— Nie pojadę sama — powiedziałam.
Orłowska spojrzała na mnie z wyraźnym zaskoczeniem. Chyba spodziewała się, że spróbuję udowodnić swoją odwagę, wychodząc ze szpitala w środku nocy z pękniętymi żebrami. Przez trzy lata nauczyłam się jednak czegoś ważniejszego niż udawanie, że się nie boję: człowiek, który zastawia pułapkę, najbardziej liczy na to, że ofiara zachowa się dokładnie tak, jak przewidział.
— Ale pojadę — dodałam. — A pani pojedzie ze mną.
— Anna, pani jest pacjentką.
— Oni wiedzą, że policja widziała wiadomość. Jeśli naprawdę chcieliby mnie samą, nie wysyłaliby jej na urządzenie, które już kontrolujecie.
Orłowska przyjrzała mi się uważnie.
— Czyli?
— Chcą, żebyśmy tam pojechali.
To zmieniło wszystko.
Doktor Radecki stanowczo odmówił wypisania mnie ze szpitala. Zgodził się dopiero na krótki transport medyczny pod nadzorem, kiedy Orłowska wyjaśniła, że policja może potrzebować mnie wyłącznie do identyfikacji miejsca. Dostałam środki przeciwbólowe, założono mi luźną bluzę, a pod nią nadal czułam każde pęknięte żebro przy najmniejszym ruchu.
O 04:26 nieoznakowany samochód zatrzymał się dwie ulice od wskazanego adresu. Stara Praga była prawie nieruchoma. Mokry asfalt odbijał światła latarni. Kamienica wyglądała na opuszczoną: obdrapana elewacja, zabite deskami dwa okna na parterze, zardzewiała brama.
— Zostaje pani tutaj — powiedziała Orłowska.
Nie protestowałam.
Pierwsi weszli funkcjonariusze. Minęło siedem minut. Potem dziesięć.
Radio zatrzeszczało.
— Czysto. Mamy piwnicę. Potrzebujemy pani Marciniak.
Orłowska zaklęła pod nosem.
Weszłyśmy razem.
W piwnicy pachniało wilgocią i starym papierem. Za metalowymi drzwiami znajdowało się pomieszczenie, które nie pasowało do reszty budynku. Nowe zamki. Kamera. Biurko. Szafy archiwizacyjne.
Na ścianie wisiała tablica.
Zobaczyłam na niej własne zdjęcie.
Miałam dwadzieścia dziewięć lat i wychodziłam z budynku prokuratury. Obok znajdowały się fotografie Wolskiego, Grzegorza i kilkunastu osób, których nie znałam. Linie łączyły nazwiska ze spółkami, fundacjami i numerami rachunków.
— To nie jest kryjówka — powiedziałam.
Orłowska spojrzała na dokumenty.
— To archiwum.
Na środku biurka leżała skrytka depozytowa 317.
Klucz tkwił w zamku.
Otworzyłam ją w rękawiczkach.
W środku znajdował się pendrive i koperta z moim nazwiskiem.
Pismo rozpoznałam natychmiast.
Paweł Krawiec.
„Pani Anno. Jeśli to pani czyta, oznacza to, że albo zawiodłem, albo minęło wystarczająco dużo czasu, bym mógł wrócić. Wolski nie zamknął sprawy dla pieniędzy. Zamknął ją, żeby panią ochronić. Jeśli chce pani znaleźć osobę stojącą za Vistulą, proszę nie śledzić przelewów. Proszę sprawdzić, kto zatwierdzał odbiorców pomocy.”
Przeczytałam zdanie dwa razy.
— Odbiorców pomocy?
Orłowska podłączyła pendrive do zabezpieczonego komputera.
Na ekranie pojawiły się listy nazwisk. Tysiące osób rzekomo poszkodowanych przez powodzie, pożary i wichury. Fundacja Grzegorza otrzymywała pieniądze na pomoc, a potem przekazywała je fikcyjnym beneficjentom.
