Kasetę trzymałem w dłoni przez całą drogę do domu Anny. Nie wróciłem od razu do Magdaleny, choć każda część mnie chciała być przy Zosi. Żona zapewniła mnie, że są bezpieczne u jej siostry i że zamierza tam zostać, dopóki nie ustalimy, kto wszedł do naszego domu. Policja była już na miejscu. Nie powiedziałem Magdalenie o Marcie przez telefon. Nie potrafiłem. Sam jeszcze nie rozumiałem, jak człowiek może mieć starszą siostrę i przez niemal czterdzieści lat nie wiedzieć o jej istnieniu.
Anna znalazła stary magnetofon w piwnicy. Kiedy postawiła go na kuchennym stole, przez chwilę żadne z nas nie chciało nacisnąć przycisku.
— Gotowy? — zapytała.
— Nie.
Wcisnąłem „play”.
Najpierw usłyszeliśmy szum. Potem głos matki.
Słabszy niż go pamiętałem.
„Jeżeli tego słuchacie, nie mogę już wam wszystkiego powiedzieć osobiście. Najważniejsze jest jedno: nie szukajcie Marty przez Ryszarda. Nigdy.”
Anna ścisnęła moją rękę.
„Marta była waszą siostrą. Po wydarzeniach z lutego 1997 roku zabrałam ją do mojej kuzynki Elżbiety. Ryszard zgodził się, ponieważ powiedziałam mu, że Marta nie chce już mieć kontaktu z rodziną. To nie była prawda. To ja zerwałam kontakt, żeby ją chronić.”
Głos matki załamał się.
„Powinnam była odejść z wami wszystkimi. Bałam się. To jest mój największy wstyd.”
Taśma zaszumiała.
Potem Teresa powiedziała coś, czego nie rozumiałem.
„Lena nie była pierwsza. Ale była pierwszą, po której zrozumiałam, że Marta miała rację.”
Spojrzałem na Annę.
— Co to znaczy?
— Słuchaj.
„W 2004 roku Ryszard pracował w Szkole numer 17. Lena Kowalska była uczennicą. Marta wróciła wtedy do miasta pod innym nazwiskiem. Próbowała mnie ostrzec. Nie uwierzyłam jej od razu.”
Nagle nagranie się urwało.
— Nie — powiedziałem.
Przewinąłem kasetę. Puściłem ponownie.
W tym samym miejscu następowała długa cisza, a później głos matki wracał dopiero kilka minut dalej.
„Jeżeli chcecie znaleźć Martę, zacznijcie od Elżbiety. Ale pamiętajcie: Ryszard nie jest jedynym człowiekiem, którego powinniście się bać.”
Taśma dobiegła końca.
To ostatnie zdanie było gorsze od wszystkiego.
Przez cały czas koncentrowałem się na ojcu. Na jego spojrzeniach, manipulacjach, śladach na plecach Zosi. Tymczasem matka ostrzegała przed kimś jeszcze.
Zadzwoniłem do Magdaleny.
— Czy policja znalazła ślady włamania?
— Nie.
— Żadnych?
— Michał, drzwi i okna były zamknięte. Ktoś musiał wejść kluczem.
Przymknąłem oczy.
Klucze mieliśmy ja, Magdalena i...
Ryszard.
Dostał zapasowy komplet kilka lat wcześniej.
— Powiedziałaś im?
— Tak.
— A gumka?
— Zabrali ją.
Po rozmowie zadzwoniłem do Elżbiety.
Numer znalazła Anna w starym notesie matki. Nie rozmawialiśmy z nią od lat. Odebrała dopiero za trzecim razem.
— Słucham?
— Ciociu, tu Michał Wysocki.
Cisza.
Potem usłyszałem szybki oddech.
— Skąd masz ten numer?
— Mama zostawiła kasetę.
Rozłączyła się.
Oddzwoniłem.
Nie odebrała.
Po minucie przyszła wiadomość.
„Nie przez telefon. Przyjedź sam.”
Adres znajdował się niecałe sześćdziesiąt kilometrów dalej.
— Jadę z tobą — powiedziała Anna.
