Rozrywka

Mój Własny Brat Postrzelił Mnie I Zostawił Na Śmierć W Śniegu — Ale Kobieta, Która Mnie Uratowała, Skrywała Sekret Mogący Zniszczyć Całą Moją Rodzinę

Krzyk Michała odbił się echem od betonowych ścian.

Emilia rzuciła się w stronę schodów.

Dopadłem jej po kilku krokach.

— Zwolnij.

— On tam jest!

— Wiem.

— To proszę zejść mi z drogi.

Złapałem ją za nadgarstek.

— Jeśli pobiegniesz prosto do niego, Antoni dostanie dokładnie to, czego chce.

— A jeśli będziemy tutaj stać, może go zabić.


Roman pojawił się za nami.

— Nie zabije.

Emilia odwróciła się do niego tak gwałtownie, że uniosła strzelbę.

— Jeszcze raz powie pan coś takiego, a przestanę pytać, po której jest pan stronie.

Roman spojrzał na broń.

— Antoni potrzebuje chłopca żywego, dopóki nie znajdzie Pawła.

— A jeśli dowie się, że nie wiemy, gdzie jest?

— Wtedy wszystko się zmieni.

Nie potrzebowałem dalszych wyjaśnień.

— Ile ludzi jest na górze? — zapytałem.


— Sześciu.

— Antoni?

— Siedem.

— Marek?

Roman zawahał się.

— Osiem.

To zawahanie wystarczyło.

— Kim jest Marek?

— Człowiekiem, którego Antoni poznał po śmierci waszego ojca.

— To nic mi nie mówi.


— Bo nie miałeś go znać.

Z góry dobiegł odgłos przewracanych metalowych skrzyń.

Potem głos Antoniego.

— Emilia!

Rozchodził się przez halę dzięki głośnikom starego systemu nagłośnienia.

— Jeśli mnie słyszysz, masz dwie minuty!

Emilia zamknęła oczy.

— Muszę iść.

— Pójdziesz — powiedziałem.

Spojrzała na mnie.


— Ale nie sama.

Roman zmarszczył brwi.

— Co planujesz?

— Antoni spodziewa się, że Emilia przyszła bez mnie.

— Tak.

— Więc damy mu to.

Wyjąłem telefon napastnika.

— Najpierw muszę zobaczyć układ hali.

Roman wskazał stare drzwi techniczne.

— Jest pomieszczenie kontroli.


— Kamery?

— Część działa.

— Prowadź.

Emilia nadal patrzyła w stronę schodów.

— Dwie minuty.

— Potrzebuję jednej.

Ruszyliśmy.

Pomieszczenie kontroli znajdowało się za zakrętem.

Roman otworzył je kluczem.

Na ścianie wisiało sześć monitorów.


Cztery były martwe.

Dwa działały.

Na pierwszym zobaczyłem główną halę.

Antoni stał przy metalowym stole.

Ten sam czarny płaszcz, który miał na sobie tamtej nocy, gdy do mnie strzelił.

Marek stał obok niego.

Był niższy, masywny, z ogoloną głową.

Nie znałem twarzy.

Michał siedział kilka metrów dalej.

Ręce miał związane plastikową opaską.


Przy nim stał uzbrojony człowiek.

Emilia zacisnęła pięści.

— Michał.

Na drugim monitorze zobaczyłem boczną część hali.

Dwóch ludzi.

Jednego przy drzwiach.

Drugiego na podeście.

Brakowało trzech.

— Snajperzy — powiedział Roman.

— Dwóch.


— Trzeci pilnuje tylnego wyjścia.

Policzyłem pozycje.

Antoni nie organizował wymiany.

Organizował zamknięcie.

Każde wyjście było kontrolowane.

— Jest jeszcze przejście z piwnicy pod magazynem?

Roman spojrzał na mnie.

— Pamiętasz.

— Fragmenty.

— Jest.


— Dokąd prowadzi?

— Pod podest.

To wystarczało.

Odwróciłem się do Emilii.

