Adwokat obrócił dokument w stronę Michała i wskazał podpis znajdujący się na samym dole.
Michał spojrzał na nazwisko.
Przez moment wyglądał, jakby przestał oddychać.
— Piotr? — wyszeptał.
Nie musiałam pytać, czy zna tego człowieka.
Piotr był jednym z trzech kolegów, z którymi Michał właśnie spędził kilka dni nad morzem.
Co więcej, pracowali razem od prawie siedmiu lat.
Michał zawsze nazywał go swoim najlepszym kumplem.
Człowiekiem, któremu ufał bardziej niż komukolwiek innemu.
— To niemożliwe — powiedział w końcu. — Piotr był tam ze mną.
— Właśnie dlatego wiedział dokładnie, za co płaciłeś — odparł spokojnie adwokat.
Michał gwałtownie podniósł głowę.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
Adwokat wyjął z teczki kolejne kartki.
— Domek. Paliwo. Kolacje. Alkohol. Wynajem łodzi. Nawet zakupy w sklepie przy plaży. Wszystko zostało zaksięgowane jako wydatki związane ze spotkaniem z klientami.
Michał pobladł jeszcze bardziej.
— To były koszty służbowe.
— Jakich klientów? — zapytałam.
Odwrócił się w moją stronę.
— Nie mieszaj się w sprawy, których nie rozumiesz.
Jeszcze tydzień wcześniej te słowa sprawiłyby, że prawdopodobnie zamilkłabym.
Tym razem jednak poczułam tylko dziwny spokój.
— W takim razie mi wyjaśnij.
Michał zacisnął szczękę.
— Nie muszę ci się tłumaczyć z pracy.
— Ale bardzo chętnie tłumaczyłeś mi, że pojechałeś za „własne pieniądze”.
Zapadła cisza.
Moja matka nawet się nie poruszyła.
Po prostu obserwowała go z twarzą tak chłodną, że niemal go nie poznawałam.
Adwokat przesunął w stronę Michała następną stronę.
— Według zeznań pana Piotra kilka podobnych wydatków pojawiało się już wcześniej. Restauracje. Hotele. Wyjazdy weekendowe. Część z nich została opisana jako spotkania biznesowe, choć firma nie znalazła żadnych klientów odpowiadających tym zapisom.
Michał chwycił dokument.
Przebiegał wzrokiem kolejne linijki coraz szybciej.
— Ten drań próbuje ratować własną skórę.
— Przed czym? — zapytałam.
Michał zamilkł.
To była pierwsza odpowiedź, jakiej naprawdę potrzebowałam.
Piotr najwyraźniej nie zgłosił go bez powodu.
— Zadzwonił do mnie dwa dni temu — powiedziała Małgorzata.
Michał poderwał wzrok.
— Do ciebie?
— Tak.
— Skąd miał twój numer?
— Od ciebie.
Michał zmarszczył brwi.
— Co?
— Kilka lat temu wpisałeś mnie jako kontakt awaryjny, kiedy wyjeżdżaliście służbowo do Gdańska. Piotr zachował numer.
Michał patrzył na nią tak, jakby próbował ustalić, ile jeszcze wie.
Moja matka mówiła dalej.
— Powiedział, że kontrola wewnętrzna zaczęła zadawać pytania. Michał twierdził podobno, że wyjazd był częściowo służbowy i że to Piotr pomagał organizować spotkania z klientami.
— Kłamie! — krzyknął Michał.
Jedno z dzieci zaczęło płakać w pokoju obok.
Natychmiast wstałam.
Przez kilka miesięcy każdy płacz sprawiał, że rzucałam wszystko.
Michał nigdy.
Tym razem wydarzyło się dokładnie to samo.
Ja poszłam do dziecka.
On został przy stole.
Kiedy wróciłam kilka minut później z synkiem na rękach, Michał chodził nerwowo po kuchni.
— To jakiś absurd — powiedział. — Firma wszystko wyjaśni.
— Być może — odpowiedziałam.
— Więc po co ten adwokat?
