Przez kilka sekund patrzyłem na lufę strzelby wycelowaną w moją pierś i słyszałem tylko własny oddech.
Nie Antoniego.
Nie telefon.
Nie wiatr wciskający się przez rozbite okno.
Tylko Emilię, która stała przede mną z twarzą mokrą od łez i palcem drżącym niebezpiecznie blisko spustu.
— Oni mają mojego syna — powtórzyła.
Powoli odłożyłem pistolet na podłogę.
Nie dlatego, że jej ufałem.
Dlatego, że widziałem ludzi zmuszanych do zabijania wystarczająco wiele razy, żeby rozpoznać różnicę między mordercą a kimś, komu zabrano wybór.
— Jak ma na imię?
Jej usta zadrżały.
— Michał.
W telefonie nadal słyszałem oddech Antoniego.
— Wzruszające — odezwał się mój brat. — Naprawdę się zmieniłeś, Wiktor. Jeszcze kilka lat temu najpierw rozbroiłbyś kobietę, a dopiero potem zapytał o dziecko.
Nie odpowiedziałem.
Patrzyłem wyłącznie na Emilię.
— Ile ma lat?
— Dziesięć.
To jedno słowo sprawiło, że coś we mnie stwardniało.
Antoni mógł strzelać do mnie.
Mógł zabrać moje pieniądze, ludzi, nazwisko i wpływy.
Ale dziecko nie należało do naszego świata.
— Kiedy go zabrali?
Emilia zamknęła oczy.
— Wczoraj rano.
Wczoraj.
Jeszcze zanim Antoni wpakował we mnie kulę.
Jeszcze zanim znalazłem się na tamtym zboczu.
To nie był improwizowany plan.
Mój brat przygotował wszystko wcześniej.
— Dlaczego pojechałaś tamtą drogą?
Jej ręce zadrżały mocniej.
— Zadzwonili do mnie około dziewiętnastej. Powiedzieli, że Michał jest z nimi. Kazali mi wsiąść do samochodu i jechać starą drogą przez przełęcz.
— I szukać mnie.
Kiwnęła głową.
— Powiedzieli tylko, że znajdę rannego mężczyznę. Że mam go zabrać do chaty, opatrzyć i utrzymać przy życiu.
Spojrzałem na telefon.
Antoni cicho się zaśmiał.
Nagle wszystko nabrało jeszcze gorszego sensu.
Mój brat nie zostawił mnie w śniegu przypadkiem.
Chciał, żebym przeżył.
Strzał w ramię.
Samochód zabrany.
Telefon zniszczony.
Droga, którą akurat miała przejechać Emilia.
To nie była egzekucja.
To był transport.
— Po co? — zapytałem.
— Nadal nie rozumiesz? — odezwał się Antoni. — Zawsze uważałeś się za najmądrzejszego człowieka w pokoju.
Zacisnąłem zęby.
— Powiedz mi, gdzie jest chłopiec.
— Najpierw ty zrobisz coś dla mnie.
— Czego chcesz?
Zapadła krótka cisza.
Potem Antoni powiedział jedno zdanie, które wyjaśniło, dlaczego nie strzelił mi w głowę.
— Potrzebuję dostępu do sejfu na Pradze.
Nie poruszyłem się.
Emilia nie mogła wiedzieć, co oznaczały te słowa.
Prawie nikt nie wiedział.
Sejf nie zawierał gotówki.
Ani narkotyków.
Ani biżuterii.
Trzymałem tam dokumenty, których nie ufałem przechowywać w żadnym komputerze: umowy, nazwiska, kopie przelewów i dowody na to, kto przez lata kupował ochronę ludzi, którzy publicznie udawali, że walczą z takimi jak ja.
Materiał wystarczający, żeby zniszczyć więcej niż jednego Morettiego.
Antoni znał lokalizację.
Nie znał kodu.
— Mogłeś mnie po prostu zapytać — powiedziałem.
— Próbowałem przez dziesięć lat. Nigdy nie dzieliłeś się tym, co naprawdę dawało ci władzę.
— Więc porwałeś dziecko obcej kobiety?
— Nie jest obca.
Spojrzałem na Emilię.
Jej twarz pobladła.
— Co to znaczy? — zapytałem.
Antoni roześmiał się cicho.
— Zapytaj ją.
Połączenie się urwało.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
W chacie pachniało prochem, krwią i zimnym powietrzem wpadającym przez wybite okno.
Emilia nadal trzymała broń.
— Opuść ją — powiedziałem.
— Nie mogę.
— Możesz.
— Jeśli pana puszczę, zabiją Michała.
— Jeśli mnie zastrzelisz, też go zabiją.
To trafiło.
Zobaczyłem to w jej oczach.
— Skąd pan może to wiedzieć?
— Bo gdyby Antoni zamierzał oddać ci syna, nie wysłałby ludzi, którzy właśnie próbowali wejść tutaj, strzelając przez okno.
Spojrzała na dwa ciała leżące przy drzwiach.
Jej ramiona powoli opadły.
Lufa skierowała się w podłogę.
— Boże...
— Ile razy kazali ci się meldować?
— Co godzinę.
— Kiedy ostatnio?
— Prawie półtorej godziny temu.
To oznaczało, że mieliśmy niewiele czasu.
Następna grupa mogła już być w drodze.
Zmusiłem się do wstania.