— Napisała, żebym przyjechał sam.
— I zamierzasz wykonywać polecenia osoby, która przez trzydzieści lat ukrywała przed nami siostrę?
Miała rację. Pojechaliśmy razem.
Elżbieta mieszkała w niewielkim domu na obrzeżach miasta. Kiedy zapukałem, drzwi otworzyła kobieta po siedemdziesiątce. Najpierw spojrzała na mnie, potem na Annę.
— Miałeś przyjechać sam.
— Nie mam już zamiaru ukrywać prawdy przed własną siostrą.
Na słowo „siostrą” drgnęła.
Wpuściła nas.
Na stole czekały trzy filiżanki, jakby mimo wiadomości spodziewała się nas obojga.
— Marta żyje? — zapytałem natychmiast.
Elżbieta długo patrzyła na mnie.
— Tak.
Jedno słowo.
Prawie czterdzieści lat mojego życia zmieściło się w jednym słowie.
— Gdzie jest?
— Nie wiem.
— Jak możesz nie wiedzieć?
— Bo osiemnaście lat temu przestała się ze mną kontaktować.
— Po zaginięciu Leny?
Elżbieta zesztywniała.
— Skąd wiesz o Lenie?
Pokazałem fotografię.
Kiedy ją zobaczyła, usiadła.
— Boże.
— Kim ona była?
Elżbieta przesunęła palcem po twarzy dziewczynki.
— Córką przyjaciółki Marty.
Nie spodziewałem się tego.
— Marta znała Lenę?
— Bardzo dobrze. Pomagała jej w nauce. Kiedy zauważyła, że dziewczynka zaczęła bać się chodzić do szkoły, rozpoznała pewne zachowania.
— Zachowania, które sama znała od Ryszarda?
Elżbieta skinęła głową.
Poczułem, że robi mi się niedobrze.
— Co stało się 18 listopada 2004?
— Marta pojechała po Lenę do szkoły. Chciała zabrać ją do matki i powiedzieć wszystko. Ale Lena zniknęła, zanim Marta dotarła na miejsce.
— Ojciec?
— Marta była przekonana, że Ryszard wie więcej, niż mówi. Tylko że wtedy pojawił się ktoś jeszcze.
Przypomniałem sobie słowa Teresy.
Ryszard nie jest jedynym człowiekiem, którego powinniście się bać.
— Kto?
Elżbieta wstała, podeszła do kredensu i wyjęła kopertę.
W środku znajdowało się zdjęcie zrobione przed Szkołą nr 17. Lena wchodziła do samochodu. Twarz kierowcy była niewidoczna.
Ale na drzwiach samochodu widniał charakterystyczny znak szkoły muzycznej.
Tej samej, w której poprzedniego dnia odbył się recital Zosi.
— Marta zrobiła to zdjęcie tydzień przed zaginięciem Leny — powiedziała Elżbieta.
— Kto prowadził?
— Człowiek, który organizował dodatkowe zajęcia dla dzieci.
Odwróciła fotografię.
Na odwrocie Marta zapisała nazwisko.
„Andrzej Maj.”
Znałem je.
Każdy rodzic w naszej szkole muzycznej je znał.
Andrzej Maj był obecnym dyrektorem placówki.
Wczoraj stał kilka metrów od Zosi, kiedy schodziła ze sceny.
Telefon Anny zawibrował.
Spojrzała na ekran i zbladła.
— Michał...
Pokazała mi wiadomość od Magdaleny.
„Ryszard jest u mnie. Twierdzi, że musi natychmiast porozmawiać z Zosią. Nie chce odejść.”
Zadzwoniłem do żony.
Nie odebrała.
Spróbowałem ponownie.
Tym razem połączenie zostało przyjęte.
Przez kilka sekund słyszałem tylko oddech.
Potem odezwał się mój ojciec.
— Michał, powinieneś był zostawić Martę w przeszłości.
— Odsuń się od mojej rodziny.
Ryszard milczał.
A potem powiedział cicho:
— To nie ja zostawiłem gumkę na łóżku Zosi.







No comments yet