieku, z którym Paweł spotykał się sześć lat wcześniej.
O doradcy.
O ukrywaniu zadłużenia.
O zdjęciu znalezionym w skrytce.
Orłowski słuchał bez słowa.
Potem zapytał:
— Macie adres?
— Marek miał sprawdzić.
Marek wyjął telefon.
— Sprawdziłem.
Pokazał ekran.
Robert Czarnecki prowadził teraz firmę doradczą pod Krakowem.
Oficjalnie restrukturyzacje.
Doradztwo majątkowe.
Zabezpieczenia rodzinne.
Orłowski przeczytał nazwę firmy.
I nagle znieruchomiał.
— Co?
— Znam tę nazwę.
— Skąd?
Prawnik podszedł do szafy z aktami.
Wyjął stary segregator.
Przewracał strony.
W końcu zatrzymał się.
Położył dokument przed nami.
Na górze widniał nagłówek firmy Czarneckiego.
Data sprzed sześciu lat.
— Co to jest? — zapytałam.
Orłowski wskazał ostatnią stronę.
— Wniosek o dostęp do informacji dotyczących majątku Andrzeja.
— Kto go złożył?
Orłowski przesunął palcem niżej.
Pod rubryką „zleceniodawca” widniało nazwisko.
Nie Pawła.
Nie Moniki.
Moje.
Helena Wysocka.
Zamarłam.
— Nigdy tego nie podpisywałam.
— Wiem — odpowiedział Orłowski.
— Skąd?
Odwrócił dokument.
Do wniosku dołączono kopię mojego dowodu.
Starego.
Tego, który zgłosiłam jako zagubiony siedem lat wcześniej.
Patrzyłam na fotografię.
I wtedy przypomniałam sobie coś, o czym przez lata nie myślałam.
Dowodu nigdy nie znalazłam.
Zniknął kilka miesięcy po tym, jak Paweł dostał klucze do naszego domu na czas remontu łazienki.
Marek powiedział cicho:
— Helena…
Nie odpowiedziałam.
Na dole strony znajdowała się jeszcze jedna adnotacja.
„Osoba przekazująca dokumentację w imieniu klientki.”
Obok podpis.
Monika Wysocka.
**Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.**







No comments yet