Spojrzałam na mężczyznę siedzącego obok mojej matki.
Nie był prawnikiem Michała.
Nie reprezentował jego firmy.
Reprezentował mnie.
— Ponieważ bez względu na to, co wydarzy się w twojej pracy, muszę zabezpieczyć siebie i dzieci.
Michał prychnął.
— Przed własnym mężem?
— Przed człowiekiem, który powiedział mi, że nie mam prawa do pieniędzy w naszym wspólnym małżeństwie.
Zrobił krok w moją stronę.
— Nigdy nie powiedziałem czegoś takiego.
Patrzyłam na niego przez kilka sekund.
Potem sięgnęłam po telefon.
Otworzyłam zapisane wiadomości.
„Nie wydawaj pieniędzy bez pytania.”
„Nie masz dochodu, więc przestań zachowywać się, jakbyś miała własny budżet.”
„To ja pracuję na te pieniądze.”
I wreszcie wiadomość wysłana wieczorem przed jego wyjazdem:
„Nie próbuj używać wspólnej karty, kiedy mnie nie będzie.”
Podałam telefon adwokatowi.
Michał nawet nie próbował już zaprzeczać.
— Byłem zdenerwowany.
— Przez sześć miesięcy? — zapytałam.
Nie odpowiedział.
Adwokat złożył dłonie na stole.
— Na dziś najważniejsze jest coś innego. Pani żona ma pełne prawo do informacji dotyczących wspólnych aktywów oraz do korzystania ze środków należących do małżeństwa. Doradziłem jej także, aby na bieżąco zabezpieczała dokumentację finansową.
Michał spojrzał na mnie.
— Co dokładnie zrobiłaś?
— To, co powinnam była zrobić dawno temu.
— Pytam, co zrobiłaś.
Jego głos stał się ostrzejszy.
Przytuliłam synka mocniej.
— Skopiowałam dokumenty dotyczące domu, kredytu, inwestycji i rachunków. Sprawdziłam też historię naszych wspólnych kont.
Wtedy zobaczyłam to na jego twarzy.
Nie złość.
Strach.
Krótki, nagły błysk paniki, którego nie potrafił ukryć.
Adwokat również go zauważył.
— Czy jest coś na tych rachunkach, o czym pańska żona powinna wiedzieć? — zapytał.
— Oczywiście, że nie.
Odpowiedział zbyt szybko.
Spojrzałam na niego uważnie.
— W takim razie dlaczego dwa miesiące temu z naszego konta inwestycyjnego zniknęło czterdzieści tysięcy złotych?
Michał znieruchomiał.
Moja matka powoli odwróciła się w jego stronę.
— Jakie czterdzieści tysięcy? — zapytała.
Nie spuszczałam wzroku z męża.
Odkryłam przelew dopiero poprzedniego wieczoru.
Pieniądze nie trafiły na żaden rachunek, który znałam.
Zostały przesłane na konto oznaczone jedynie ciągiem cyfr.
— Michał? — powiedziałam. — Gdzie są te pieniądze?
Przez kilka sekund nic nie mówił.
Potem jego telefon zawibrował.
Spojrzał na ekran.
I po raz drugi tego dnia cała pewność siebie zniknęła z jego twarzy.
Na ekranie widniał numer jego firmy.
Michał odrzucił połączenie.
Telefon zadzwonił ponownie niemal natychmiast.
Tym razem pojawiła się wiadomość.
Przeczytał ją.
Ręka zaczęła mu drżeć.
— Co napisali? — zapytałam.
Nie odpowiedział.
Adwokat wstał.
— Panie Michale?
Michał powoli podniósł wzrok.
— Zostałem zawieszony.
Ale zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, przyszła druga wiadomość.
Michał przeczytał ją i osunął się na krzesło.
Kontrola wewnętrzna nie badała już tylko firmowej karty.
Znalazła także przelew na dokładnie czterdzieści tysięcy złotych.
Ten sam, którego właśnie nie potrafił mi wyjaśnić.
A pieniądze nie trafiły tam przypadkiem.
Ciąg dalszy nastąpi — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet