— To kto? — zapytałem.
Ryszard nie odpowiedział od razu. W tle usłyszałem Magdalenę mówiącą coś podniesionym głosem, potem trzask drzwi. Zacisnąłem telefon tak mocno, że zabolały mnie palce.
— Gdzie jest Zosia?
— Bezpieczna — odpowiedział ojciec. — Magdalena nie pozwoliła mi nawet wejść do pokoju. I dobrze zrobiła.
Te słowa były tak absurdalne, że przez moment nie wiedziałem, co powiedzieć.
— Po tym, co jej zrobiłeś, oczekujesz, że uwierzę w choć jedno twoje słowo?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Michał, nie rozmawiajmy o tym przez telefon.
— Właśnie tak zawsze robiłeś. Cisza, półprawdy, strach. To się skończyło.
— Nie wiesz, z kim masz do czynienia.
— Z tobą.
— Nie tylko.
Spojrzałem na fotografię Andrzeja Maja.
— Powiedz mi, co wiesz o Lenie Kowalskiej.
Ojciec gwałtownie wciągnął powietrze.
To wystarczyło.
— Skąd znasz to nazwisko?
— Odpowiedz.
Ryszard rozłączył się.
Wróciliśmy natychmiast. Po drodze Magdalena zadzwoniła i powiedziała, że ojciec odjechał, a policjanci ponownie sprawdzili dom. Zosia była bezpieczna. Mimo to każda minuta podróży wydawała mi się godziną.
Kiedy wreszcie ją zobaczyłem, objąłem ją ostrożnie.
— Dziadek coś ci powiedział?
— Nie. Ciocia nie pozwoliła mu do mnie wejść.
— Dobrze.
Zosia przyglądała mi się przez chwilę.
— Znalazłeś Lenę?
Nie chciałem obciążać jej kolejnymi szczegółami, ale po tym wszystkim nie zamierzałem również jej okłamywać.
— Dowiedziałem się, że znała kogoś z naszej rodziny.
— Martę?
Zamarłem.
— Skąd znasz to imię?
Zosia spuściła wzrok.
— Babcia czasem mówiła przez sen. Myślałam, że Marta to jej koleżanka.
Usiadłem obok córki.
— Zosia, przypomnij sobie dokładnie wszystko, co babcia mówiła o Lenie albo Marcie.
Długo milczała.
— Powiedziała kiedyś: „Marta próbowała uratować Lenę, ale zaufała niewłaściwemu człowiekowi”.
— Komu?
— Nie wiem.
Nagle Zosia zmarszczyła brwi.
— Tato... był jeszcze pan od fortepianu.
Poczułem chłód.
— Jaki pan?
— Babcia miała zdjęcie. Pokazała mi je i powiedziała, żebym zapamiętała jego twarz.
Wyjąłem telefon i znalazłem fotografię Andrzeja Maja ze strony szkoły muzycznej.
Zosia natychmiast się cofnęła.
— To on.
Magdalena zakryła usta dłonią.
— Zosiu, widziałaś go wcześniej niż na recitalach?
Córka skinęła głową.
— U dziadka.
W pokoju zapadła cisza.
— Kiedy?
— Kilka razy. Dziadek mówił, że to jego stary przyjaciel. Kiedy przychodził, kazali mi iść do ogrodu.
Spojrzałem na Magdalenę.
— Dlaczego nigdy o tym nie wiedzieliśmy?
— Bo Ryszard odbierał ją czasami ze szkoły — odpowiedziała cicho. — Myślałam, że zabiera ją na lody albo do siebie.
Czułem gniew, ale skierowanie go przeciwko Magdalenie byłoby niesprawiedliwe. Ojciec korzystał z naszego zaufania. Budował sytuacje, które wyglądały zwyczajnie.
Wieczorem zadzwonił policjant prowadzący sprawę obrażeń Zosi. Dokumentacja lekarska została zabezpieczona. Poprosił, żebyśmy następnego dnia przyjechali na formalną rozmowę. Powiedziałem mu również o wejściu do domu i czerwonej gumce, ale nie próbowałem samodzielnie rozstrzygać, kto ją zostawił.
Potem zrobiłem coś, czego ojciec najwyraźniej najbardziej się obawiał.
Zadzwoniłem do niego.
— Chcę zobaczyć garaż.
— Nie.
— W takim razie przekażę policji, że Zosia wskazała konkretną szafkę.
Długa cisza.
— Przyjedź sam.
— Nie.
— Michał...
— Anna jedzie ze mną.
Po chwili usłyszałem:
— Dobrze.
Nie zabrałem Zosi ani Magdaleny. Pojechaliśmy z Anną, informując wcześniej żonę, dokąd jedziemy. Nie zamierzałem niczego niszczyć ani zabierać potajemnie. Chciałem tylko sprawdzić, czy pudełko nadal istnieje.
Ryszard czekał przed garażem.
Wyglądał inaczej niż dzień wcześniej. Starszy. Jakby w ciągu jednej nocy zniknęła cała pewność siebie, którą znałem od dzieciństwa.
— Otwórz szafkę — powiedziałem.
— Najpierw musisz coś zrozumieć.
— Otwórz ją.
Anna stanęła obok mnie.
— Tato, proszę.
Ryszard spojrzał na nią, potem wyjął klucz.
Metalowe drzwiczki zaskrzypiały.
Pudełko nadal tam było.
W środku znajdowały się koperty, fotografie i czarny zeszyt, dokładnie tak jak opisała Zosia.
Ojciec wyciągnął rękę.
— Nie dotykaj tego.
— Dlaczego?
— Bo część rzeczy należy do Marty.
Otworzyłem zeszyt.
Na pierwszych stronach znajdowały się daty, nazwiska i krótkie notatki. Nie rozumiałem ich znaczenia. Potem zobaczyłem „Lena Kowalska”.
Przy nazwisku zapisano kilka dat z 2004 roku.
Obok dwóch widniały inicjały „A.M.”
Andrzej Maj.
— Co to jest? — zapytałem.
Ojciec usiadł ciężko na starym krześle.
— Notatki Marty.
— Dlaczego ty je masz?
— Zostawiła je Teresie. Po jej śmierci znalazłem pudełko.
— I ukryłeś je.
— Tak.
— Dlaczego?
Ryszard podniósł na mnie wzrok.
— Bo gdyby Andrzej dowiedział się, że te notatki istnieją, zacząłby szukać Marty.
— A siniaki Zosi? To też zrobiłeś, żeby kogoś chronić?
Twarz ojca stwardniała.
— Chwyciłem ją.
Anna odwróciła się gwałtownie.
— Przyznajesz się?
— Tak.
Po raz pierwszy nie próbował zaprzeczyć.
— Dlaczego? — zapytałem.
Ryszard zacisnął dłonie.
— Znalazłem ją tutaj w lutym. Otworzyła pudełko. Zobaczyła zdjęcia. Spanikowałem. Chwyciłem ją i wyciągnąłem z garażu.
— Przez miesiące? — mój głos drżał. — Miała świeże i stare siniaki.
Ojciec zamknął oczy.
— Wracała. Chciała wiedzieć, kim jest Lena. Za każdym razem próbowałem ją powstrzymać. Nie usprawiedliwiam tego. Zrobiłem jej krzywdę.
— I groziłeś ośmioletniemu dziecku.
— Tak.
Cisza była ciężka.
Nienawidziłem go w tej chwili. Ale jednocześnie jego przyznanie nie pasowało do człowieka próbującego zrzucić wszystko na kogoś innego.
— Co wydarzyło się Marcie w 1997 roku?
Ryszard spojrzał na mnie.
— To nie ja zrobiłem jej te obrażenia.
— Więc kto?
Ojciec otworzył usta, ale nagle Anna wyciągnęła coś z dna pudełka.
Małą kopertę.
Na niej widniało moje imię.
„DLA MICHAŁA. TYLKO JEŚLI RYSZARD ZACZNIE KŁAMAĆ.”
Pismo należało do Marty.
Rozerwałem kopertę.
W środku znajdowało się zdjęcie z 1997 roku. Jedenastoletnia Marta siedziała na szpitalnym łóżku. Obok niej stała Teresa.
I jeszcze ktoś.
Młody Andrzej Maj.
Odwróciłem fotografię.
Marta zapisała tam jedno zdanie:
„Tata nie zrobił mi tego tamtej nocy. Ale pozwolił wszystkim uwierzyć, że zrobił, ponieważ prawda zniszczyłaby człowieka, którego wtedy chronił.”
Spojrzałem na Ryszarda.
— Kogo chroniłeś?
Ojciec miał łzy w oczach.
— Ciebie, Michał.
Nie potrafiłem się poruszyć.
— Miałem dziewięć lat.
— Właśnie dlatego.
Ryszard wstał i wyjął spod stosu dokumentów jeszcze jedną fotografię.
— Powiedzieliśmy ci, że tego wieczoru spałeś. Nie spałeś.
Położył zdjęcie przede mną.
Przedstawiało mnie jako dziewięcioletniego chłopca stojącego w szpitalnym korytarzu. Koszulę miałem poplamioną, twarz zapłakaną, a prawą dłoń owiniętą bandażem.
Na odwrocie matka zapisała:
„14.02.97. Michał nadal niczego nie pamięta. Ryszard uważa, że tak będzie dla niego najlepiej.”







No comments yet