Przez kilka sekund nie potrafiłam oderwać wzroku od fotografii. Rozpoznawałam ten park bez najmniejszej wątpliwości. Drewniany plac zabaw, zieloną ławkę przy alejce, nawet fragment czerwonej budki z kawą widoczny za drzewami. Byłam tam z dziećmi trzy dni wcześniej, około dziesiątej rano. Pamiętałam ten dzień, ponieważ Kuba pierwszy raz samodzielnie wszedł na najniższy stopień małej zjeżdżalni, a ja zrobiłam mu chyba dwadzieścia zdjęć. Nie zauważyłam ani starszej kobiety na ławce, ani własnej matki stojącej kilkanaście metrów dalej.
— Ona nas obserwowała — powiedziałam.
Grzegorz odebrał mi fotografię.
— Obie.
W jego głosie nie było już zdziwienia. Był gniew.
— Maria była trzy dni temu w Warszawie. Wiedziała, gdzie mieszkasz. Wiedziała o dzieciach. I nadal mówiła ci, że jest w Kanadzie.
Te słowa bolały, ponieważ były prawdziwe.
Wybrałam numer mamy.
Telefon wyłączony.
Spróbowałam ponownie.
Nic.
— Jedziemy pod adres ze zdjęcia — powiedział Grzegorz.
— Nie z dziećmi.
— Zostanę z nimi — zaproponował doktor Krawiec.
Pokręciłam głową.
Nie znałam go wystarczająco dobrze.
Natalia zrozumiała.
— Mam siostrę piętnaście minut stąd. Znamy się całe życie, Emilia. Ma dwójkę dzieci i...
— Nie.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
Przyciągnęłam Lenę bliżej.
— Przez czternaście miesięcy radziłam sobie bez całej waszej rodziny i jej tajemnic. Nie zostawię teraz dzieci z obcymi ludźmi tylko dlatego, że ktoś wysłał nam adres.
Grzegorz długo na mnie patrzył.
— Masz rację.
To znowu mnie zaskoczyło.
— Więc co proponujesz?
— Pojedziemy do twojego mieszkania. Ty zostaniesz z dziećmi. Ja sprawdzę adres z Natalią.
— Nie.
— Emilia...
— Jeśli moja matka tam jest, chcę z nią rozmawiać.
Ostatecznie znaleźliśmy rozwiązanie. Natalia została z dziećmi w samochodzie zaparkowanym przed budynkiem, a ja i Grzegorz weszliśmy do środka. Adres prowadził do starej kamienicy na Żoliborzu. Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze.
Grzegorz zapukał.
Cisza.
Zapukałam mocniej.
Po chwili usłyszeliśmy kroki.
Drzwi otworzyły się na szerokość kilku centymetrów.
Zobaczyłam twarz mojej matki.
— Emilia...
Nigdy wcześniej jedno słowo nie wywołało we mnie tylu sprzecznych emocji.
— Kanada? — zapytałam.
Mama zamknęła oczy.
— Wejdźcie.
Mieszkanie było niewielkie i prawie puste. Na stole stały dwa kubki. Dwa.
— Gdzie ona jest? — zapytał Grzegorz.
Mama spojrzała na niego.
Przez kilka sekund po prostu patrzyła.
Potem podeszła i dotknęła jego policzka.
Grzegorz cofnął się.
— Nie rób tego.
Mama opuściła rękę.
— Ostatni raz widziałam cię z bliska, kiedy miałeś pięć lat.
— A trzy dni temu?
Jej twarz stężała.
— Skąd wiecie?
Pokazałam fotografię.
Mama usiadła.
— Kto wam to dał?
— Dziewczyna... właściwie kobieta na korytarzu u Krawca. Lena powiedziała tylko, że jakaś pani.
— To niemożliwe.
— Dlaczego?
Mama spojrzała na fotografię.
— Bo Anna nie wie, kim wy jesteście.
Grzegorz zrobił krok do przodu.
— Żyje?
— Tak.
Jedno słowo.
Trzydzieści lat kłamstw runęło w jednej sekundzie.
Grzegorz chwycił oparcie krzesła.
— Gdzie?
— Bezpieczna.
— Chcę ją zobaczyć.
— Nie.
— To moja matka!
— I właśnie dlatego nie możesz teraz do niej pójść.
Grzegorz wyglądał, jakby miał eksplodować.
Stanęłam między nimi.
— Mamo, wystarczy. Żadnych kolejnych sekretów.
Spojrzała na mnie.
— Myślisz, że robiłam to dlatego, że chciałam?
— Nie wiem już, co mam myśleć.
Te słowa ją zraniły.
Dobrze.
Chciałam, żeby choć przez chwilę poczuła część tego, co ja.
— Dlaczego byłaś przy porodzie i nie weszłaś?
Mama spuściła wzrok.
— Aleksander zadzwonił do mnie rano. Wiedział, że jesteś w klinice. Powiedział, że jeśli Grzegorz dowie się o trojaczkach, zrobi wszystko, żeby przejąć nad nimi kontrolę.
— Dlaczego miałby to robić?
— Bo Witkowscy nie mają innych dziedziców.
Grzegorz prychnął.
— Więc ukryłaś przede mną moje dzieci, żeby chronić je przed ojcem?
— Tak.
— Mogłaś powiedzieć Emilii.
— Bałam się, że powie tobie.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
— Myślałaś, że po tym, co mi zrobił, pobiegnę do niego?
— Wiedziałam, że nadal go kochasz.
To zabolało bardziej, niż powinno.
Grzegorz odwrócił wzrok.
— A pieniądze za klinikę? — zapytałam.
— Ja.
— Sto osiemdziesiąt tysięcy?
Mama pokręciła głową.
— Anna.
