Rozrywka

Osiem Lat Po Tym, Jak Porzucił Ciężarną Żonę, Zaprosił Ją Na Świąteczny Obiad, By Ją Upokorzyć — Wylądowała Helikopterem Z Czwórką Dzieci, A Jego Rodzina Zbladła, Gdy Poznała Prawdę

— Człowiek, którego uważałem za zmarłego razem z ojcem? — powtórzył Marek, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał.

Patrycja patrzyła na niego ze łzami spływającymi po policzkach. Przez cały wieczór widziałam ją przestraszoną, zawstydzoną i przyłapaną na kłamstwach, ale dopiero teraz zobaczyłam w jej oczach coś innego. Strach przed konkretnym człowiekiem.

— Twój wuj — wyszeptała. — Adrian.

Marek cofnął się o krok.

Znałam to imię. Adrian Reynolds był młodszym bratem Edwarda. Według rodzinnej historii dziewięć lat temu jechał z nim samochodem, kiedy doszło do wypadku w Austrii. Edward zmarł po kilku dniach w szpitalu, natomiast Adriana uznano za zmarłego na miejscu. Nigdy jednak nie poznałam szczegółów.

— To niemożliwe — powiedział Marek. — Byłem na jego pogrzebie.

— Na pogrzebie była zamknięta trumna.

Marek pobladł.

— Mamo...

— Adrian nie znajdował się w samochodzie.


Cisza stała się ciężka.

— Więc kto zginął? — zapytałam.

Patrycja pokręciła głową.

— Nie wiem. Edward nigdy mi nie powiedział. Wiem tylko, że kilka dni przed śmiercią przyznał, że Adrian żyje.

Marek patrzył na nią z niedowierzaniem.

— I ukrywałaś to przez dziewięć lat?

— Edward błagał mnie, żebym milczała. Powiedział, że jeśli prawda wyjdzie na jaw, stracimy wszystko.

— Co ma z tym wspólnego testament?

Patrycja usiadła przy biurku.

— Reynolds Development nie należało wyłącznie do Edwarda. Firma powstała dzięki majątkowi ich ojca. Edward i Adrian mieli po połowie udziałów. Potem zaczęli się kłócić. Adrian chciał sprzedać swoją część, Edward chciał zachować przedsiębiorstwo w rodzinie.


Marek spojrzał na dokument na ekranie.

— Sześćdziesiąt procent.

— Edward stworzył holding. Przepisał większość udziałów na fundusz, którego beneficjentem miał zostać Adrian pod warunkiem, że pozostanie poza oficjalnymi strukturami spółki przez określony czas. Pozostałe czterdzieści procent miało przypaść twoim biologicznym dzieciom.

— Dlaczego?

— Żeby żaden z was nie mógł sam kontrolować firmy.

Wreszcie zaczynałam rozumieć. Edward nie planował zwykłego spadku. Zbudował mechanizm, który zmuszał dwie gałęzie rodziny do współistnienia.

— Ale skoro Marek miał rzekomo nie mieć dzieci... — powiedziałam powoli.

— Czterdzieści procent pozostawało pod zarządem funduszu — dokończyła Patrycja.

— Czyli ktoś miał interes w tym, żeby dzieci Marka nigdy nie zostały oficjalnie uznane.

Patrycja przytaknęła.


Marek zacisnął pięści.

— Adrian.

— Tego nie powiedziałam.

— Nie musiałaś.

Wtedy zauważyłam coś, co wcześniej przeoczyliśmy. Na fotografii helikoptera widniał fragment odbicia w szybie samochodu stojącego przy drodze. Powiększyłam zdjęcie telefonem. Obraz był niewyraźny, ale tablica rejestracyjna miała charakterystyczne zagraniczne oznaczenie.

— Ten samochód nie jest polski.

Marek spojrzał.

— Szwajcarska rejestracja.

Patrycja zamknęła oczy.

— Adrian mieszka w Szwajcarii.


— Skąd wiesz?

Nie odpowiedziała.

Marek roześmiał się gorzko.

— Oczywiście. Kontaktowałaś się z nim.

— Tylko kilka razy.

— Kiedy ostatnio?

— Sześć miesięcy temu.

Dokładnie wtedy przyszła fotografia naszej piątki.

— Czego chciał? — zapytałam.

— Wiedzieć, czy Marek kiedykolwiek dowiedział się o dzieciach.


Poczułam, jak gniew wypiera strach.

— I co mu powiedziałaś?

— Że nie.

Marek podszedł do matki.

— Czyli przez te wszystkie lata pomagałaś mu utrzymać moje dzieci poza rodziną?

— Próbowałam je chronić!

— Przed czym?

Patrycja spojrzała na mnie.

— Przed tym, co stało się Ewie.

Zamarłam.


— Co masz na myśli?

— Dlaczego sądzisz, że zerwała z tobą kontakt siedem lat temu?

Myślałam, że odpowiedź znam. Ewa przeprowadziła się po naszym konflikcie. Powiedziała, że dostała pracę za granicą i chce zacząć od nowa.

— Wyjechała.

— Nie z własnej woli.

Wyjęłam telefon i ponownie zadzwoniłam do Ewy.

Numer był niedostępny.

Spróbowałam drugi raz.

To samo.

— Gdzie ona jest? — zapytałam.


— Nie wiem.

— Przed chwilą z nią rozmawialiśmy.

— I właśnie dlatego się boję.

Marek wziął kluczyki.

— Jedziemy na policję.

— Nie — powiedziałam.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

— Ktoś śledzi moje dzieci, zna nasze adresy, wysyła zdjęcia i prawdopodobnie znajduje się teraz w Zakopanem. Najpierw zabieramy dzieci w bezpieczne miejsce. Potem zgłaszamy wszystko.

Marek przytaknął.

Po raz pierwszy od naszego spotkania nie próbował przejąć kontroli. Po prostu mnie posłuchał.


Patrycja wskazała na śnieg za oknem.

— Helikopter nie wystartuje przy tej pogodzie.

— Mamy samochód.

— Jeżeli Adrian naprawdę tutaj jest, droga może być pierwszym miejscem, którego będzie pilnował.

Nie podobało mi się to, ale miała rację.

Marek zadzwonił do ochrony firmy i polecił wysłać dwóch ludzi do domu. Następnie skontaktował się z policją. Kiedy skończył, poszłam sprawdzić dzieci.

W pokoju spały tylko trzy.

Łóżko Kuby było puste.

Serce podeszło mi do gardła.

— Kuba?


Sprawdziłam łazienkę.

Nikogo.

Wybiegłam na korytarz.

— Marek!

Wszyscy rzuciliśmy się na poszukiwania. Po kilkudziesięciu sekundach usłyszałam głos dochodzący z parteru.

Kuba stał przy drzwiach wejściowych.

Nie był sam.

Naprzeciwko niego znajdował się wysoki mężczyzna około sześćdziesiątki w ciemnym płaszczu. Śnieg pokrywał jego ramiona. Miał siwe włosy i oczy tak podobne do oczu Marka, że natychmiast wiedziałam, kim jest.

— Odsuń się od mojego syna — powiedziałam.

Mężczyzna uniósł obie dłonie.


— Spokojnie, Katarzyno. Nie zamierzam go skrzywdzić.

Marek zbiegł po schodach i stanął obok mnie.

Zamarł.

— Wujek Adrian?

Mężczyzna uśmiechnął się smutno.

— Witaj, Marku.

Patrycja pojawiła się za nami.

Kiedy go zobaczyła, złapała się poręczy.

— Nie powinieneś tutaj przychodzić.

— Przeciwnie. Powinienem był przyjść osiem lat temu.

Kuba podszedł do mnie. Przyciągnęłam go natychmiast do siebie.

— To ty robiłeś zdjęcia moim dzieciom? — zapytałam.

Adrian spojrzał na mnie.

— Tak.

Marek ruszył ku niemu, ale zatrzymałam go ręką.

— Dlaczego?

Adrian wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza grubą kopertę.

— Ponieważ Edward przed śmiercią poprosił mnie, żebym je chronił.

Patrycja gwałtownie pokręciła głową.

— Kłamiesz.

Adrian spojrzał na nią.

— Nadal zamierzasz to ciągnąć?

— Wynoś się.

— Powiedz im prawdę, Patrycjo.

— Powiedziałam.

Adrian zaśmiał się cicho.

— Nie. Powiedziałaś im wersję, w której całą winę można zrzucić na martwego męża.

Położył kopertę na stole.

— Edward sfałszował wyniki Marka. To prawda. Zapłacił Ewie. To również prawda. Ale kiedy dowiedział się, że Kasia nosi czworaczki, zmienił zdanie.

Spojrzałam na niego.

— Co?

— Chciał naprawić to, co zrobił. Dlatego zmienił testament. Czterdzieści procent było jego sposobem na zabezpieczenie dzieci.

Marek pokręcił głową.

— Ojciec powiedział mi, że Kasia zakończyła ciążę.

— Nie Edward ci to powiedział.

Zapadła cisza.

Adrian spojrzał na Patrycję.

— Ona.

Patrycja cofnęła się.

— Nie słuchajcie go.

Adrian otworzył kopertę i wyjął stary dokument.

— Edward napisał to trzy dni przed wypadkiem. Miał wrócić do Warszawy, powiedzieć Markowi prawdę i przyznać się Kasi do wszystkiego.

Marek wziął list.

Rozpoznał charakter pisma ojca.

Czytał w milczeniu, a jego twarz powoli się zmieniała.

— Jest tutaj napisane... — wyszeptał — że ojciec chciał powiedzieć mi o dzieciach.

Adrian skinął głową.

— Nie zdążył.

Patrycja ruszyła ku drzwiom.

Marek zastąpił jej drogę.

— Dokąd idziesz?

— Nie będę słuchać tych kłamstw.

— Mamo.

Po raz pierwszy tego wieczoru jego głos był zupełnie spokojny.

— Kto powiedział mi, że Kasia straciła dzieci?

Patrycja nie odpowiedziała.

— Kto wysłał mi wiadomość ze szpitala?

Jej twarz zaczęła drżeć.

Adrian wyciągnął jeszcze jeden dokument.

— To nie jest najgorsze, Marku.

Położył przed nami kopię aktu notarialnego.

Data pochodziła sprzed ośmiu lat — trzy tygodnie po narodzinach czworaczków.

Pod dokumentem widniał podpis Patrycji.

Marek przeczytał pierwszą stronę i nagle usiadł.

— Co to jest?

Adrian spojrzał na mnie.

— Dokument, na podstawie którego Patrycja przez osiem lat pobierała pieniądze z funduszu przeznaczonego dla dzieci.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Ile?

Adrian nie odpowiedział od razu.

Przesunął palcem do ostatniej strony.

— Łącznie prawie dwadzieścia siedem milionów złotych.

Spojrzałam na Patrycję.

Ale Marek zauważył coś jeszcze.

Na dokumencie nie było tylko jej podpisu.

Pod nim widniało drugie nazwisko.

Ewa Maj.

Marek podniósł wzrok na Adriana.

— Dlaczego Ewa podpisała dokument dotyczący funduszu moich dzieci?

Adrian spojrzał na mnie w sposób, który natychmiast wzbudził we mnie strach.

— Ponieważ Ewa nie była wyłącznie przyjaciółką Kasi.

Zamilkł na moment.

— Edward zatrudnił ją na długo przed tym, zanim poznała którekolwiek z was.

No comments yet