Rozrywka

Mąż zostawił mnie samą z trojaczkami, bo „nie zasłużyłam” na wakacje. Gdy wrócił znad morza, ktoś czekał na niego w kuchni

Kwota widniejąca na umowie wynosiła sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.

Przeczytałam ją trzy razy, przekonana, że pomyliłam cyfry.

Nie pomyliłam.

Sto osiemdziesiąt tysięcy.

Za „usługi doradcze” świadczone przez firmę, o której istnieniu jeszcze tego ranka nie miałam pojęcia.

Spojrzałam na podpis Michała.

Nie był zeskanowany.

Nie wyglądał jak kopia wklejona do dokumentu.

To był jego podpis.

Znałam każdy jego charakterystyczny ruch długopisu.


Natychmiast zadzwoniłam do Piotra.

Odebrał po drugim sygnale.

— Widzisz kwotę? — zapytał.

— Co to jest?

— Umowa, której kontrola szuka od wczoraj.

— Za co?

— Oficjalnie za zewnętrzną analizę projektu.

— A naprawdę?

Piotr milczał przez chwilę.

— Problem polega na tym, że nikt nie potrafi znaleźć żadnej analizy.


Usiadłam przy stole.

— Chcesz powiedzieć, że firma zapłaciła sto osiemdziesiąt tysięcy złotych i nic za to nie dostała?

— Nie wiem jeszcze, czy zapłaciła całość. Ale przynajmniej część faktur została zaakceptowana.

— Przez Michała?

— Tak.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

— Więc to już nie chodzi tylko o kartę służbową.

— Nie.

Jedno z trojaczków poruszyło się w łóżeczku.

Spojrzałam na nie i przez sekundę poczułam absurd całej sytuacji.


Jeszcze kilka dni wcześniej mój największy problem polegał na tym, że nie przespałam więcej niż trzy godziny bez przerwy.

Teraz siedziałam we własnej kuchni i dowiadywałam się, że mój mąż mógł być zamieszany w coś, czego konsekwencji nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić.

— Kto podpisał umowę po drugiej stronie? — zapytałam.

— Człowiek nazwiskiem Krzysztof Wrona.

Nazwisko nic mi nie mówiło.

— Znasz go?

— Widziałem go raz.

— Gdzie?

— W hotelu.

Zamarłam.


— Tego dnia?

— Tak.

Piotr wyjaśnił, że sześć miesięcy wcześniej Michał poprosił go o podrzucenie dokumentów do hotelu po pracy.

Piotr przyjechał na miejsce około siedemnastej.

Michał siedział w sali konferencyjnej razem z Krzysztofem.

Na stole leżały dokumenty.

Nie wyglądało to podejrzanie.

Michał powiedział tylko, że kończą rozmowę z podwykonawcą.

— Dlaczego wcześniej o tym nie powiedziałeś?

— Bo wtedy nie było czego mówić. Dopiero kiedy kontrola pokazała mi nazwę firmy, skojarzyłem ją z tamtym spotkaniem.


Przesunęłam palcem po zdjęciu umowy.

— A oryginał?

— Zniknął z dokumentacji.

— I dlatego Michał jedzie teraz do hotelu?

— Tego się obawiam.

Wstałam.

— Muszę tam pojechać.

— Nie.

Odpowiedział tak szybko, że aż się zatrzymałam.

— Nie jedź za nim. Jeśli naprawdę próbuje odzyskać albo usunąć coś związanego z postępowaniem, nie chcesz się znaleźć w środku tego wszystkiego.


Wiedziałam, że ma rację.

Zadzwoniłam więc do mojego adwokata.

Przesłałam mu zdjęcie dokumentu oraz wiadomość od Piotra.

Poprosił mnie tylko o jedno.

Żebym niczego nie usuwała i nie kontaktowała się z firmą Michała na własną rękę.

Potem zadzwoniłam do mamy.

Małgorzata wróciła niecałą godzinę później z zakupami i od razu zauważyła, że coś się wydarzyło.