Grzegorz zamarł.
— Co?
— Kiedy dowiedziała się o trojaczkach, zapłaciła anonimowo za leczenie.
Grzegorz usiadł.
— Wiedziała, że są moimi dziećmi?
— Tak.
— I nie chciała mnie zobaczyć?
Mama zacisnęła dłonie.
— Anna nie pamięta całego swojego życia. Ma fragmenty. Obrazy. Imiona. Czasami wspomnienia wracają, czasami znikają. Kiedy powiedziałam jej, że masz dzieci, rozpłakała się, choć nie potrafiła powiedzieć dlaczego.
— Gdzie była przez trzydzieści lat?
— Najpierw Czechy. Potem Kanada. Ktoś pomógł jej dostać nowe dokumenty.
— Kto?
Mama spojrzała na mnie.
— Tego próbuję się dowiedzieć od dwudziestu lat.
Nagle z pokoju obok dobiegł cichy dźwięk.
Grzegorz natychmiast się odwrócił.
Drzwi były uchylone.
— Mówiłaś, że jej tu nie ma.
Mama pobladła.
— Grzegorz...
Drzwi otworzyły się.
Starsza kobieta stanęła w progu.
Była dokładnie tą osobą ze zdjęcia.
Grzegorz przestał oddychać.
Anna patrzyła na niego długo.
Nie było dramatycznego rozpoznania.
Nie pobiegła do niego.
Nie powiedziała jego imienia.
Po prostu przyglądała mu się ze zmarszczonym czołem.
— Przepraszam — powiedziała cicho. — My się znamy?
Widziałam, jak serce Grzegorza pęka.
Ale zamiast podejść, cofnął się o krok.
— Nie wiem — odpowiedział zachrypniętym głosem. — Chyba kiedyś.
Anna lekko się uśmiechnęła.
Potem jej wzrok padł na fotografię leżącą na stole.
Na dzieci.
Jej twarz nagle się zmieniła.
— Te maluchy.
Podeszła bliżej.
— Widziałam je w parku.
— To moje dzieci — powiedział Grzegorz.
Anna dotknęła zdjęcia.
— Twoje?
— Tak.
Jej palce zaczęły drżeć.
— Jak mają na imię?
— Lena, Zosia i Kuba.
Kiedy powiedział „Kuba”, Anna gwałtownie podniosła głowę.
— Nie.
Mama pobladła.
— Aniu...
— Kuba?
— Tak — odpowiedział Grzegorz.
Anna cofnęła się.
— Aleksander nie może się dowiedzieć.
— Już wie — powiedziałem.
Jej twarz wykrzywił strach.
— W takim razie musicie zabrać dzieci.
— Dlaczego wszyscy to powtarzają? — wybuchł Grzegorz. — Czego mój ojciec chce od moich dzieci?
Anna przycisnęła dłonie do skroni.
— Nie pamiętam.
Zamknęła oczy.
— Żółty pokój... dokumenty... dziecko...
Mama podbiegła do niej.
— Nie zmuszaj się.
Ale Anna odsunęła ją.
— Trzy dzieci.
Spojrzała na Grzegorza.
— On czekał na troje.
Zapadła cisza.
— Co to znaczy? — zapytałam.
Anna oddychała coraz szybciej.
— Nie wiem.
Potem spojrzała na mnie.
— Emilia.
Zamarłam.
— Znasz moje imię?
Anna sama wyglądała na zaskoczoną.
— Emilia...
Powtórzyła je, jakby próbowała otworzyć zamknięte drzwi we własnej pamięci.
Nagle chwyciła mnie za rękę.
— Twoje dzieci mają znamię?
— Jakie znamię?
— Pod lewym ramieniem. Mały półksiężyc.
Serce mi zamarło.
Kuba miał takie znamię.
Nigdy nikomu o nim nie mówiłam.
— Skąd wiesz?
Anna spojrzała na moją matkę.
— Maria, powiedz jej.
Mama nie odpowiedziała.
— Powiedz jej! — krzyknęła Anna.
— Co masz mi powiedzieć?
Moja matka zaczęła płakać.
— To znamię występuje w jednej rodzinie od pokoleń.
Spojrzałam na Grzegorza.
— U Witkowskich?
Mama pokręciła głową.
— Nie.
Anna wypowiedziała nazwisko.
— Lewandowskich.
Grzegorz podwinął rękaw koszuli.
Pod jego lewym ramieniem znajdował się mały półksiężyc.
Dokładnie taki sam jak u Kuby.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi.
Trzy powolne uderzenia.
Mama natychmiast zbladła.
— Nikogo nie oczekuję.
Grzegorz podszedł do wizjera.
Spojrzał.
I znieruchomiał.
— Kto tam jest? — zapytałam.
Odwrócił się do nas.
— Mój ojciec.
Anna wydała z siebie cichy, przerażony dźwięk.
Ale sekundę później telefon mamy zawibrował.
Przeczytała wiadomość i spojrzała na nas szeroko otwartymi oczami.
— To nie Aleksander.
— Co?
Podała mi telefon.
Wiadomość przyszła od numeru Aleksandra.
„Nie otwierajcie drzwi. Jestem nadal w Zurychu. Mężczyzna na korytarzu to mój brat.”
Spojrzałam na Grzegorza.
— Twój ojciec ma brata?
Grzegorz powoli pokręcił głową.
— Nie.
Anna natomiast patrzyła na drzwi, a jej twarz nagle straciła cały kolor.
— Ja go pamiętam — wyszeptała.
Po drugiej stronie rozległo się kolejne pukanie.
Anna zacisnęła palce na mojej dłoni.
— To człowiek, który trzydzieści lat temu pomógł Aleksandrowi mnie porwać.







No comments yet