Rozrywka

Moja Teściowa Wezwała Żandarmerię, Żeby Wyrzucić Mnie Z Wojskowego Balu — Wtedy Pokazałam Legitymację I Cała Sala Zamilkła

Przez moment nikt się nie odezwał.

Wysocki, człowiek, który jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej stał w garażu z tym swoim spokojnym, niemal aroganckim uśmiechem, teraz prosił o ochronę.

To zmieniało wszystko.

— Gdzie go trzymają? — zapytałam.

— W zabezpieczonym pomieszczeniu na parterze — odpowiedziała Ewa. — Dwóch ludzi przy drzwiach, dwóch w środku.

— Kto ma dostęp?

— Tylko nasz zespół i Żandarmeria.

Spojrzałam na generała Majewskiego.

— Pan zostaje tutaj.

— Pani dyrektor—


— Jeśli człowiek stojący za „Latarnikiem” naprawdę znajduje się w strukturach, nie możemy zakładać, że pana stopień zapewnia panu bezpieczeństwo.

Majewski chciał zaprotestować.

Potem spojrzał na Karolinę.

I zamilkł.

— Idę z tobą — powiedziała Ewa.

Skinęłam głową.

Daniel poderwał się z krzesła.

Żandarm natychmiast położył mu dłoń na ramieniu.

— Aleksandra.

Odwróciłam się.


— Wysocki będzie próbował się targować.

— Wiem.

— I będzie kłamał.

— To też wiem.

Daniel przełknął ślinę.

— Ale jeśli powie nazwisko… uwierz mu przynajmniej w jednej rzeczy.

— Jakiej?

— Bał się tej osoby bardziej niż więzienia.

Patrzyłam na niego przez chwilę.

— Ty też?


Daniel nie odpowiedział.

To była odpowiedź.

Ruszyłam z Ewą korytarzem.

Bal wojskowy przestał już przypominać bal.

Goście zostali rozdzieleni na grupy. Telefony zabezpieczono. Mundurowi szeptali między sobą. Kilku wysokich rangą oficerów wyglądało na bardziej przestraszonych niż ich małżonkowie.

Każdy zastanawiał się nad tym samym.

Kto jeszcze jest w środku?

Wysockiego znaleźliśmy w małej sali odpraw.

Nie miał już mundurowej marynarki.

Siedział przy metalowym stole, z rękami skutymi przed sobą.


Kiedy weszłam, spojrzał na mnie i po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach prawdziwy strach.

— Chcę gwarancji — powiedział.

— Nie jestem prokuratorem.

— Chcę ochrony dla siebie.

— To zależy od wartości informacji.

— I dla mojej córki.

Zatrzymałam się.

— Ma pan córkę?

Wysocki zaśmiał się gorzko.

— Właśnie dlatego przez tyle lat wykonywałem polecenia.


Ewa usiadła obok mnie.

— Nazwisko.

— Najpierw ochrona.

— Jeśli człowiek, którego się pan boi, jest tak wysoko, jak pan sugeruje, każda minuta milczenia zmniejsza pańskie szanse.

Wysocki spojrzał na lustro weneckie.

— Wyłączcie nagrywanie.

— Nie.

— W takim razie nic nie powiem.

Pochyliłam się lekko.

— Pułkowniku, kilka godzin temu próbował pan wykorzystać moją teściową, mojego męża i córkę generała do przesłania tajnych danych. Nie jest pan stroną ustalającą warunki.


Jego szczęka napięła się.

— Nie rozumie pani.

— Więc proszę mi wytłumaczyć.

Milczał długo.

W końcu opuścił wzrok.

— „Latarnik” nie jest jedną osobą.

Ewa znieruchomiała.

— Co?

— To system.

— Już o tym wiemy.


— Nie. Wiecie o kryptonimie. Nie wiecie, jak działa.

Wysocki spojrzał na mnie.

— Dwadzieścia trzy lata temu te trzy teczki nie zawierały wyłącznie profili ludzi podatnych na nacisk. Zawierały również informacje o tym, kto ich ocenia.

— Oficerowie kontrwywiadu?

— Oficerowie. Urzędnicy. Pośrednicy. Ludzie w administracji. Każdy, kto miał dostęp do fragmentu systemu.

— I ukradliście teczki, żeby przejąć sieć.

Wysocki pokręcił głową.

— Bednarz chciał ją zdemaskować.

Zamarłam.

— Pański przełożony?


— Tak.

Generał mówił, że zginął później w wypadku.

— To dlaczego pan wyniósł dokumenty?

— Bo Bednarz mi kazał.

Ewa zmrużyła oczy.

— A Wiktoria dała panu kartę.

— Powiedziałem jej tylko tyle, ile musiała wiedzieć.

— I Paweł Radecki otworzył wyjście drugą kartą.

Wysocki podniósł głowę.

Po raz pierwszy wyglądał na zaskoczonego.


— Skąd pani wie o Radeckim?

— Odpowiada pan na pytania.

Przełknął ślinę.

— Tak. Radecki był z nami.

— A trzy tygodnie później zniknął.

— Bo ktoś odkrył, co robiliśmy.

— Kto?

Wysocki spojrzał na kamerę.

— Człowiek, którego nazwiska chcecie.

Poczułam napięcie w karku.


— Dalej.

— Bednarz zginął. Radecki zniknął. Ja dostałem wybór.

— Współpraca albo śmierć?

— Nie.

Uśmiechnął się gorzko.

— Współpraca albo śmierć mojej rodziny.

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

— I od tamtej pory pracuje pan dla „Latarnika”?

— Od tamtej pory wykonuję polecenia ludzi, którzy kontrolują system.

— Ludzi?

— Kolejni pośrednicy. Nigdy nie miałem pewności, kto naprawdę stoi na górze.

— A teraz ma pan?

Skinął głową.

— Od sześciu miesięcy.

To zgadzało się z początkiem nacisku na Daniela.

— Co wydarzyło się sześć miesięcy temu?

Wysocki spojrzał na mnie.

— Pojawiło się pani nazwisko.

Poczułam chłód.

— Gdzie?

— W poleceniu.

— Jakim?

— Mieliśmy ustalić, ile pani wie o „Latarniku”.

Ewa odezwała się natychmiast.

— Dlaczego?

— Bo ktoś odkrył, że kryptonim pojawił się w pani raporcie z Syrii.

Dokładnie to podejrzewałam.

— I dlatego wykorzystaliście Daniela.

— Jego dostęp był użyteczny. Jego małżeństwo jeszcze bardziej.

Zacisnęłam dłonie pod stołem.

— Chcieliście, żeby mnie obserwował?

— Początkowo.

— A potem?

— Potem ktoś uznał, że pani jest zbyt niebezpieczna.

Ewa pochyliła się.

— Co to znaczy?

Wysocki spojrzał mi prosto w oczy.

— Dzisiejszy plan nie miał tylko usunąć pani z sali.

Czułam już, jaka będzie odpowiedź.

— Co miało się stać?

— Samochód.

— Jaki samochód?

— Ten, którym miała pani wrócić do domu.

Cisza.

— Co z nim?

Wysocki odwrócił wzrok.

— Miał ulec wypadkowi.

Ewa przeklęła cicho.

Ja nie poczułam szoku.

Tylko niezwykły spokój.

Ten rodzaj spokoju, który przychodzi, kiedy wszystkie niedopowiedziane elementy układanki nagle wskakują na swoje miejsce.

Upokorzenie.

Usunięte miejsce.

Żandarmeria.

Próba wyrzucenia mnie wcześniej.

Nie chcieli tylko, żebym zniknęła z sali.

Chcieli, żebym odjechała.

— Czy Daniel o tym wiedział?

Wysocki zawahał się.

— Nie.

— Wiktoria?

— Nie.

— Karolina?

— Nie.

— Więc kto miał wykonać polecenie?

Wysocki spojrzał na drzwi.

— Człowiek, który nadal jest w budynku.

Ewa chwyciła radio.

— Nazwisko.

Wysocki zamknął oczy.

— Pułkownik Tomasz Lewandowski.

Ewa zamarła.

Ja znałam nazwisko.

Lewandowski był zastępcą szefa ochrony całego wydarzenia.

Człowiekiem, którego ludzie właśnie pilnowali drzwi, korytarzy i garażu.

— Gdzie jest teraz? — zapytałam.

Ewa już sprawdzała tablet.

Jej twarz pobladła.

— Jego identyfikator pokazuje zachodnie skrzydło.

— Co tam jest?

— Pomieszczenie monitoringu.

Wstałam.

— Zamknąć mu dostęp.

Ewa nacisnęła przycisk radia.

Brak odpowiedzi.

Spróbowała ponownie.

Tylko trzaski.

Wysocki zaśmiał się cicho.

— Właśnie dlatego chciałem ochrony.

Drzwi sali odpraw otworzyły się gwałtownie.

Wszedł jeden z naszych funkcjonariuszy.

— Straciliśmy obraz z połowy kamer.

— Lewandowski? — zapytałam.

— Zniknął.

— Garaż?

— Wyjazdy zamknięte.

— Sprawdzić wszystkie przejścia techniczne.

Funkcjonariusz wybiegł.

Spojrzałam na Wysockiego.

— Lewandowski kieruje „Latarnikiem”?

Wysocki pokręcił głową.

— Nie.

Zacisnęłam szczękę.

— Więc kto?

— Lewandowski jest takim samym pośrednikiem jak ja.

— Przed chwilą powiedział pan, że zna nazwisko człowieka na szczycie.

— Bo znam.

— Mów.

Wysocki spojrzał na Ewę.

Potem na kamerę.

A w końcu na mnie.

— Sprawdźcie Pawła Radeckiego.

— Człowieka uznanego za zaginionego dwadzieścia trzy lata temu?

— Tak.

— Co z nim?

Wysocki pochylił się nad stołem.

— On nie zdezerterował.

— Wiemy.

— Nie zginął też.

Serce uderzyło mi mocniej.

— Skąd pan to wie?

— Bo widziałem go sześć miesięcy temu.

Zapadła cisza.

— Gdzie?

— W Warszawie.

— Jest pan pewien?

— Nie da się zapomnieć człowieka, którego przez dwadzieścia lat uważało się za martwego.

Ewa patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Pod jakim nazwiskiem żyje?

— Nie wiem.

— To jak mamy go znaleźć?

Wysocki spojrzał na mnie.

— Już go pani widziała.

Zrobiło mi się zimno.

— Kiedy?

— Dzisiaj.

Nie odpowiedziałam.

Wysocki mówił dalej.

— Był na tej sali.

Ewa natychmiast otworzyła listę gości.

— Pod jakim nazwiskiem?

— Nie znam jego obecnego nazwiska.

— Jak wygląda?

— Starszy. Siwe włosy. Blizna przy lewym uchu.

Przeglądałam w pamięci twarze z balu.

Oficerowie.

Goście.

Pracownicy.

Ochrona.

I wtedy przypomniałam sobie człowieka stojącego kilka metrów od generała Majewskiego, gdy żandarm po raz pierwszy spojrzał na moją legitymację.

Nie wstał razem z innymi.

Stał już wcześniej.

Siwowłosy mężczyzna w cywilnym garniturze.

Z dyskretną blizną przy uchu.

Widziałam go również później.

Kiedy adiutant przyniósł teczkę ze zdjęciem Daniela.

Stał przy bocznych drzwiach.

Obserwował.

Nie Daniela.

Mnie.

— Ewa — powiedziałam.

— Tak?

— Lista personelu protokolarnego.

Przeszukała tablet.

Podałam jej opis.

Po kilku sekundach pojawiło się zdjęcie.

Ten sam człowiek.

Podpis:

„Andrzej Różański — doradca cywilny ds. bezpieczeństwa.”

Wysocki spojrzał na ekran.

Cały kolor odpłynął mu z twarzy.

— To on.

— Radecki?

Skinął głową.

Ewa natychmiast wydała rozkaz zatrzymania.

Odpowiedź nadeszła po kilkunastu sekundach.

— Nie ma go na sali.

— Wyjścia?

— Wszystkie zamknięte.

— Więc nadal jest w budynku.

Mój telefon zawibrował.

Nie był to kanał centrali.

Zwykła wiadomość tekstowa.

Numer nieznany.

Otworzyłam ją.

„Pani dyrektor, skoro już zna pani moje stare nazwisko, czas przestać udawać, że ta historia zaczęła się od pani męża.”

Pod spodem było zdjęcie.

Zrobione kilka sekund wcześniej.

Daniel siedzący w sali konferencyjnej.

Wiktoria.

Karolina.

Generał Majewski.

Ktoś nadal ich obserwował.

Druga wiadomość pojawiła się natychmiast.

„Proszę przyjść sama do starego archiwum w zachodnim skrzydle. Pięć minut. Inaczej ktoś z pani rodziny zapłaci za błędy sprzed dwudziestu trzech lat.”

Spojrzałam na Ewę.

— Mamy go.

— Gdzie?

Schowałam telefon.

— W miejscu, od którego to wszystko się zaczęło.

I po raz pierwszy od początku tego wieczoru wiedziałam dokładnie, dokąd prowadzi następny krok.

Nie zamierzałam jednak pójść tam na jego warunkach.

Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet