Paweł Król wyglądał gorzej, niż się spodziewałam.
Kiedy weszłam do zabezpieczonego pokoju przesłuchań, siedział przy metalowym stole z obiema dłońmi splecionymi przed sobą. Miał rozcięcie na skroni, podkrążone oczy i koszulę, która wyglądała, jakby spał w niej od kilku dni.
Po drugiej stronie lustra obserwacyjnego znajdowali się mój ojciec, prawnik oraz funkcjonariusze.
Zosia była bezpieczna.
Tylko dlatego zgodziłam się tu przyjechać.
Król podniósł wzrok.
— Pani Nowak.
Nie usiadłam od razu.
— Dlaczego chciał pan rozmawiać właśnie ze mną?
— Bo Saranov zakłada, że wszyscy inni już panią okłamali.
— A pan nie?
Zaśmiał się gorzko.
— Ja przynajmniej wiem, że jestem winny.
Usiadłam naprzeciwko.
— Zacznijmy więc od tego.
Król spojrzał na kamerę w rogu.
— Wszystko jest nagrywane?
— Tak.
— Dobrze.
Wziął oddech.
— Poznałem Saranova trzy lata temu. Chciał wejść do jednej ze spółek Dąbrowskich przez podstawionego inwestora. Ryszard odmówił. Wtedy zaczął szukać słabszego punktu.
— Małgorzaty.
— Najpierw mnie.
Nie drgnęłam.
— Dlaczego pan?
— Miałem długi.
— Hazard?
Potrząsnął głową.
— Nie. Nieudana inwestycja. Ukrywałem ją przed żoną, przed firmą, przed wszystkimi.
— I Saranov ją znalazł.
— Tak.
Król spuścił wzrok.
— Najpierw pomógł mi spłacić część zobowiązań. Potem poprosił o drobne rzeczy. Harmonogramy. Nazwiska. Kto z kim się spotyka. Kiedy Ryszard jest poza Warszawą.
— A potem przedstawił go pan Małgorzacie.
— Tak.
— Wiedząc, że ją oszuka?
Król długo nie odpowiadał.
— Wiedząc, że jest próżna i że łatwo będzie ją przekonać, że uczestniczy w czymś elitarnym.
To było brutalne.
Ale prawdopodobnie prawdziwe.
— A mnie kiedy zauważyliście?
Król spojrzał mi prosto w oczy.
— Pani pojawiła się później.
— Kiedy?
— Kiedy Saranov zobaczył pani zdjęcie podczas jednego ze spotkań rodzinnych.
— Co było w nim szczególnego?
— Rozpoznał pani nazwisko.
Poczułam napięcie w karku.
— Nowak nie jest rzadkim nazwiskiem.
— Ale nazwisko pani ojca już tak, jeśli wie się, czego szukać.
Zamilkłam.
Król mówił dalej.
— Kazał mi sprawdzić panią. Nie mogłem znaleźć prawie niczego konkretnego. To go zainteresowało jeszcze bardziej.
— Dlatego potrzebował Małgorzaty.
— Tak. Ona miała dostęp do Wojciecha. Wojciech miał dostęp do pani domu.
Przez chwilę zaciskałam zęby.
Cała konstrukcja była prosta.
Każde ogniwo znało tylko fragment.
Małgorzata uważała, że pozbywa się niechcianej synowej.
Wojciech uważał, że oddaje stary komputer do sprawdzenia.
Król spłacał własne długi.
Zawadzki wykonywał zlecenia.
A Saranov stał poza zasięgiem wzroku i przesuwał ludzi jak pionki.
— Był pan w moim domu — powiedziałam.
Król skinął głową.
— Tak.
— Po metalowe pudełko.
— Tak.
— Z Zawadzkim?
— Tak.
— Gdzie on jest?
Król zbladł.
— Nie wiem.
— To nie brzmi wiarygodnie.
— Po włamaniu mieliśmy pojechać do magazynu pod Warszawą. Zawadzki zabrał pudełko. Ja miałem wrócić do firmy i zachowywać się normalnie.
— Ale nie wrócił pan.
— Bo dostałem wiadomość od Saranova.
— Jaką?
Król przełknął ślinę.
— „Twoja część została zakończona.”
— I uznał pan, że chce pana zabić.
— Nie musiał pisać więcej.
Wyjął z kieszeni kartkę, ale natychmiast zatrzymał się, przypominając sobie o procedurach.
Funkcjonariusz wszedł do pokoju, odebrał mu ją i położył przede mną.
Był na niej adres.
Opuszczony obiekt przemysłowy na obrzeżach Warszawy.
I godzina.
Jutro, 14:00.
— To miejsce spotkania Małgorzaty? — zapytałam.
— Nie.
Spojrzałam na niego.
— Więc czego?