Pokazałam jej umowę.

Nie skomentowała kwoty.

Zapytała tylko:


— Czy on może narazić wasz dom?

To pytanie trafiło mnie mocniej niż wszystko inne.

Nie jego stanowisko.

Nie jego reputacja.

Nie to, czy straci premię.

Dom.

Miejsce, za które zapłaciłam prawie trzysta tysięcy złotych z własnych oszczędności.

Miejsce, w którym miały dorastać nasze dzieci.

— Nie wiem — odpowiedziałam.

I pierwszy raz od początku całej tej historii naprawdę się przestraszyłam.


Nie Michała.

Tego, czego jeszcze nie wiedziałam.

Adwokat oddzwonił wieczorem.

— Sprawdziłem publiczne informacje dotyczące tej spółki — powiedział.

— I?

— Krzysztof Wrona rzeczywiście jest jej właścicielem.

Odetchnęłam.

Przynajmniej nie należała potajemnie do Michała.

— Ale jest coś jeszcze.

Serce zabiło mi szybciej.


— Co?

— Firma została założona osiemnaście miesięcy temu.

— To już wiedziałam.

— Adres korespondencyjny podany przy jej rejestracji zmieniono trzy miesiące później.

— Na jaki?

Usłyszałam szelest papierów.

Potem adres.

Znałam go.

Nie należał do Michała.

Nie należał do żadnego z jego kolegów.


Ale widziałam go wcześniej.

Na przelewie czterdziestu tysięcy złotych.

Rachunek, na który Michał wysłał nasze pieniądze, był powiązany z tą samą spółką.

— Czyli te czterdzieści tysięcy nie zostało zwrócone firmie? — zapytałam.

— Tego jeszcze nie możemy stwierdzić.

— Michał powiedział mi, że właśnie po to je przelał.

— W takim razie powinien być w stanie pokazać potwierdzenie.

Nie miałam żadnego.

A on nigdy mi go nie pokazał.

Michał wrócił po dwudziestej drugiej.

Tym razem nie wszedł do domu pewnym krokiem.

Zatrzymał się w przedpokoju.

Spojrzał na moją matkę.

Potem na mnie.

— Musimy porozmawiać sami.

— Mama zostaje.

— Powiedziałem sami.

— A ja powiedziałam, że zostaje.

Zacisnął szczękę, ale nie zaprotestował.

Położyłam przed nim wydruk zdjęcia umowy.

Jego twarz stężała.

— Skąd to masz?

— To nie jest najważniejsze pytanie.

— Kto ci to wysłał?

— Gdzie są czterdzieści tysięcy?

Michał spojrzał na mnie.

— Już ci mówiłem.

— Nie. Powiedziałeś, że zwróciłeś je firmie.

Milczał.

— A przelew prowadzi do spółki Krzysztofa Wrony.

Wtedy zobaczyłam coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.

Rezygnację.

Usiadł.

Przetarł twarz obiema dłońmi.

— Wszystko wymknęło się spod kontroli.

Nie odezwałam się.

— Miało być inaczej — powiedział.

— Co miało być inaczej?

Podniósł wzrok.

— To nie zaczęło się od karty służbowej.

Poczułam, że serce bije mi coraz szybciej.

— Więc od czego?

Michał spojrzał na wydrukowaną umowę.

A potem powiedział zdanie, po którym zrozumiałam, że sto osiemdziesiąt tysięcy złotych było tylko częścią problemu.

— Krzysztof miał zwrócić mi część pieniędzy, kiedy firma zapłaci fakturę.

Małgorzata znieruchomiała.

Ja również.

Nie potrzebowałam prawnika, żeby zrozumieć, co właśnie przyznał.

Michał nie był tylko człowiekiem, który nieodpowiedzialnie używał firmowej karty.

Sam właśnie powiedział mi, że miał osobiście dostać pieniądze z kontraktu, który wcześniej zatwierdził w pracy.

A najgorsze było to, że dokładnie wiedział, gdzie miały trafić.

Ciąg dalszy nastąpi — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet