Adres należał do hotelu.
Nie luksusowego kurortu ani miejsca, do którego ludzie jeździli na weekend.
Był to niewielki czterogwiazdkowy hotel biznesowy położony przy trasie prowadzącej na lotnisko, zaledwie kilkanaście kilometrów od naszego domu.
Przez chwilę siedziałam przed laptopem i po prostu patrzyłam na zdjęcia budynku.
Potem spojrzałam na datę paragonu jeszcze raz.
To był dokładnie ten dzień, kiedy Michał napisał mi, że jest w Warszawie na ważnym spotkaniu.
Dzień, w którym jedno z dzieci płakało prawie bez przerwy przez sześć godzin.
Dzień, kiedy sama miałam gorączkę i ledwo stałam na nogach.
Dzień, kiedy błagałam go przez wiadomości, żeby wrócił wcześniej.
A on odpowiedział:
„Nie mogę. Jestem poza miastem.”
Poczułam mdłości.
Małgorzata weszła do kuchni i zobaczyła moją twarz.
— Co się stało?
Odwróciłam laptop w jej stronę.
Przeczytała nazwę hotelu.
Potem datę.
— Myślisz, że…
— Nie wiem.
Nie chciałam kończyć tego zdania.
Nie chciałam nawet wypowiadać na głos pierwszej myśli, która pojawiła się w mojej głowie.
Kobieta.
Pokój hotelowy.
Kłamstwo.
Przez chwilę wszystkie problemy finansowe przestały mieć znaczenie.
Jeżeli Michał zdradzał mnie w czasie, gdy siedziałam w domu z kilkutygodniowymi trojaczkami, nie wiedziałam, czy jestem gotowa to usłyszeć.
Telefon zadzwonił.
Adwokat.
— Mam dodatkową informację — powiedział.
— O hotelu?
— Tak.
Zacisnęłam palce na kubku.
— Proszę mówić.
— Paragon nie dotyczył restauracji.
Serce opadło mi gdzieś do żołądka.
— Tylko pokoju?
— Pokoju oraz wynajmu małej sali konferencyjnej na trzy godziny.
Zamarłam.
To nie pasowało do obrazu, który właśnie stworzyłam sobie w głowie.
— Sali konferencyjnej?
— Tak. I tu robi się ciekawie.
Usiadłam.
— Rezerwacja została wystawiona na firmę Michała, ale w uwagach do rezerwacji podano nazwę innej spółki.
— Jakiej?
Adwokat podał mi nazwę.
Nie znałam jej.
Wpisałam ją natychmiast do wyszukiwarki.
Mała firma doradcza.
Niemal żadnej działalności w internecie.
Adres biura w innym mieście.
Kapitał minimalny.
Założona niespełna dwa lata wcześniej.
— Co to ma wspólnego z Michałem?
— Tego właśnie próbuje ustalić jego pracodawca.
Poczułam chłód na karku.
— Czy firma należy do któregoś z jego kolegów?
— Oficjalnie nie.
— A nieoficjalnie?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie chcę wyciągać wniosków przed dokumentami. Ale kontrola znalazła kilka faktur tej spółki w projektach, przy których pracował Michał.
Wpatrywałam się w ekran.
— Za co wystawiali faktury?
— Konsulting. Analizy. Obsługę projektu.
— Michał nigdy nie wspominał o żadnej takiej firmie.
— To jeszcze niczego nie dowodzi.
Ale oboje wiedzieliśmy, że właśnie dlatego ta informacja była tak niepokojąca.
Rozłączyłam się i zaczęłam przeszukiwać nasze stare wiadomości.
Nazwy spółki nie znalazłam ani razu.
Znalazłam za to coś innego.
Michał coraz częściej wracał wtedy później.
„Spotkanie.”
„Klient.”
„Kolacja służbowa.”
„Projekt się przeciągnął.”
Przez wszystkie te miesiące wierzyłam mu bez pytania.
Kiedy wracał zmęczony, robiłam mu kolację.
Kiedy narzekał na presję w pracy, pocieszałam go.
Kiedy mówił, że przez moje leczenie niepłodności musimy pilnować wydatków, czułam się winna za każdą kolejną fakturę z kliniki.
Teraz zaczynałam się zastanawiać, ile z tego było prawdą.
Po południu Michał wrócił.
Nie wyglądał już jak człowiek, który kilka dni wcześniej wrócił opalony i zadowolony znad morza.
Koszula była pognieciona.
Krawat trzymał w ręce.
Twarz miał szarą.
Wszedł do domu i od razu zapytał:
— Gdzie jest twój adwokat?
— Nie ma go tutaj.
Odetchnął.
Potem zobaczył mój laptop.
Na ekranie widniała strona firmy doradczej.
Stanął.
To wystarczyło.
— Znasz ją — powiedziałam.
— Nie.
— Michał.
— Powiedziałem, że nie.
Podniosłam kartkę z nazwą hotelu.
— A hotel?
Jego spojrzenie przesunęło się na dokument.
— To było służbowe.
— Wtedy twierdziłeś, że jesteś w Warszawie.
— Plan się zmienił.
— I zapomniałeś mi powiedzieć?
— Miałem ważniejsze rzeczy na głowie.
Roześmiałam się gorzko.
— Ja też. Trójkę noworodków.
Michał rzucił klucze na blat.
— Nie mam dziś siły na przesłuchanie.
— Ja nie miałam siły sześć miesięcy temu, kiedy zostawiłeś mnie samą z chorymi dziećmi i skłamałeś, gdzie jesteś.
Spojrzał na mnie.
— Nie wiesz, o czym mówisz.
— Więc mi powiedz.
Cisza.
— Kim byli ludzie z tej firmy?
Jego szczęka drgnęła.
— Nie twoja sprawa.
Wtedy wiedziałam już, że trafiłam w coś ważnego.
— Dzisiaj rozmawiałeś z kontrolą?
— Tak.
— Pytali o tę spółkę?
Nie odpowiedział.
— Pytali.
Michał przeszedł obok mnie.
— Potrzebuję prysznica.
— Zawieszenie nadal obowiązuje?
Zatrzymał się.
— Tak.
— A co z Piotrem?
Odwrócił się gwałtownie.
— Piotr jest skończony.
Jego ton sprawił, że poczułam niepokój.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że nie pozwolę mu zniszczyć mojego życia.
— To nie Piotr używał twojej karty.
— Niczego nie rozumiesz!
Krzyk obudził jedno z dzieci.
Po sekundzie z salonu dobiegł płacz.
Michał zamknął oczy.
Ja poszłam po córeczkę.
Kiedy wróciłam z nią na rękach, stał przy drzwiach.
— Jadę do hotelu — powiedział.
— Jakiego hotelu?
Nie odpowiedział.
— Michał.
Założył kurtkę.
— Muszę coś wyjaśnić.
Wyszedł.
Nie próbowałam go zatrzymywać.
Dziesięć minut później mój telefon zabrzęczał.
Wiadomość od Piotra.
„Nie pozwól mu niczego zabierać z hotelu. Kontrola właśnie ustaliła, że podczas tamtego spotkania podpisano dokument, którego oryginału nie ma już w firmie.”
Pod wiadomością pojawiło się zdjęcie.
Była to kopia jednej strony umowy.
Na dole widniały dwa podpisy.
Jeden należał do przedstawiciela tajemniczej spółki doradczej.
Drugi należał do Michała.
A obok podpisu mojego męża znajdowała się kwota znacznie większa niż czterdzieści tysięcy złotych.
Ciąg dalszy nastąpi — kliknij Część 7, aby czytać dalej.







No comments yet