Ból przeszył bark i bok tak gwałtownie, że musiałem oprzeć się o ścianę.
Emilia odruchowo ruszyła w moją stronę, ale zatrzymała się po jednym kroku.
— Nie dotykaj mnie — powiedziałem.
Zamarła.
Zobaczyłem ból na jej twarzy.
I natychmiast go znienawidziłem.
Nie ją.
Siebie.
Jeszcze godzinę wcześniej ta kobieta zmieniała moje bandaże i pilnowała, żebym nie umarł.
Teraz nie wiedziałem, które z jej gestów były prawdziwe.
— Wszystko, co zrobiłaś od momentu, kiedy mnie znalazłaś... — zacząłem. — To też kazali ci robić?
— Kazali mi pana zabrać.
— A reszta?
Milczała.
— Emilia.
— Reszta była moja.
Spojrzałem na nią.
— Mogłam zostawić pana w samochodzie — powiedziała ciszej. — Mogłam tylko zadzwonić pod numer, który mi dali. Nie zrobiłam tego. Zabrałam pana tutaj, bo był pan bliski śmierci.
— Dlaczego?
W jej oczach pojawiła się złość.
— Bo nie jestem nimi.
To była pierwsza rzecz, której uwierzyłem bez zastrzeżeń.
Odwróciłem się w stronę martwego napastnika.
— Sprawdź jego kieszenie.
— Po co?
— Jeżeli Antoni wysłał ich tutaj, musieli mieć sposób, żeby przekazać mu, że zadanie zostało wykonane.
Emilia uklękła przy ciele, wyraźnie walcząc z mdłościami.
Znalazła kluczyki, drugi telefon i niewielki nadajnik GPS.
Nadajnik był aktywny.
— Wyłącz go — powiedziałem.
— Wtedy od razu się zorientują.
— Właśnie.
Spojrzała na mnie niezrozumiale.
Wziąłem płaszcz zabitego mężczyzny i zacząłem go zakładać.
— Co pan robi?
— Kończę uciekać.
— Jest pan postrzelony.
— Antoni o tym wie.
— Nie przejdzie pan kilometra.
— Nie muszę.
Podniosłem kluczyki.
— Oni przyjechali samochodem.
Przez chwilę Emilia patrzyła na mnie w milczeniu.
Potem jej twarz całkowicie się zmieniła.
— Chce pan pojechać po Michała.
— Chcę znaleźć człowieka, który wie, gdzie jest Michał.
— Antoni?
— Nie.
Wskazałem drugi telefon.
— Ktoś musiał koordynować ludzi, których tu wysłał.
Odblokowanie urządzenia wymagało kodu.
Ale na ekranie pojawiło się powiadomienie o nieodebranej wiadomości.
Widoczny był tylko jej fragment.
„Cel ma zostać przewieziony żywy. Kobieta również. Chłopiec...”
Emilia wyrwała mi telefon z dłoni.
— Co dalej?
— Ekran jest zablokowany.
— Proszę go otworzyć.
— Nie znam kodu.
Jej głos się załamał.
— Proszę.
Spojrzałem na martwego mężczyznę.
Potem na jego prawą dłoń.
Cztery cyfry zapisane długopisem na wewnętrznej stronie nadgarstka.
Wpisałem je.
Telefon się odblokował.
Emilia stanęła obok mnie.
Otworzyłem wiadomość.
Przeczytałem ją raz.
Potem drugi.
Za trzecim razem poczułem chłód znacznie gorszy niż ten, który pamiętałem ze zbocza.
„Cel ma zostać przewieziony żywy. Kobieta również. Chłopiec nie jest już potrzebny.”
Emilia wydała z siebie cichy, zduszony dźwięk.
Zanim zdążyłem ją powstrzymać, chwyciła mój pistolet.
— Zabiję go.
— Nie.
— Zabiję Antoniego.
— Jeśli chcesz zobaczyć syna żywego, najpierw musimy dowiedzieć się, gdzie go trzymają.
Spojrzała na mnie z rozpaczą.
— A jeśli już...
— Nie kończ tego zdania.
Telefon nagle zawibrował.
Nowa wiadomość.
Tym razem nie od Antoniego.
Numer był zapisany w kontaktach jako „Marek”.
Otworzyłem ją.
„Zmiana planu. Przywieźcie Morettiego do starego tartaku. Chłopak jest na miejscu. Antoni jedzie osobiście.”
Emilia spojrzała na mnie.
Ja spojrzałem na nią.
Po raz pierwszy od chwili, gdy się obudziłem, wiedziałem dokładnie, co muszę zrobić.
Antoni chciał mnie żywego.
Emilia chciała odzyskać syna.
A ja właśnie dostałem adres miejsca, do którego mój brat był przekonany, że zostanę przywieziony jako więzień.
— Ubieraj się — powiedziałem.
— Co pan zamierza?
Wyjąłem magazynek z broni zabitego napastnika i wsunąłem go do kieszeni.
— Dam Antoniemu dokładnie to, czego oczekuje.
Emilia patrzyła na mnie przez kilka sekund.
— Czyli?
Spojrzałem na dwa ciała przy drzwiach.
— Więźnia.
A potem po raz pierwszy od zdrady mojego brata się uśmiechnąłem.
— Tyle że nie tego, którego się spodziewa.







No comments yet