Przez kilka sekund patrzyłam na funkcjonariusza, jakby jego słowa były wypowiedziane w obcym języku.
— Niemowlę miało nazwisko Radecki? — powtórzyłam.
— Tak wynika z dokumentacji.
— Ale ja byłam Wysocka.
— Oficjalnie tak — odpowiedział policjant. — Tylko że wpis w karcie przyjęcia do szpitala został dokonany przed zarejestrowaniem pani jako Alicji Wysockiej.
Poczułam, jak coś zaciska mi się w gardle.
— Kto mnie tam przywiózł?
Funkcjonariusz spojrzał na kolejną stronę.
— Tego właśnie próbujemy ustalić. W dokumentacji znajduje się nazwisko Michała Radeckiego jako osoby towarzyszącej.
Matka nagle wstała.
— Nie.
Wszyscy odwróciliśmy się w jej stronę.
— Nie możecie tego otwierać — powiedziała drżącym głosem.
— Dlaczego? — zapytałam.
— Bo nie rozumiesz, co tam jest.
— To wytłumacz mi.
Matka spojrzała na ojca.
Andrzej siedział nieruchomo.
Po raz pierwszy nie próbował już krzyczeć. Nie próbował mnie uciszać. Wyglądał jak człowiek, który przez lata budował mur wokół pewnej tajemnicy, a teraz patrzył, jak każda kolejna cegła spada na ziemię.
— Michał nie był sam tej nocy — powiedziała matka.
— Kto z nim był?
— Ja.
W gabinecie zapadła cisza.
Julian cofnął się o krok.
— Mamo…
— Muszę jej powiedzieć.
Ojciec gwałtownie podniósł głowę.
— Nie masz prawa.
— Ty już nie masz prawa decydować o tym, co ona ma wiedzieć.
Podeszłam do matki.
— Co wydarzyło się tamtej nocy?
Wiktoria otarła łzy.
— Michał dowiedział się, że Andrzej zamierza wykorzystać dokumenty dotyczące twojego urodzenia, żeby przejąć jego udziały w firmie. Wiedział też, że Andrzej próbował zmusić mnie do podpisania oświadczenia, że Michał nie jest twoim ojcem.
— Dlaczego miałby to robić?
— Bo bał się, że jeśli Michał uzyska prawa do ciebie, straci kontrolę nad firmą.
Spojrzałam na Andrzeja.
— Czyli chodziło o pieniądze.
— Nie tylko — powiedział cicho.
— Więc o co?
Nie odpowiedział.
Matka kontynuowała:
— Tamtej nocy uciekłam z tobą. Michał czekał na nas w samochodzie. Mieliśmy wyjechać z Warszawy.
— I co się stało?
Jej twarz stężała.
— Andrzej nas znalazł.
Zamknęłam oczy.
Nagle wszystko nabierało sensu. Strach, dokumenty, ukryte konto, tajemniczy mężczyzna ze zdjęcia.
— Byłam wtedy w samochodzie?
— Tak.
— A Michał?
Matka zaczęła płakać.
— Doszło do wypadku.
— Jakiego?
— Samochód wpadł w poślizg. Uderzyliśmy w barierę. Ty byłaś przypięta w foteliku.
— A Michał?
Wiktoria milczała.
— Mamo!
— Przeżył.
Serce zabiło mi gwałtownie.
— Przeżył?
Skinęła głową.
— Ale był ciężko ranny. Zabrano nas do szpitala. Michał poprosił lekarzy, żeby nie podawali jego nazwiska. Bał się, że Andrzej nas znajdzie.
— Dlaczego więc w dokumentacji znalazło się jego nazwisko przy mnie?
Matka spojrzała na funkcjonariusza.
— Bo Michał powiedział lekarzowi, że jeśli umrze, dziecko ma zostać zapisane pod jego nazwiskiem. Chciał, żebyś miała dowód, że jesteś jego córką.
Poczułam łzy na policzkach.
— Ale dlaczego później zostałam Wysocka?
Tym razem odpowiedział ojciec.
— Bo Michał zniknął.
Odwróciłam się do niego.
— Zniknął ze szpitala?