— Wejdziesz głównymi schodami.

Pobladła.

— Sama?

— Tak.

— Przed chwilą powiedział pan...

— Będę kilka metrów pod tobą.


— A jeśli coś pójdzie nie tak?

— Pójdzie.

Nie spodobała jej się odpowiedź.

— Więc po co ten plan?

— Żebyśmy wybrali moment, w którym pójdzie źle.

Roman wyciągnął z szuflady mały odbiornik radiowy.

— Stary system wewnętrzny.

Podał go Emilii.

— Jedno kliknięcie oznacza: zatrzymaj się. Dwa: padnij.

— A trzy?

Spojrzałem na nią.

— Biegnij do Michała.

Ruszyła do drzwi.

Zatrzymałem ją.

— Emilia.

Odwróciła się.

— Antoni będzie próbował cię złamać.

— Już próbował.

— Tym razem użyje prawdy.

Zmarszczyła brwi.

— Jakiej prawdy?

— Nie wiem.

To było najgorsze.

— Ale cokolwiek powie o Pawle, nie reaguj.

Jej twarz napięła się.

— Dlaczego?

— Bo chce zobaczyć, czego nie wiemy.

Po chwili skinęła głową.

Poszła.

Ja i Roman zeszliśmy niżej.

Tunel pod halą był wąski.

Musiałem iść pochylony.

Ramię paliło mnie przy każdym ruchu.

Czułem, jak bandaż znowu nasiąka krwią.

Roman zauważył.

— Jeśli zemdlejesz...

— Nie zemdleję.

— Zawsze byłeś uparty.

— Ty zawsze byłeś po niewłaściwej stronie drzwi.

Spojrzał na mnie.

— Jeszcze nie zdecydowałeś, po której stronie jestem.

— To prawda.

Zatrzymał się.

— Wiktor.

— Nie teraz.

— Musisz wiedzieć jedno.

Spojrzałem na niego.

— Twój ojciec nie kazał mi chronić Antoniego.

— A kogo?

— Ciebie.

Nie odpowiedziałem.

— Tamtej nocy chciałeś go zabić.

— Antoniego?

— Tak.

— Dlaczego?

Roman patrzył na mnie długo.

— Bo widziałeś, co zrobił Pawłowi.

Wspomnienie uderzyło nagle.

Antoni.

Nóż.

Paweł na kolanach.

Ojciec trzymający mnie za ramiona.

Ja krzyczący, żeby mnie puścił.

Potem eksplozja.

Ogień.

I coś jeszcze.

Moja ręka zaciskająca się na pistolecie.

— Ojciec mnie powstrzymał.

— Tak.

— A potem kazał mi zapomnieć.

— Kazał ci żyć dalej.

Pokręciłem głową.

— To nie to samo.

Nad nami rozległ się głos Antoniego.

— Emilia Kowalska.

Zatrzymaliśmy się.

Słyszeliśmy go przez metalową konstrukcję.

— Podejdź bliżej.

Potem głos Emilii.

— Najpierw puść mojego syna.

Antoni się roześmiał.

— Nadal stawiasz warunki.

— Mam to, czego chcesz.

Cisza.

Roman spojrzał na mnie.

Nie było tego w planie.

Antoni odpowiedział:

— Co masz?

— Informację o Wiktorze.

Mądrze.

Odciągała go.

— Gdzie jest?

— Powiem, kiedy Michał stanie przy mnie.

Długa pauza.

Usłyszałem kroki.

Na monitorze ich nie widziałem, ale znałem Antoniego.

Nie lubił, gdy ktoś inny ustalał zasady.

— Twój mąż też tak robił — powiedział.

Emilia milczała.

— Paweł zawsze myślał, że trzyma w rękach coś, czego potrzebuję.

Napiąłem się.

— I dlatego zniknął.

Emilia odezwała się spokojnie:

— Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Antoni roześmiał się.

— Dobrze.

Potem wypowiedział zdanie, które zmieniło wszystko.