Król pochylił się lekko.
— To miejsce, do którego miał przyjechać pani ojciec.
Poczułam, jak całe ciało natychmiast się napina.
— Dlaczego?
— Żeby potwierdzić autentyczność dokumentu.
— Jak chcieli go tam sprowadzić?
Król spojrzał na mnie.
Nie odpowiedział.
Zrozumiałam sama.
— Przeze mnie.
— Tak.
— Albo przez Zosię.
— Tak.
Jego głos był ledwo słyszalny.
Poczułam gniew, ale pozwoliłam mu przepłynąć przeze mnie bez reakcji.
— Co dokładnie planował Saranov?
Król zawahał się.
— To, co wiem, usłyszałem przypadkiem. Saranov rozmawiał z Zawadzkim. Powiedział, że Małgorzata ma przyjechać na swoje spotkanie, odebrać instrukcję i zadzwonić do pani.
— Z jaką wiadomością?
— Że Zosia została zabrana.
Moje palce zacisnęły się na krawędzi stołu.
— Ale Zosia jest pod ochroną.
— On o tym nie wiedział, kiedy plan powstawał.
To była pierwsza rzecz, która dawała nam przewagę.
Król kontynuował.
— Pani miała zadzwonić do pułkownika Nowaka. On miał przyjechać pod wskazany adres z informacjami pozwalającymi odnaleźć oryginalny raport.
— Nie ma takich informacji, które mógłby po prostu przynieść w kieszeni.
— Saranov nie potrzebuje samego raportu.
Zmarszczyłam brwi.
— Wcześniej powiedział pan coś innego.
— Potrzebuje numeru archiwalnego i potwierdzenia, że dokument rzeczywiście istnieje. Kopia z pani domu pozwala odtworzyć treść. Pani ojciec może potwierdzić pochodzenie.
— Po co?
Król spojrzał w kamerę, jakby bał się wypowiedzieć następne słowa.
— Bo chce sprzedać tę informację.
— Komu?
— Ludziom wymienionym w raporcie.
Zapadła cisza.
Teraz wszystko nabierało sensu.
Nie chodziło o tajemnicę państwową, którą można było ukraść i wykorzystać.
Chodziło o dowód.
O nazwiska.
O możliwość udowodnienia, że określeni ludzie byli ze sobą powiązani wiele lat wcześniej.
A jeśli ci ludzie nadal mieli pieniądze i wpływy, zapłaciliby ogromne sumy, żeby wiedzieć, co dokładnie znajduje się w archiwach.
Albo żeby dopilnować, by nikt nigdy tego nie wykorzystał.
— Kiedy Saranov ma opuścić Polskę? — zapytałam.
— Jutro wieczorem.
— Skąd pan wie?
— Miałem zorganizować samochód.
— Gdzie?
Król podał kolejne miejsce.
Nie było daleko od adresu na kartce.
Zadałam jeszcze kilkanaście pytań.
Nazwiska.
Numery.
Magazyny.
Samochody.
Fałszywe firmy.
Nie każde wspomnienie było kompletne, ale wystarczało, żeby po raz pierwszy zbudować mapę całej operacji.
Kiedy wyszłam z pokoju, ojciec czekał na korytarzu.
— Nie pojedziesz tam — powiedział.
— Nie powiedziałam, że pojadę.
— Znam cię.
Spojrzałam na niego.
— I dlatego powinieneś wiedzieć, że nie zamierzam improwizować.
Kobieta z teczką podeszła do nas.
— Mamy możliwość kontrolowanego przeprowadzenia spotkania.
Ojciec odwrócił się do niej.
— Małgorzata?
— Jeśli się zgodzi.
— Nie pozwolę, żeby Nora—
— Nie Nora — przerwałam.
Spojrzałam na niego.
— Saranov oczekuje Małgorzaty. Dostanie Małgorzatę.
Ojciec zmrużył oczy.
— A potem?
— Potem zobaczymy, komu naprawdę ufa.
Kilka godzin później Małgorzata siedziała przede mną w zabezpieczonym pokoju rezydencji.
Bez pereł.
Bez makijażu.
Bez publiczności.
Po raz pierwszy wyglądała jak zwyczajna kobieta.
— Mam tam pojechać? — zapytała.
— Tak.
— A jeśli mnie zabiją?
— Nie będziesz sama.
— Powiedzieli, że mam być sama.
— I będą w to wierzyć.
Spojrzała na mnie długo.
— Dlaczego mam ci zaufać?
To pytanie niemal mnie rozbawiło.
— Nie musisz.
Pochyliłam się.
— Masz zaufać ludziom, którzy próbują naprawić sytuację, którą pomogłaś stworzyć.
Jej oczy zaszkliły się.
— Nigdy nie chciałam, żeby Zosi coś się stało.