— Tak.
— Uciekł?
Ojciec przez chwilę milczał.
— Nie wiem.
Julian natychmiast prychnął.
— Kłamiesz.
Andrzej spojrzał na niego.
— Uważaj.
— Widziałem dokument.
Julian wyjął z telefonu zdjęcie starej karty szpitalnej.
— Jest podpis pielęgniarki. Jest godzina. Jest informacja o wypisie.
Podał telefon funkcjonariuszowi.
— Michał nie został wypisany — powiedział. — Został przeniesiony.
Policjant zmarszczył brwi.
— Dokąd?
— Tego nie ma w aktach.
Spojrzałam na matkę.
— Co zrobiliście?
— Ja niczego nie zrobiłam.
— A ojciec?
Wiktoria zaczęła płakać.
— Andrzej powiedział mi, że jeśli nie podpiszę dokumentów, zabierze cię i nigdy więcej cię nie zobaczę.
Poczułam, jak wszystko we mnie drży.
— Podpisałaś?
— Tak.
— Co?
— Zrzeczenie się wszelkich roszczeń dotyczących opieki nad tobą.
— I dlatego wychowywał mnie jak swoją córkę?
Matka pokręciła głową.
— Nie. Wychowywał cię jako zabezpieczenie.
— Zabezpieczenie czego?
Nie odpowiedziała.
Funkcjonariusz przewrócił kilka stron dokumentów.
— Tu jest coś jeszcze.
Podeszłam do niego.
Na dole jednej z kart widniała pieczęć szpitala oraz nazwisko lekarza.
— Doktor Marek Zieliński — przeczytałam.
Policjant skinął głową.
— Ten sam lekarz podpisał kartę przyjęcia pani jako niemowlęcia.
Julian nagle zbladł.
— To niemożliwe.
— Znasz go? — zapytałam.
— Nie osobiście. Ale jego nazwisko pojawia się w dokumentach firmy ojca.
Poczułam zimno na karku.
— Dlaczego lekarz pracował dla firmy mojego ojca?
Andrzej wstał.
— To nie ma żadnego związku.
Policjant spojrzał na niego.
— W takim razie nie powinien mieć pan problemu z wyjaśnieniem, dlaczego przez kolejne piętnaście lat firma przelewała pieniądze na konto fundacji należącej do doktora Zielińskiego.
Ojciec zamilkł.
Matka spojrzała na niego z przerażeniem.
— Andrzej…
— To były darowizny — odpowiedział.
— W jakiej wysokości? — zapytałam.
Funkcjonariusz sprawdził dokumenty.
— Łącznie ponad dwa miliony złotych.
Poczułam, jak nogi miękną mi pod ciałem.
— Za co?
Nikt nie odpowiedział.
Wtedy telefon jednego z policjantów zadzwonił. Odebrał, wysłuchał wiadomości i nagle spojrzał na mnie.
— Pani Wysocka, mamy kontakt ze szpitalem, który przechowuje część archiwów. Znaleziono dodatkową kartę.
— Jaką?
— Kartę osoby dorosłej przyjętej tej samej nocy.
— Michała?
Policjant pokręcił głową.
— Nie.
— Więc kogo?
Spojrzał na mnie z powagą.
— Kobiety.
— Jakiej kobiety?
Funkcjonariusz przeczytał nazwisko.
I wtedy matka osunęła się na fotel.
— Nie… — wyszeptała.
— Kto to jest? — zapytałam.
Wiktoria spojrzała na mnie przez łzy.
— Twoja babcia.
Zamarłam.
— Moja babcia nie żyje od trzydziestu lat.
— Właśnie dlatego — odpowiedziała matka — nie powinna była pojawić się w tej dokumentacji.
Policjant odwrócił kartę.
Na dole znajdowała się data urodzenia kobiety.
Była identyczna z datą urodzenia mojej matki.
A obok nazwiska widniała ręcznie dopisana notatka:
**„Pacjentka twierdzi, że dziecko nie jest Alicją Wysocką. Prosi o natychmiastowy kontakt z Michałem Radeckim.”**







No comments yet