Orłowska zgasiła ekran telefonu i w tej samej chwili cała jej postawa się zmieniła. Nie była już policjantką prowadzącą rozmowę ze świadkiem. Stała się kimś, kto właśnie zrozumiał, że miejsce uznane za zabezpieczone wcale takie nie jest.
— Nikt nie wychodzi — powiedziała do radia. — Zamknąć obie strony ulicy. Sprawdzić dachy, podwórza, wszystkie samochody zaparkowane w promieniu dwustu metrów. Bez sygnałów.
Paweł Krawiec odsunął się od okna piwnicznego.
Ja wciąż patrzyłam na fotografię ojca.
— Chcę wiedzieć wszystko.
— Nie teraz — odpowiedziała Orłowska.
— Właśnie teraz.
Krawiec opadł na krzesło. Przez chwilę wyglądał, jakby ciężar czterech lat ukrywania się nagle spadł mu na ramiona.
— Pani ojciec nie stworzył tego systemu — zaczął. — Przejął go.
— Jakiego systemu?
— Fundacje, spółki, przetargi. Pieniądze z pomocy publicznej przepuszczano przez fikcyjnych beneficjentów, a potem wyprowadzano za granicę. Ale pieniądze były tylko pierwszą warstwą. Druga była ważniejsza.
— Łapówki?
— Informacje.
Paweł otworzył jeden z katalogów na pendrivie. Pojawiły się nazwiska przedsiębiorców, urzędników, prawników i sędziów. Przy każdym znajdowały się daty, dokumenty, czasem zdjęcia.
— Oni nie tylko płacili ludziom — powiedział. — Zbierali materiały, żeby później nimi sterować.
Przypomniałam sobie przelewy znalezione na kontach Grzegorza.
— A mój ojciec?
— Pracował przy tym od lat dziewięćdziesiątych. Potem próbował odejść.
Zaśmiałam się gorzko.
— Człowiek, który upozorował własną śmierć, żeby spokojnie prowadzić organizację przestępczą, próbował odejść?
— Nie upozorował śmierci dla organizacji. Zrobił to przed nią.
Spojrzałam na niego.
Paweł opowiedział mi o wypadku samochodowym sprzed jedenastu lat. Samochód ojca spłonął. Identyfikację przeprowadzono na podstawie dokumentów i przedmiotów osobistych. Trumnę zamknięto. Matka nie chciała, żebym oglądała ciało.
— Kto zginął?
— Kierowca pańskiego ojca. Tomasz Lewandowski.
Zrobiło mi się niedobrze.
Przez jedenaście lat przynosiłam kwiaty na grób obcego człowieka.
— Mama wiedziała?
Paweł nie odpowiedział.
To milczenie było odpowiedzią.
— Wiedziała.
— Nie wiem, ile wiedziała.
— Gdzie jest mój ojciec?
— Tego właśnie próbuję ustalić od czterech lat.
Orłowska otrzymała komunikat przez radio. Funkcjonariusze znaleźli samochód z aparatem fotograficznym na tylnym siedzeniu. Kierowcy nie było. Aparat sterowano zdalnie.
— Zdjęcie mogło zostać wykonane automatycznie — powiedziała.
Czyli ojciec nie musiał znajdować się w pobliżu.
Krawiec spojrzał na zegarek.
— Musimy stąd wyjść.
— Dlaczego?
— Bo jeśli Jan wie, że Anna zobaczyła archiwum, spróbuje je zniszczyć.
Nie zdążył dokończyć.
Z góry dobiegł alarm przeciwpożarowy.
Jeden z funkcjonariuszy zbiegł po schodach.
— Dym na drugim piętrze.
Orłowska natychmiast nakazała ewakuację. Dwóch policjantów zabrało komputer i dokumenty. Paweł chwycił pendrive.
Wychodząc, zauważyłam na ścianie coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. Za fotografią mojego ojca znajdowała się mała koperta przyklejona taśmą.
Zerwałam ją.
W środku była kartka zapisana ręką Wolskiego.
„Anna, jeśli Krawiec ci to pokazał, oznacza to, że nie udało mi się dłużej trzymać cię z dala od tej sprawy. Nie ufaj wersji, w której twój ojciec jest jedynym człowiekiem stojącym za Vistulą. Jan próbował ujawnić nazwisko prawdziwego właściciela. Dlatego musiał zniknąć.”
Schowałam kartkę do kieszeni, zanim wyszliśmy na podwórze.
Dym okazał się niewielki. Ktoś wrzucił przez wybite okno urządzenie dymne. Nie chodziło o podpalenie budynku.
Chodziło o zmuszenie nas do wyjścia.
Wtedy rozległ się krzyk.
— Samochód!
Czarny sedan ruszył z końca ulicy. Funkcjonariusze próbowali go zatrzymać, ale kierowca skręcił w boczną uliczkę i zniknął.
Jeden z policjantów podbiegł do Orłowskiej.