Tyle już wiedziałam.
Ale Krawiec zaznaczył kilkadziesiąt rekordów.
Wszystkie zostały zatwierdzone przez jednego urzędnika.
Marek Domański.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
— Sprawdzę go — powiedziała Orłowska.
Zanim zdążyła, w głębi pomieszczenia coś stuknęło.
Funkcjonariusze unieśli latarki.
Za regałem znaleźli drugie drzwi.
Były zamknięte od środka.
— Policja! Proszę otworzyć!
Cisza.
Po chwili rozległ się słaby głos.
— Anna?
Zamarłam.
Znałam ten głos.
Nie słyszałam go od czterech lat.
— Paweł?
Drzwi otworzyły się kilka centymetrów.
Paweł Krawiec wyglądał o dwadzieścia lat starzej. Siwe włosy, zapadnięte policzki, drżące ręce. Ale żył.
Spojrzał najpierw na mnie, potem na policjantów.
— Nie powinna pani była przyjeżdżać.
— To pan wysłał wiadomość?
— Kwiaty, tak. Zdjęcie klucza, nie.
W pomieszczeniu zrobiło się cicho.
— Więc kto?
Krawiec zamknął oczy.
— Człowiek, który właśnie dowiedział się, gdzie jestem.
Orłowska natychmiast nakazała zabezpieczyć budynek.
— Kim jest Marek Domański?
Krawiec spojrzał na nią.
— Nikim. To fałszywa tożsamość.
— Czyja?
Paweł patrzył na mnie.
— Anno, Grzegorz zrobił pani rzeczy, których nic nie usprawiedliwia. Ale jednej rzeczy nie zmyślił. Naprawdę próbował powstrzymać ich przed zabiciem pani.
Poczułam gniew.
— Nie próbuj go wybielać.
— Nie wybielam. Mówię tylko, że człowiek może być potworem i jednocześnie bać się większego potwora.
— Kogo?
Paweł wyjął z kieszeni złożoną fotografię.
Na zdjęciu stało pięciu mężczyzn przed siedzibą fundacji. Rozpoznałam młodszego Grzegorza. Wolskiego. Dwóch nieznajomych.
Piąty mężczyzna sprawił, że przestałam oddychać.
— To niemożliwe.
Krawiec pokiwał głową.
— Marek Domański nigdy nie istniał.
Z fotografii patrzył na mnie człowiek, którego znałam od dzieciństwa.
Mój ojciec, Jan Bielecki.
Człowiek, którego pochowałam jedenaście lat wcześniej.
— Mój ojciec nie żyje.
Paweł nie odwrócił wzroku.
— Nie. Jan Bielecki zmarł jedenaście lat temu. Ale mężczyzna, którego pani pochowała, nie był Janem Bieleckim.
Nogi zrobiły mi się miękkie.
Orłowska złapała mnie za ramię.
— Co pan mówi?
Krawiec wskazał datę wydrukowaną na dole fotografii.
Zdjęcie wykonano trzy lata po pogrzebie mojego ojca.
— Prawdziwy Jan Bielecki przyjął nazwisko Marek Domański i przez lata kierował Vistula Consulting. Wolski odkrył to przed panią. Dlatego zamknął śledztwo.
Patrzyłam na twarz ojca, którego opłakiwałam przez ponad dekadę.
Wtedy telefon Krawca zawibrował.
Jedna wiadomość.
Paweł przeczytał ją i pobladł.
Podał urządzenie Orłowskiej.
„Dziękuję, że przyprowadziłeś mi córkę.”
Pod spodem znajdowało się zdjęcie wykonane kilka minut wcześniej.
Przedstawiało mnie wysiadającą z policyjnego samochodu przed kamienicą.
A w prawym dolnym rogu fotografii widniała godzina.
04:29.
Ktoś nadal obserwował budynek.







No comments yet