— Ale przez miesiące robiłaś rzeczy, które zwiększały ryzyko.
— Wiem.
To było pierwsze „wiem”, którego nie poprzedzało usprawiedliwienie.
— Jeśli pojedziesz — powiedziałam — robisz dokładnie to, co ci powiedzą. Nie próbujesz odzyskiwać pieniędzy. Nie negocjujesz. Nie ostrzegasz nikogo. Nie próbujesz być sprytniejsza.
Małgorzata opuściła głowę.
— Dobrze.
— I jeszcze jedno.
Spojrzała na mnie.
— Jeżeli usłyszysz cokolwiek o Zosi, nie reagujesz emocjonalnie. Oni tego chcą.
— Jak możesz być taka spokojna?
Pomyślałam o pięciu tygodniach macierzyństwa.
O obroży.
O dzwoneczku.
O pliku „DZIECKO”.
— Bo spokój nie oznacza, że się nie boję.
Zawahałam się.
— Oznacza, że strach nie podejmuje za mnie decyzji.
Następnego dnia o trzynastej trzydzieści Małgorzata wsiadła do samochodu.
Była wyposażona zgodnie z instrukcjami służb.
Miała drugi telefon.
Klucz do skrytki.
I kopertę, która miała wyglądać jak dokumenty finansowe.
Ja znajdowałam się w centrum operacyjnym kilka kilometrów dalej.
Nie przy stole dowodzenia.
Tym razem byłam stroną chronioną.
Nie podobało mi się to.
Ale zaakceptowałam.
Na ekranie widziałam obraz z kilku kamer.
Ojciec stał obok mnie.
— Jeśli coś pójdzie źle—
— Wiem.
Małgorzata przyjechała pod wskazany adres.
Stary magazyn.
Szare ściany.
Puste okna.
Weszła.
Przez chwilę słyszeliśmy tylko jej oddech.
Potem męski głos.
— Pani Dąbrowska.
Saranov.
Nie widziałam go jeszcze.
Ale po sposobie, w jaki Małgorzata zamarła, wiedziałam, że to on.
— Przywiozłam to, czego chciałeś.
— Nie.
Krótka pauza.
— Przywiozła pani to, co kazano pani przywieźć.
Małgorzata milczała.
— Gdzie jest Nora?
— Nie wiem.
— A dziecko?
Jej oddech przyspieszył.
— Nie wiem.
— Szkoda.
Ojciec spojrzał na mnie.
Nie poruszyłam się.
Saranov mówił dalej.
— Plan był prostszy, zanim wszyscy zaczęli zadawać pytania.
— Chcę tylko odzyskać pieniądze — powiedziała Małgorzata.
Dobrze.
Trzymała się roli.
Usłyszeliśmy jego śmiech.
— Nadal pani myśli, że chodzi o pieniądze?
— To ty mnie oszukałeś.
— Pani oszukała samą siebie.
Potem rozległ się szelest papieru.
— Klucz.
— Mam go.
— Proszę położyć na stole.
Małgorzata zrobiła to.
— Teraz zadzwoni pani do synowej.
Ojciec napiął się.
Małgorzata milczała.
— Nie ma wyboru, pani Dąbrowska.
— Co mam jej powiedzieć?
— Że jeśli chce jeszcze zobaczyć swoją córkę, ma sprowadzić ojca.
W centrum operacyjnym nikt się nie poruszył.
Dokładnie tak, jak powiedział Król.
Małgorzata wyjęła telefon.
Wtedy wydarzyło się coś, czego Saranov nie przewidział.
Z głośnika dobiegł drugi głos.
Zawadzki.
— Viktor, mamy problem.
Saranov odpowiedział ostro:
— Jaki?
— Król zniknął.
Cisza.
— Co znaczy zniknął?
— Samochód znaleziony. Jego nie ma.
Saranov nie odezwał się przez kilka sekund.
Potem usłyszeliśmy szybkie kroki.
— Kończymy.
Ojciec natychmiast zwrócił się do zespołu.
— Ruszają.
Na monitorach pojawił się ruch.
Jedna grupa zamknęła wyjazd.
Druga weszła od tyłu.
Małgorzata została sprowadzona na podłogę przez zabezpieczającego funkcjonariusza.
Rozległy się krzyki.
Trzask.
Polecenia.
Potem huk przewróconego metalowego regału.
Saranov wybiegł bocznym wyjściem.
Widziałam go po raz pierwszy.
Mężczyzna około pięćdziesiątki.
Szary płaszcz.
Bez paniki.
Biegł do samochodu stojącego za magazynem.
Ale samochód nie ruszył.
Blokada zadziałała.
Saranov zawrócił.
Dwóch funkcjonariuszy przecięło mu drogę.
Zatrzymał się.
Podniósł ręce.
I wtedy zobaczyłam, jak się uśmiecha.
Nie jak człowiek przegrany.
Jak ktoś, kto wciąż wierzy, że ma przewagę.
Kilka minut później był zatrzymany.
Zawadzki również.
Małgorzata żyła.
Nikt z naszego zespołu nie został poważnie ranny.
Powinnam była poczuć ulgę.
Nie poczułam.
Bo Saranov podczas zatrzymania powiedział tylko jedno zdanie:
— Spóźniliście się.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Blefuje.
Nie odpowiedziałam.
Nie byłam pewna.
Podczas przeszukania magazynu znaleziono telefony, nośniki danych, kopie dokumentów oraz metalowe pudełko z mojego domu.
Raport był w środku.
Ale czegoś brakowało.
Jednej strony.
Ojciec zauważył to pierwszy.
— Załącznik trzeci.
Kobieta z teczką przeglądała dokumenty.
— Czego dotyczył?
Ojciec zamknął oczy.
— Listy beneficjentów przelewów.
Serce mi opadło.
— Nazwisk?
— Tak.
— Czyli najważniejszej części.
Saranov nie potrzebował już całego raportu.
Miał to, co można było sprzedać.
Albo użyć do szantażu.
— Gdzie jest ta strona? — zapytałam.
Nikt nie wiedział.
Wtedy przypomniałam sobie kartę pamięci ukrytą w obroży.
— Sprawdźcie jeszcze raz wszystkie pliki z karty.
Kobieta spojrzała na mnie.
— Już je przejrzeliśmy.
— Nie treść. Daty utworzenia, modyfikacji i kopiowania.
Godzinę później znaleźliśmy odpowiedź.
Jeden plik został skopiowany na kartę w noc przed przyjęciem.
Nie miał nazwy.
Był uszkodzony.
Technicy odzyskali fragment obrazu.
Zobaczyłam skan strony.
Załącznik trzeci.
Lista nazwisk.
Ale plik zawierał jeszcze coś.
Metadane pokazywały, że kopię wykonano na urządzeniu należącym do Małgorzaty.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Nie robiłam tego — powiedziała natychmiast.
Tym razem jej uwierzyłam.
Bo pamiętałam, kiedy karta znajdowała się w obroży.
Na przyjęciu.
W rękach Małgorzaty.
Na oczach sześćdziesięciu osób.
— Kto przygotował obrożę? — zapytałam.
Małgorzata zmarszczyła brwi.
— Co?
— Kupiłaś ją sama?
— Zamówiłam ją.
— Gdzie?
— Nie pamiętam nazwy sklepu. Paweł powiedział, że zna kogoś, kto robi takie rzeczy na zamówienie.
Spojrzałam na Króla, którego przesłuchiwano w innym pomieszczeniu.
Jeszcze jeden element.
Karta pamięci nie została ukryta przez Małgorzatę.
Ktoś wykorzystał jej okrutny „żart”, żeby przemycić dane.
Saranov wiedział, że podczas rodzinnego przyjęcia nikt nie będzie sprawdzał obroży.
A gdybym nie włączyła nagrywania i nie wyszła?
Gdyby ojciec nie zareagował?
Obroża mogłaby zostać wyrzucona, zabrana albo odebrana później przez człowieka Saranova.
Wtedy zrozumiałam najgorsze.
— Karta nie była przeznaczona dla Małgorzaty.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Dla kogo?
Spojrzałam na listę gości z przyjęcia.
Sześćdziesiąt osób.
Rodzina.
Znajomi.
Partnerzy biznesowi.
Pracownicy.
Ktoś miał odebrać obrożę po zakończeniu przyjęcia.
— Saranov miał jeszcze jednego człowieka w tym domu.
Zaczęliśmy porównywać listę gości z zapisami telefonów, monitoringiem oraz danymi z karty.
Jedno nazwisko pojawiło się dwa razy.
Osoba obecna podczas przyjęcia.
Osoba, która opuściła rezydencję siedem minut po mnie.
I osoba, której telefon połączył się tej samej nocy z numerem należącym do jednego z ludzi Saranova.
Wojciech spojrzał na ekran.
Z jego twarzy odpłynęła krew.
— To niemożliwe.
Znałam nazwisko.
Widziałam tę osobę wiele razy podczas rodzinnych spotkań.
Była tam również wtedy, gdy Małgorzata wręczyła mi fartuch z napisem „Znaj swoje miejsce”.
Śmiała się razem z innymi.
A dzień wcześniej stała kilka metrów od Zosi.
Spojrzałam na Wojciecha.
— Znasz ją lepiej niż ja.
Przełknął ślinę.
— To moja siostra.
**Ciąg dalszy — kliknij Część 9, aby czytać dalej.**







No comments yet