Rozrywka

Mój były mąż zaprosił mnie na święta, pewien, że przyjadę sama — nie wiedział, kto wysiądzie ze mną ze śmigłowca

Biegłam przez korytarz, zanim ktokolwiek zdążył mnie zatrzymać.

— Lena!

Drzwi bocznego salonu otworzyły się natychmiast.

Lena stała już przy dzieciach.

— Do środka. Wszyscy. Teraz.

Nie zadawały pytań.

To właśnie przestraszyło mnie najbardziej.

Natan chwycił Zosię za rękę, Eryk pociągnął Oliwię za sobą, a Lena poprowadziła całą czwórkę w stronę wewnętrznego korytarza.

Wybiegłam na schody.

Czarny samochód pędził wzdłuż bocznej drogi prowadzącej obok lądowiska.


Dwóch wartowników odwróciło się jednocześnie.

Jeden uniósł rękę.

— Stój!

Samochód nie zwolnił.

Major Lis wyszedł za mną.

— Zamknąć bramę techniczną!

W radiostacjach odezwały się krótkie komendy.

Kilka sekund później wojskowy pojazd ochrony wyjechał zza hangaru i ustawił się w poprzek drogi.

Czarny samochód gwałtownie skręcił.

Koła straciły przyczepność na śniegu.


Auto obróciło się bokiem, przebiło przez niski żywopłot i zatrzymało w zaspie niecałe trzydzieści metrów od policyjnego śmigłowca.

Drzwi kierowcy otworzyły się.

Wysiadł mężczyzna w ciemnym wojskowym płaszczu.

Około pięćdziesiątki.

Siwiejące włosy.

Na twarzy nie miał paniki człowieka, który właśnie stracił kontrolę nad samochodem.

Miał kalkulację.

Partnerka Daniela, która pojawiła się za nami w drzwiach, wydała z siebie cichy dźwięk.

— To on.

Spojrzałam na nią.


— Andrzej?

Skinęła głową.

— Ten sam człowiek, który dał mi pudełko.

Podpułkownik Andrzej Mazur zrobił dwa kroki od samochodu.

Wtedy kapitan Warda krzyknął:

— Ręce tak, żebyśmy je widzieli!

Mazur zatrzymał się.

Spojrzał najpierw na Żandarmerię.

Potem na mnie.

A potem na śmigłowiec.


Ten ostatni ruch trwał ułamek sekundy.

Ale wystarczył.

Lis powiedział cicho:

— On czegoś tam chce.

Mazur sięgnął pod płaszcz.

Trzech funkcjonariuszy jednocześnie uniosło broń.

— Ręce!

Mazur znieruchomiał.

Powoli wyjął telefon.

Warda podszedł pierwszy, odebrał urządzenie i rzucił mężczyznę na maskę samochodu.


— Podpułkowniku Andrzeju Mazurze, proszę nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów.

Mazur nie protestował.

Patrzył tylko na mnie.

— Nadinspektor Rosińska.

— Skąd pan wie, że tu jestem?

Uśmiechnął się lekko.

— Cały garnizon wie.

— Cały garnizon również zna moje stare dane dostępowe do policyjnego archiwum?

Uśmiech zniknął.

Major Lis podszedł bliżej.


— Mamy terminal.

Mazur spojrzał na niego.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

— To dobrze. Będzie pan miał dużo czasu, żeby sobie przypomnieć.

Funkcjonariusze przeszukali samochód.

Na tylnej kanapie znaleźli wojskową torbę.

W środku nie było broni.

Był laptop, dwa telefony, identyfikator dający dostęp do stref logistycznych garnizonu oraz plik dokumentów.

Kapitan Warda przewrócił pierwszą kartkę.

Spojrzał na mnie.


— To dotyczy pani.

Podeszłam.

Na papierze znajdowała się stara lista rzeczy zabezpieczonych po moim rozwodzie.

Kartony.

Dokumenty osobiste.

Kopie rachunków.

Materiały z mieszkania służbowego.

Przy jednej pozycji ktoś czerwonym długopisem zaznaczył:

„TRANSPORT — 2008–2010. NIEODNALEZIONE.”

— Skąd pan to ma? — zapytałam.


Mazur milczał.

Daniel, nadal skuty, został przyprowadzony bliżej przez drugiego funkcjonariusza.

Gdy zobaczył Mazura, zatrzymał się.

Ich spojrzenia spotkały się.

Nie wyglądały jak spojrzenia dwóch ludzi, którzy ledwie się znali.

— Andrzej — powiedział Daniel.

Mazur odpowiedział chłodno:

— Miałeś jedno zadanie.

Matka Daniela zakryła usta.

Lis natychmiast spojrzał na obu mężczyzn.


— Jakie zadanie?

Mazur zacisnął szczękę.

Daniel odwrócił wzrok.

— Nie wiem, o czym mówi.

Mazur roześmiał się.

— Osiem lat udawałeś bohatera, a teraz nagle niczego nie pamiętasz?

— Zamknij się.

— To ty miałeś odzyskać papiery od swojej żony.

Wokół nas zapadła cisza.

Poczułam, jak coś zimnego przesuwa mi się wzdłuż kręgosłupa.


Major Lis zrobił krok do Mazura.

— Jakie papiery?

Mazur spojrzał na Daniela.

Daniel patrzył na niego z wściekłością.

— Nie rób tego.

I wtedy Mazur powiedział zdanie, którego Daniel najwyraźniej bał się najbardziej.

— Dokumenty pokazujące, że broń z konwojów nigdy nie zaginęła.

Kapitan Warda zamarł.

— Więc gdzie trafiła?

Mazur uśmiechnął się bez humoru.

— Zmieniono jej przeznaczenie.

— Przez kogo?

— Nie będę rozmawiał na śniegu.

Lis spojrzał na swoich ludzi.

— Zabierzcie ich osobno.

Daniel natychmiast się odezwał.

— On próbuje ratować siebie.

Mazur spojrzał przez ramię.

— A ty próbowałeś ratować swoją karierę, zanim twoje dzieci nauczyły się chodzić.

Daniel ruszył w jego stronę.

Warda zatrzymał go bez wysiłku.

— Dosyć.

Oliwia pojawiła się wtedy w oknie na pierwszym piętrze.

Za nią stała Lena.

Moja córka patrzyła na skutego ojca.

Daniel również ją zobaczył.

I po raz pierwszy tego dnia coś w nim pękło.

Nie powiedział nic.

Odwrócił głowę.

Mazura wsadzono do jednego samochodu Żandarmerii.

Daniela do drugiego.

Kiedy pojazdy ruszyły, major Lis został przy znalezionej torbie.

Warda otworzył laptop.

— Nie możemy uruchamiać go tutaj.

— Wiem.

W kieszeni torby znajdował się jeszcze mały czarny notes.

Na pierwszych stronach widniały daty i numery transportów.

Dalej były inicjały.

Niektóre rozpoznawałam jako oznaczenia wojskowych jednostek.

Przy jednej dacie zatrzymałam palec.

Osiem lat wcześniej.

Dzień przed tym, jak Daniel poprosił o swój nagły zagraniczny przydział.

Obok wpisu znajdowały się dwie litery.

„D.R.”

A pod nimi:

„K.R. posiada kopię.”

Major Lis spojrzał na mnie.

— Oni byli przekonani, że ma pani dokument.

— Ale ja nawet nie wiedziałam, że go mam.

— To mogło panią chronić przez te wszystkie lata.

Spojrzałam na niego.

— Albo przez wszystkie te lata ktoś czekał, aż go znajdę.

Telefon Warty zadzwonił.

Odebrał i odszedł kilka kroków.

Po chwili jego twarz się zmieniła.

— Majorze, technicy sprawdzili zabezpieczoną szafę.

Lis podszedł bliżej.

— Co jeszcze znaleźli?

— Jedną pustą przegródkę.

— I?

— Według starego spisu powinien znajdować się w niej wojskowy dysk szyfrujący.

Mazur nie miał go przy sobie.

Daniel również nie.

— Kiedy zniknął? — zapytałam.

Warda przewinął informacje na telefonie.

— Tego właśnie nie wiemy.

Major Lis spojrzał na rezydencję.

Potem na policyjny śmigłowiec.

— Musimy ustalić, kto jeszcze miał dostęp do klucza.

Zamarłam.

Przypomniałam sobie pudełeczko.

Partnerka Daniela powiedziała, że dostała je poprzedniego dnia.

Od Mazura.

Daniel miał je dopiero dziś.

Czyli przez co najmniej kilka godzin klucz znajdował się poza jego kontrolą.

Wróciłam szybko do domu.

— Gdzie jest pudełko?

Partnerka Daniela wskazała salon.

— Żandarmeria je zabezpieczyła.

— Nie pytam o klucz. Pytam o samo pudełko.

Warda wyjął przezroczysty worek dowodowy.

Aksamitne pudełeczko leżało w środku.

Przyjrzałam mu się.

Coś było nie tak.

— Proszę je otworzyć.

Warda założył rękawiczki i podniósł wieczko.

Pierścionek nadal był w środku.

Miejsce po mosiężnym kluczu pozostawało puste.

Ale pod wyściółką widniało niewielkie wybrzuszenie.

Kapitan delikatnie ją uniósł.

Pod materiałem znajdowała się cienka plastikowa karta pamięci.

Major Lis spojrzał na mnie.

— Daniel o tym wiedział?

— Nie wiem.

Na karcie znajdował się tylko jeden napis wykonany czarnym markerem.

Cztery cyfry.

Data urodzenia moich dzieci.

Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.

No comments yet