Wiktor się nie poruszył, ale wszystkie jego zmysły natychmiast się wyostrzyły.
Ślady opon zakręcały za sosnami zbyt celowo, by mogły należeć do przypadkowego kierowcy, który zabłądził w górach.
Emilia podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
— Ktoś tam jest.
— Zgaś światła — powiedział.
Zmrużyła oczy.
— W pana stanie nie powinien pan nikomu wydawać rozkazów.
— W takim razie proszę potraktować to jako ostrzeżenie.
Coś w jego głosie sprawiło, że wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił. Przeszła przez pokój, zgasiła lampy i sięgnęła po strzelbę wiszącą nad kominkiem.
Wiktor spojrzał na nią zaskoczony.
— Umie pani tego używać?
— Nie przetrwałam trzech zim samotnie w górach dlatego, że jestem bezradna.
Między drzewami przemknął cień.
Potem drugi.
Wiktor zmusił się, żeby usiąść, ignorując przeszywający ból w ramieniu.
— Tylne wyjście?
— Przez kuchnię.
— Proszę nim wyjść. Natychmiast.
Emilia pokręciła głową.
— Nie wyciągnęłam pana ze śniegu po to, żeby teraz pana tutaj zostawić.
Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległ się trzask tłuczonego szkła.
Kula przebiła okno i utkwiła w ścianie.
Emilia rzuciła się na podłogę obok łóżka.
Wiktor wsunął rękę pod materac i wyciągnął pistolet, który wcześniej mu odebrała.
— Mówił pan, że nie ma broni — szepnęła.
— Nic takiego nie powiedziałem.
Sprawdził magazynek.
Dwa naboje.
Na werandzie rozległ się chrzęst kroków na śniegu.
Jakiś mężczyzna krzyknął zza drzwi:
— Wiktor Moretti! Twój brat chce mieć potwierdzenie!
Emilia spojrzała na niego i dopiero wtedy naprawdę rozpoznała nazwisko.
Warszawskie gazety nazywały Wiktora Morettiego człowiekiem, który pociągał za sznurki, przestępcą i kimś, przeciwko komu żaden świadek nie odważył się zeznawać.
Przez jej twarz przemknął strach.
Ale nie cofnęła się ani o krok.
— Okłamał mnie pan.
— Dzięki temu nadal pani żyje.
Drzwi wyleciały z zawiasów.
Wiktor strzelił raz.
Napastnik runął na podłogę, ale tuż za nim pojawił się drugi mężczyzna.
Emilia uniosła strzelbę i pociągnęła za spust, zanim Wiktor zdążył ją ostrzec.
Cisza pochłonęła całą chatę.
Po chwili z kieszeni martwego mężczyzny dobiegł dźwięk telefonu.
Wiktor odebrał.
Po drugiej stronie rozległ się spokojny głos Antoniego.
— Bracie, wiedziałem, że ta kobieta cię uratuje.
Wiktor poczuł, jak krew stygnie mu w żyłach.
Antoni mówił dalej:
— Zapytaj Emilię, dlaczego zeszłej nocy wybrała właśnie tę górską drogę.
Wiktor powoli się odwrócił.
Emilia nadal trzymała strzelbę uniesioną.
Tyle że teraz lufa była wymierzona prosto w niego.
Jej oczy wypełniły się łzami.
— Przepraszam — wyszeptała. — Oni mają mojego syna.







No comments yet