— Zostawił coś.
Na chodniku leżał telefon.
Ekran był włączony.
Połączenie przychodzące.
Orłowska spojrzała na mnie.
— Nie.
— To może być on.
— Tym bardziej nie.
Telefon przestał dzwonić.
Sekundę później zadzwonił ponownie.
Odebrałam, zanim zdążyła mnie zatrzymać.
— Halo?
Przez kilka sekund słyszałam jedynie oddech.
Potem głos.
Starszy. Spokojny.
Głos, którego nie słyszałam od jedenastu lat, a jednak rozpoznałam natychmiast.
— Aniu.
Zamknęłam oczy.
Nikt poza rodzicami nie mówił tego imienia w taki sposób.
— Tato?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Przepraszam.
Gniew uderzył we mnie mocniej niż strach.
— Za co? Za własny pogrzeb? Za jedenaście lat? Za Grzegorza?
— Za to, że pozwoliłem im wykorzystać go, żeby się do ciebie zbliżyć.
— Gdzie jesteś?
— Nie mogę ci powiedzieć.
— Więc po co dzwonisz?
— Żebyś przestała szukać właściciela Vistuli.
Spojrzałam na Orłowską.
— Wolski napisał, że próbowałeś go ujawnić.
Ojciec zamilkł.
— Masz list Andrzeja?
To był pierwszy moment, kiedy w jego głosie usłyszałam strach.
— Tak.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Nie pokazuj go Krawcowi.
Odwróciłam głowę.
Paweł stał kilka metrów dalej.
Patrzył prosto na mnie.
— Dlaczego?
Ojciec odpowiedział prawie szeptem.
— Bo Paweł Krawiec nigdy nie był księgowym, Aniu.
Serce mi zamarło.
— Kim był?
— Człowiekiem, który mnie zastąpił.
Spojrzałam na Pawła.
W tej samej chwili zauważył zmianę na mojej twarzy.
Ruszył.
Nie w moją stronę.
Do policyjnego samochodu.
— Zatrzymać go! — krzyknęła Orłowska.
Dwóch funkcjonariuszy rzuciło się za nim, ale Paweł nie próbował uciekać. Otworzył drzwi samochodu, wyciągnął pendrive i złamał go na pół.
— Co pan robi?! — wrzasnęłam.
Krawiec spojrzał na mnie z czymś, co przypominało żal.
— To, co powinienem zrobić cztery lata temu.
Policjanci obezwładnili go i założyli mu kajdanki.
Z telefonu nadal dochodził głos ojca.
— Anna, słuchaj. Pendrive nie ma znaczenia. Prawdziwe archiwum istnieje w jednym egzemplarzu.
— Gdzie?
Ojciec przez moment milczał.
— Grzegorz je ma.
Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
— Grzegorz został porwany.
— Nie — odpowiedział ojciec. — Grzegorz nie został porwany.
Spojrzałam na Orłowską.
— Co?
— Ucieczka była przygotowana wcześniej. On wiedział, że zostanie zatrzymany. Wiedział też, że kiedy pokażesz policji nagrania, wszyscy zaczną patrzeć na niego.
— Dlaczego miałby tego chcieć?
Głos ojca stał się niemal niesłyszalny.
— Bo przez trzy lata Grzegorz budował własną sprawę przeciwko Vistuli. Ty zbierałaś dowody przeciwko niemu, a on w tym samym czasie zbierał dowody przeciwko ludziom, którzy go kontrolowali.
Zrobiło mi się zimno.
Nienawidziłam Grzegorza. I nic, czego właśnie się dowiedziałam, nie zmieniało tego, co mi zrobił.
— Gdzie on jest?
— Nie wiem. Ale wiem, dokąd pojedzie.
— Dokąd?
Ojciec wypowiedział adres.
Tym razem rozpoznała go Orłowska.
Była to siedziba fundacji Marciniak Pomaga.
— Dlaczego tam?
— Bo o szóstej rano automatyczny system wyśle całe archiwum do trzech redakcji i prokuratury europejskiej, chyba że ktoś wprowadzi kod zatrzymujący transmisję.
Spojrzałam na zegarek.
05:41.
Dziewiętnaście minut.
— Kto zna kod?
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Tylko Grzegorz.
Połączenie zostało przerwane.
W tej samej chwili telefon Orłowskiej zawibrował. Spojrzała na wiadomość i pobladła.
Monitoring fundacji właśnie zarejestrował wejście jednej osoby do budynku.
Grzegorza.
Ale trzydzieści sekund później weszła za nim druga osoba.
Orłowska pokazała mi zatrzymany obraz.
Mężczyzna miał siwe włosy i ciemny płaszcz.
Twarz była wyraźna.
Mój ojciec.
Człowiek, który jeszcze kilka sekund wcześniej twierdził, że nie wie, gdzie jest Grzegorz.







No comments yet