— Paweł nie uciekł osiem lat temu.

Roman zamarł.

Spojrzałem na niego.

On również tego nie wiedział.

Antoni mówił dalej.

— Przyszedł do mnie dobrowolnie.

Emilia milczała.

— Chciał zawrzeć układ.

Roman zacisnął szczękę.

— Kłamie — wyszeptał.

Nie byłem pewien.

Antoni kontynuował:

— Zaproponował mi dowody przeciwko Wiktorowi w zamian za ochronę dla ciebie i Michała.

W tunelu zrobiło się zimniej.

— To niemożliwe — powiedział Roman.

— Skąd wiesz?

Nie odpowiedział.

Na górze Emilia powiedziała:

— Kłamiesz.

Antoni natychmiast odparł:

— W takim razie zapytaj Wiktora, dlaczego nazwisko twojego męża znajduje się w jednym z jego sejfów.

Serce zabiło mi mocniej.

Bo było.

Dopiero teraz to sobie przypomniałem.

Paweł Kowalski.

Nazwisko na liście ludzi, którzy otrzymywali pieniądze z jednej z firm ojca.

Przez lata uważałem je za zwykły zapis.

Roman spojrzał na mnie.

— Wiedziałeś?

— Nie.

— Wiktor.

— Nie wiedziałem, kim był.

Nad nami nagle rozległ się trzask.

Potem krzyk Michała.

— Mamo!

Dwa kliknięcia w radiu.

Emilia.

Sygnał.

Padnij.

Nie czekałem.

Pchnąłem stalową klapę nad głową.

Wypadłem spod podestu dokładnie za mężczyzną pilnującym Michała.

Uderzyłem go kolbą w kark.

Runął.

Antoni odwrócił się.

— Wiktor.

Strzelił.

Kula uderzyła w metalową belkę obok mojej głowy.

Emilia rzuciła się na podłogę.

Marek wyciągnął broń.

Roman pojawił się z drugiej strony podestu.

— Antoni!

Mój brat spojrzał na niego.

To wystarczyło.

Strzeliłem w broń Marka.

Wypadła mu z dłoni.

Emilia poderwała się.

Trzy kliknięcia.

Pobiegła do syna.

Chwyciła Michała i zasłoniła go własnym ciałem.

Antoni cofnął się za metalowy stół.

— Myślisz, że wygrałeś?

— Jeszcze nie.

— Nawet nie wiesz, o co grasz.

— Wiem wystarczająco.

Uśmiechnął się.

— Nie.

Sięgnął do kieszeni.

Wyjął mały czarny pilot.

Roman pobladł.

— Nie.

Antoni nacisnął przycisk.

Gdzieś pod nami rozległ się głuchy huk.

Potem drugi.

Podłoga zadrżała.

— Co zrobiłeś? — krzyknąłem.

Antoni spojrzał na mnie z satysfakcją.

— To samo, co piętnaście lat temu.

Z otworów wentylacyjnych zaczął wydobywać się dym.

Roman spojrzał na schody prowadzące do pomieszczenia 17B.

— Pendrive.

Sięgnąłem do kieszeni.

Nadal tam był.

Antoni zobaczył mój ruch.

I po raz pierwszy jego uśmiech zniknął.

— Skąd to masz?

To było wszystko, czego potrzebowałem.

Bał się go.

Naprawdę.

Roman również to zauważył.

— Wiktor.

— Wiem.

Chwyciłem Emilię za ramię.

— Zabierz Michała.

— A pan?

— Idę po odpowiedź.

— Wiktor!

Nie spojrzałem na nią.

Antoni cofał się już w stronę bocznego wyjścia.

Dym gęstniał.

Hala zaczynała płonąć.

Dokładnie tak, jak piętnaście lat wcześniej.

Tyle że tym razem nie miałem dwudziestu dwóch lat.

Nie miałem ojca, który wyciągnie mnie z ognia.

I nie zamierzałem pozwolić Antoniemu ponownie spalić prawdy.

No comments yet