Nie zadzwoniłam do Małgorzaty.
Najpierw zadzwoniłam do ojca.
— Dostałam wiadomość.
— Od kogo?
— Numer zastrzeżony. Mają pudełko. Chcą, żeby Małgorzata jutro przyjechała sama.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Prześlij wszystko.
Zrobiłam to natychmiast.
— Nora, niczego nie odpowiadaj.
— Nie zamierzałam.
— I nie próbuj prowadzić tego samodzielnie.
Spojrzałam przez okno zabezpieczonego mieszkania.
— Nie będę działać samodzielnie. Ale chcę być częścią planu.
Ojciec westchnął.
— Wiedziałem, że to powiesz.
— Bo wiesz, że mam rację.
— Wiem, że jesteś uparta.
— Tego też mnie nauczyłeś.
Po raz pierwszy od wielu godzin usłyszałam w jego głosie coś, co przypominało cień uśmiechu.
Zniknęło natychmiast.
— Przyjedziemy po ciebie rano.
— A Zosia?
— Zostanie pod ochroną.
Poczułam ucisk w piersi.
Instynkt mówił mi, żeby nie oddalać się od córki nawet na metr.
Ale druga część mnie wiedziała, że jeśli nie przerwiemy tego teraz, Zosia nigdy nie będzie naprawdę bezpieczna.
— Dobrze.
Następnego ranka wróciłam do rezydencji Dąbrowskich.
Tym razem nie było krewnych.
Nie było kelnerów.
Nie było śmiechu.
W salonie siedzieli tylko Małgorzata, Ryszard, Wojciech, mój ojciec, prawnik wojskowy oraz kobieta z oficjalną teczką.
Na stole leżał drugi telefon Małgorzaty.
— Pokaż jej wiadomość — powiedziałam.
Ojciec przesunął telefon w stronę Małgorzaty.
Przeczytała.
Kolor odpłynął jej z twarzy.
— Nie pojadę.
— Jeszcze nie powiedzieliśmy, że pojedziesz — odparła kobieta.
— Ale tego chcecie.
Nikt nie zaprzeczył.
Małgorzata wstała.
— Nie. Koniec. Powiem wam wszystko, co wiem, ale nie będę przynętą.
— Wszystko? — zapytałam.
Spojrzała na mnie.
— Tak.
— To zacznij od pierwszego spotkania z Saranovem.
Usiadła z powrotem.
Przez chwilę patrzyła na swoje dłonie.
— Poznałam go podczas kolacji biznesowej prawie rok temu. Przedstawił go znajomy Ryszarda. Powiedział, że reprezentuje zagraniczny fundusz zainteresowany inwestycjami w Polsce.
Ryszard zacisnął szczękę.
— Kto go przedstawił?
Małgorzata wymieniła nazwisko.
Ryszard pobladł.
— On pracował dla mnie przez piętnaście lat.
Kobieta z teczką natychmiast zanotowała nazwisko.
— To może być człowiek z nagrania — powiedziałam.
Ryszard spojrzał na mnie.
— Co?
Ojciec położył na stole wydruk z kamery.
Rozmazana twarz.
Identyfikator jednej ze spółek.
Ryszard przyjrzał się zdjęciu.
— Nie.
— Rozpoznajesz go? — zapytałam.
— To Paweł Król.
Wojciech zaklął pod nosem.
— Dyrektor operacyjny?
Ryszard skinął głową.
— Ma dostęp do prawie wszystkich budynków firmy.
Spojrzałam na Małgorzatę.
— Czy to on przedstawił ci Saranova?
Małgorzata zamknęła oczy.
— Tak.
Kolejny element układanki wskoczył na miejsce.
Nie trzeba było włamywać się do świata Dąbrowskich.
Ktoś już w nim był.
— Co było później? — zapytałam.
— Saranov opowiedział mi o inwestycji. Powiedział, że ma informacje, dzięki którym fundusz może zarobić ogromne pieniądze. Chciał gotówki poza oficjalnymi strukturami spółki.
Ryszard odwrócił głowę.
Wstyd na jego twarzy nie należał do niego, ale najwyraźniej czuł ciężar nazwiska.
— I przelałaś pieniądze.
— Najpierw niewiele.
— Ile?
— Dwieście tysięcy.
— A potem?
— Pokazał mi fałszywe wyniki. Wpłaciłam więcej.
Prawnik przesunął przed nią jeden z wyciągów.
— Aż doszło do prawie trzech milionów.
Małgorzata skinęła głową.
— Kiedy zrozumiałaś, że to oszustwo? — zapytałam.
— Kiedy próbowałam wypłacić pieniądze.
— I wtedy zaczął cię szantażować.
— Tak.
— Czym?
Małgorzata spojrzała na Ryszarda.
— Dokumentami.
— Jakimi dokumentami? — zapytał.
Jej głos osłabł.
— Podrobiłam część zgód w funduszu rodzinnym.
Ryszard wpatrywał się w nią.
— Podrobiłaś mój podpis?
Nie odpowiedziała.
— Małgorzata.
— Tak.
Wojciech odsunął się od stołu.
Ryszard usiadł.
Nie wyglądał już na wściekłego.
Wyglądał na starego.
— Dlatego zmieniłaś zapisy dotyczące Zosi — powiedziałam.
Małgorzata zaczęła płakać.
— Potrzebowałam czasu. Jeśli pojawiłby się audyt po jej wpisaniu jako kolejnej beneficjentki, różnice mogły wyjść szybciej.
To było obrzydliwe.
Ale logiczne.
Pogarda wobec mnie i mojego dziecka nie została wymyślona dla pieniędzy.
Ona naprawdę nami gardziła.
Saranov tylko wykorzystał coś, co już istniało.
— A anonimowe donosy? — zapytałam.
— Na początku były moim pomysłem.
Wojciech poderwał głowę.
— Co?
Małgorzata nie spojrzała na syna.
— Chciałam, żeby Nora odeszła z wojska. Żebyście mieli normalne życie. Żeby nie miała nad tobą tej... przewagi.
— Jakiej przewagi? — zapytałam.
— Niezależności.
To jedno słowo powiedziało o niej więcej niż wszystko inne.
— Potem Saranov kazał mi kontynuować — dodała. — Chciał, żeby ktoś zaczął zadawać pytania o twoją pracę.
— Czyli donosy miały sprowokować wewnętrzną kontrolę.
Ojciec skinął głową.
— Kontrola mogła ujawnić, jakie obszary służby są z tobą związane, bez konieczności bezpośredniego włamywania się do systemów.
Wojciech spojrzał na matkę.
— Wykorzystałaś moją żonę, żeby ratować własne pieniądze.
— Nie wiedziałam, do czego to prowadzi.
— Wiedziałaś wystarczająco dużo.
Małgorzata spuściła głowę.
Kobieta z teczką położyła przed nią drugą fotografię.
— Czy widziała pani wcześniej ten przedmiot?
Na zdjęciu był niewielki metalowy klucz znaleziony w sejfie.
Małgorzata przyjrzała mu się.
— Saranov mi go dał.
— Do czego służy?
— Nie wiem.
— Nigdy pani nie pytała?
— Powiedział, że będę wiedziała, kiedy przyjdzie czas.
Spojrzałam na klucz.
Zwykły.
Mały.
Z numerem wybitym na jednej stronie.
Prawnik powiększył fotografię.
— To nie wygląda na klucz do drzwi.
Ryszard pochylił się.
— Skrytka depozytowa.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Mamy podobne klucze w banku — wyjaśnił. — Numer zamiast nazwy.
Kobieta zapisała numer.
— Sprawdzimy.
Wtedy przypomniałam sobie wydruki z kasetki.
— Małgorzato, dostałaś ten klucz przed czy po utracie pieniędzy?
— Po.
— Dokładnie kiedy?
— Mniej więcej miesiąc temu.
Trzy tygodnie temu powstał plik dotyczący Zosi.
Miesiąc temu Małgorzata dostała klucz.
Zawadzki zniknął kilka dni temu.
Wczoraj ktoś włamał się do mojego domu.
Elementy układały się coraz szybciej.
— Saranov przygotowywał zakończenie — powiedziałam.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Wyjaśnij.
— Nie planował dłużej korzystać z Małgorzaty. Klucz był częścią ostatniego etapu. Spotkanie miało przenieść coś albo odebrać coś ze skrytki. Potem stałaby się zbędna.
Małgorzata pobladła.
— Chcesz powiedzieć, że chciał mnie zabić?
— Nie wiem.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Ale wiem, że człowiek, który sporządza notatki o pięciotygodniowym dziecku jako „punkcie nacisku”, nie kieruje się sentymentem.
Po raz pierwszy nie odpowiedziała złością.
Tylko strachem.
Kilka godzin później mieliśmy odpowiedź dotyczącą klucza.
Pasował do prywatnej skrytki depozytowej w jednym z warszawskich banków.
Skrytkę wynajęto na nazwisko fikcyjnej spółki.
Osobą upoważnioną do dostępu była Małgorzata Dąbrowska.
— Nigdy tam nie byłam — powiedziała.
— Właśnie dlatego wykorzystano pani dane — odpowiedziała kobieta z teczką.
— Co jest w środku?
— Dowiemy się zgodnie z procedurą.
Tym razem nie próbowałam naciskać.
Zaczynałam rozumieć, że najważniejsze nie jest już tylko odkrycie, co zrobił Saranov.
Musieliśmy ustalić, czego jeszcze nie zdążył zrobić.
Po południu sprawdzono telefon Małgorzaty.
Odzyskano usunięte wiadomości.
Większość była krótka.
Daty.
Miejsca.
Polecenia.
Ale jedna rozmowa zatrzymała mnie na dłużej.
Małgorzata napisała:
„Powiedziałam, że dziecko nie będzie częścią rodziny. To powinno wystarczyć.”
Saranov odpowiedział:
„To nie nazwisko dziecka jest problemem. Problemem jest to, co matka zrobi, jeśli poczuje zagrożenie.”
Kolejna wiadomość przyszła dwie minuty później.
„Oficerowie zawsze wybierają obowiązek. Dopóki nie dasz im czegoś ważniejszego.”
Patrzyłam na ekran.
Zosia.
Plik „DZIECKO”.
Najłatwiejszy punkt nacisku.
Poczułam mdłości.
Ale pod strachem pojawiło się coś jeszcze.
Zrozumienie.
— Oni nigdy nie planowali skrzywdzić Zosi dla samego skrzywdzenia — powiedziałam.
Ojciec spojrzał na mnie.
— To nie zmniejsza zagrożenia.
— Wiem. Ale oznacza, że potrzebowali jej tylko wtedy, gdy nadal czegoś ode mnie chcieli.
— Raportu?
Pokręciłam głową.
— Raport już mają.
Przewinęłam rozmowę.
— Saranov pisał to trzy tygodnie temu. Przed włamaniem. Czyli metalowe pudełko nie było końcem.
Kobieta z teczką zbliżyła się do ekranu.
— Szukają czegoś jeszcze.
— Tak.
Wróciłam do początku odzyskanej rozmowy.
I wtedy zobaczyłam zdanie, które wcześniej wydawało się nieważne.
Saranov napisał:
„Kiedy odzyskamy oryginał, będziemy potrzebować kogoś, kto potwierdzi, że kopia jest autentyczna.”
Oryginał.
Potwierdzenie.
Spojrzałam na ojca.
— Raport, który miałam, był kopią.
Jego twarz stwardniała.
— Tak.
— Gdzie jest oryginał?
Nie odpowiedział.
Wiedziałam już, że trafiłam.
— Tato.
— Nora, to nie jest informacja, którą—
— Oni już wiedzą, że istnieje.
Cisza.
— Gdzie?
Ojciec spojrzał na kobietę z teczką.
Ona skinęła głową.
— Oryginał nigdy nie został zniszczony — powiedział. — Został zdeponowany jako materiał archiwalny.
— I ktoś musi potwierdzić autentyczność kopii, żeby wiedzieć, czego dokładnie szukać w archiwum.
— Tak.
— Kto?
Tym razem ojciec spojrzał mi prosto w oczy.
— Ja.
Zamarłam.
Wszystko stało się jasne.
Saranov nigdy nie potrzebował tylko mojego laptopa.
Nie potrzebował tylko Małgorzaty.
Nie potrzebował nawet mnie jako celu końcowego.
Potrzebował drogi do człowieka, który znał historię dokumentu od początku.
Do mojego ojca.
Wtedy telefon kobiety z teczką zadzwonił.
Odebrała.
Słuchała przez kilkanaście sekund.
— Kiedy?
Jej twarz stwardniała.
— Rozumiem.
Rozłączyła się.
— Paweł Król został znaleziony.
Ryszard poderwał głowę.
— Gdzie?
— W swoim samochodzie, na parkingu przy trasie wylotowej z Warszawy.
— Żyje?
— Tak.
Wypuściłam powietrze.
— I chce rozmawiać — dodała kobieta. — Ale tylko z Norą Nowak.
Spojrzałam na ojca.
— Dlaczego ze mną?
Kobieta odpowiedziała:
— Bo twierdzi, że zna prawdziwy cel jutrzejszego spotkania.
**Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.**







No comments yet