Rozrywka

Mój były mąż zaprosił mnie na święta, pewien, że przyjadę sama — nie wiedział, kto wysiądzie ze mną ze śmigłowca

— Zablokuj konto i odetnij zdalny dostęp do całego archiwum — powiedziałam natychmiast. — Nikt nie wchodzi do magazynu, dopóki nie przyjedzie mój zespół.

— Już to zrobiłam — odpowiedziała Lena. — Ale jest coś jeszcze. Próba logowania nie przyszła z przypadkowego adresu.

Major Lis wyciągnął rękę.

Włączyłam głośnik.

— Skąd? — zapytał.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Z wojskowej sieci administracyjnej.

Daniel uniósł głowę.

Tym razem nie zdołał ukryć reakcji.

Kapitan Warda zauważył ją natychmiast.


— Z którego miejsca?

— Terminal należy do centrum logistycznego obsługującego między innymi Żagań.

Matka Daniela usiadła ciężko na fotelu.

Partnerka Daniela, która stała w drzwiach gabinetu, pobladła jeszcze bardziej.

— Czy ktoś chce włamać się do jej archiwum właśnie teraz?

Nikt jej nie odpowiedział.

Nie musiał.

Spojrzałam na Daniela.

— Kto wie o tych pudełkach?

— Nie mam pojęcia.


— Osiem lat temu próbowałeś je odebrać.

— Chciałem odzyskać swoje rzeczy po rozwodzie.

— A przed chwilą wiedziałeś, że ich nie wyrzuciłam.

Zacisnął szczękę.

Major Lis stanął bliżej.

— Pułkowniku, jeżeli jest ktoś, kto może w tej chwili niszczyć dowody, radzę zacząć mówić.

Daniel spojrzał na niego z pogardą.

— Nie będę uczestniczył w tym teatrze.

— To nie teatr — powiedział spokojnie Warda. — W pana szafie znaleziono niezarejestrowaną broń i rejestr transportów. Teraz ktoś z wojskowej sieci próbuje dostać się do prywatnego archiwum pańskiej byłej żony dokładnie po tym, jak zabezpieczyliśmy klucz znajdujący się w pana pudełku z pierścionkiem.

Daniel odwrócił głowę.


I wtedy zrozumiałam coś jeszcze.

— Pierścionek.

Wszyscy spojrzeli na mnie.

— Po co klucz był w pudełku z pierścionkiem?

Daniel milczał.

— Jeśli zamierzałeś się dziś oświadczyć, musiałeś wiedzieć, że ktoś może zobaczyć ten klucz.

Jego partnerka zesztywniała.

— Pudełko dał mi wczoraj jego adiutant.

Daniel odwrócił się do niej gwałtownie.

— Nie mieszaj się do tego.


— Powiedziałeś, że mam ci je przynieść tuż przed obiadem.

Major Lis zapytał:

— Kto konkretnie przekazał pani pudełko?

Kobieta zawahała się.

— Nie znam jego nazwiska. Widziałam go kilka razy. Mężczyzna około pięćdziesiątki. Mundur logistyczny. Daniel mówił do niego „Andrzej”.

Daniel zamknął oczy.

Nie trzeba było być śledczym, żeby zobaczyć, że trafiła w coś ważnego.

Lis natychmiast wyjął telefon.

— Potrzebuję listy osób o imieniu Andrzej z centrum logistycznego, które w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin miały dostęp do rezydencji Rosińskich albo kontakt z pułkownikiem.

Daniel zaśmiał się krótko.


— Macie imię. Gratuluję.

Major nawet na niego nie spojrzał.

— Mamy też terminal.

To uciszyło Daniela.

Wróciłam do telefonu.

— Lena, sprawdź dokładny czas próby logowania.

— Dwie minuty po tym, jak Żandarmeria weszła do domu.

W gabinecie zapadła cisza.

Kapitan Warda spojrzał na Lisa.

— Ktoś dostał sygnał.


— Albo obserwował budynek — odpowiedział major.

Podeszłam do okna.

Za szybą nadal stał policyjny śmigłowiec.

Dalej, za główną bramą, widziałam wojskowe pojazdy i kilka samochodów należących do gości.

Zbyt wiele osób.

Zbyt wiele możliwości.

Nagle Daniel odezwał się ciszej.

— Kinga.

Odwróciłam się.

Po raz pierwszy od mojego przyjazdu nie było w jego głosie gniewu.


Było coś gorszego.

Strach.

— Zabierz dzieci stąd.

Matka Daniela zakryła usta dłonią.

— Dlaczego?

Daniel spojrzał na mnie.

— Po prostu je zabierz.

Major Lis zrobił krok w jego stronę.

— Przed kim?

Daniel milczał.


— Daniel — powiedziałam. — Jeżeli wiesz o zagrożeniu dla moich dzieci, przestań chronić siebie choć przez jedną minutę.

Jego twarz drgnęła.

— To nie miało dotyczyć dzieci.

— Co?

— Nic.

— Za późno na „nic”.

Odwrócił wzrok.

Kapitan Warda chwycił go pod ramię.

— Jedziemy.

— Dokąd? — zapytała jego matka.


— Do jednostki. Oficjalne przesłuchanie.

Kiedy wyprowadzali Daniela z gabinetu, zatrzymał się przy mnie.

— Nie otwieraj tych pudeł sama.

— Dlaczego?

Spojrzał w stronę majora.

— Bo jeśli to, czego szukają, nadal tam jest, ktoś zrobi wszystko, żeby to odzyskać.

Warda popchnął go lekko do przodu.

Drzwi zamknęły się za nimi.

Przez moment nikt się nie odzywał.

Potem partnerka Daniela usiadła i zaczęła płakać.


Matka Daniela wyglądała, jakby w ciągu jednej godziny postarzała się o dziesięć lat.

Ja natomiast myślałam tylko o jednym.

„Jeśli to, czego szukają, nadal tam jest.”

Nie powiedział: czego on szukał.

Powiedział: czego oni szukają.

Lena ponownie zadzwoniła.

— Pani nadinspektor, mamy identyfikację terminala.

— Mów.

— Zalogował się na niego podpułkownik Andrzej Mazur. Sekcja zaopatrzenia i transportu. Służył z Danielem podczas jego pierwszego zagranicznego przydziału.

Major Lis, który jeszcze nie zdążył opuścić korytarza, usłyszał nazwisko.

Zatrzymał się.

— Mazur?

W jego głosie pojawiło się coś, czego wcześniej nie słyszałam.

Rozpoznanie.

— Zna go pan? — zapytałam.

Lis powoli wrócił do gabinetu.

— Jego nazwisko pojawia się w starej sprawie przemytu.

— W jakim charakterze?

— Nigdy nie postawiono mu zarzutów. Był oficerem, który zatwierdzał korekty transportów po zaginięciu pierwszej partii broni.

Poczułam chłód.

— Czyli Daniel nie był początkiem.

— Możliwe, że był tylko jednym z ludzi w łańcuchu.

Telefon Leny znów zatrzeszczał.

— Jest jeszcze coś.

— Co?

— Mazur wyszedł dziś rano z jednostki i od tej pory nie używa telefonu służbowego.

Lis zaklął pod nosem.

— Gdzie jest teraz?

— Nie wiemy.

Spojrzałam przez okno na zaśnieżony teren garnizonu.

Wtedy dostrzegłam ruch przy bocznej drodze.

Czarny samochód ruszył gwałtownie zza drzew.

Nie w stronę bramy.

W stronę lądowiska.

W stronę moich dzieci.

Nie czekałam ani sekundy.

Wybiegłam z gabinetu.

— Lena! Zabierz dzieci do środka! Natychmiast!

Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.

No comments yet