Nie zamierzałam wejść do starego archiwum sama.
Ale chciałam, żeby Paweł Radecki uwierzył, że właśnie to zrobię.
— Ewa, potrzebuję czterech ludzi bez oznaczeń. Dwóch od zachodniego korytarza, jednego od szybu technicznego i jednego przy schodach awaryjnych.
— A ty?
— Wejdę głównym wejściem.
Spojrzała na mnie chłodno.
— Właśnie zagroził twojej rodzinie.
— Dlatego oczekuje, że stracę rozsądek.
Podałam jej telefon.
— Śledź sygnał. Nie wchodzicie, dopóki nie dam znaku albo transmisja nie zniknie na dłużej niż trzydzieści sekund.
— Aleksandra…
— Jeśli naprawdę przez dwadzieścia trzy lata utrzymywał tę sieć przy życiu, nie zatrzymamy jej, aresztując kolejnego pośrednika.
Ewa nie wyglądała na przekonaną.
Ale skinęła głową.
Zanim wyszłam, wróciłam jeszcze na moment do sali konferencyjnej.
Daniel siedział dokładnie tam, gdzie go zostawiłam.
Kiedy zobaczył moją twarz, od razu wiedział, że coś się wydarzyło.
— Odezwał się?
Nie odpowiedziałam.
— Aleksandra.
— Zostaniesz tutaj.
— Jeśli to Radecki, nie idź do niego sama.
Spojrzałam na niego.
— Jeszcze godzinę temu ukrywałeś przede mną, że jesteś szantażowany przez człowieka powiązanego z obcym wywiadem.
Daniel spuścił wzrok.
— Wiem.
— Więc nie mów mi teraz, jak mam prowadzić operację.
W jego oczach pojawił się ból.
Ale nie próbował się bronić.
To było pierwsze uczciwe zachowanie, jakie zobaczyłam u niego tego wieczoru.
— Aleksandra — powiedział ciszej. — Jeśli nie wrócisz…
— Wrócę.
Wiktoria siedziała kilka metrów dalej.
Nie patrzyła już na mnie z pogardą.
Patrzyła jak człowiek, który po raz pierwszy rozumie cenę swoich własnych decyzji.
— To przeze mnie — wyszeptała.
Zatrzymałam się przy drzwiach.
— Nie wszystko.
— Gdybym wtedy nie dała Wysockiemu tej karty…
— Nie cofniemy dwudziestu trzech lat.
— Ale Daniel…
— Daniel odpowie za swoje wybory. Pani też.
Wiktoria zamknęła oczy.
— A jeśli to wszystko zaczęło się ode mnie?
— Nie zaczęło.
Spojrzała na mnie.
— Zaczęło się od ludzi, którzy nauczyli się wykorzystywać cudzy strach.
Otworzyłam drzwi.
— Ale trwało tak długo, bo inni pozwalali im ten strach wykorzystywać.
Stare archiwum znajdowało się na końcu zachodniego skrzydła.
Korytarz był pusty.
Kamery nie działały.
Lampy jarzeniowe migały nieregularnie.
Drzwi archiwum były uchylone.
Weszłam.
Zapach starego papieru i kurzu uderzył mnie natychmiast.
Metalowe regały ciągnęły się przez całe pomieszczenie.
Na środku stał mężczyzna w granatowym garniturze.
Andrzej Różański.
A raczej Paweł Radecki.
Blizna przy lewym uchu była dokładnie taka, jak opisał Wysocki.
— Pani dyrektor — powiedział spokojnie. — Wiedziałem, że pani przyjdzie.
— Wiedział pan źle.
Uśmiechnął się lekko.
— A jednak pani stoi przede mną.
— Nie sama.
Jego uśmiech zniknął na ułamek sekundy.
To wystarczyło.
— Ile osób? — zapytał.
— Wystarczająco.
— Blef.
— Pan pierwszy.
Radecki przeszedł między regałami.
— Wie pani, co jest najzabawniejsze? Przez sześć miesięcy obserwowaliśmy Daniela, a on był przekonany, że to on oszukuje nas.
— Podmienił dane.
— Tak.
Radecki skinął głową z uznaniem.
— To było nawet inteligentne.
— Dlatego próbował pan go dziś spalić.
— Nie. Daniel był już zużytym narzędziem.
Poczułam gniew, ale nie pozwoliłam mu wejść do głosu.
— A ja?
Radecki spojrzał na mnie.
— Pani była problemem.
— Dlatego raport z Syrii?
— Chcieliśmy wiedzieć, co pani pamięta.
— O „Latarniku”.
— O wiele więcej niż o kryptonimie.
Wyjął cienką teczkę z półki.
— W Syrii weszła pani w posiadanie fragmentu listy kontaktów.
— Większość była zaszyfrowana.
— Ale nie wszystkie.
— I?
— Jedno nazwisko powiązałoby operację sprzed dwudziestu trzech lat z tym, co dzieje się dziś.
Wyciągnęłam rękę.
— Proszę pokazać.
Radecki roześmiał się.
— Nadal pani myśli, że to ja jestem celem.
— Nie jest pan?
— Jestem człowiekiem, którego wysłano, żeby zamknąć tę sprawę.
— Przez kogo?
Cisza.
— Właśnie po to przyszłam.
Radecki patrzył na mnie przez kilka sekund.
— Bednarz odkrył, że „Latarnik” nie był programem ochrony państwa.
— Tylko?
— Systemem selekcji.
— Kogo?
— Ludzi podatnych na przejęcie.
Nie powiedział niczego, czego już nie podejrzewaliśmy.
— Dalej.
— Oficjalnie typowano zagrożenia. Nieoficjalnie ktoś kopiował te profile i budował własną bazę.
— Do szantażu.
— Do wpływu.
— Kto?
Radecki zrobił krok bliżej.
— Człowiek, który przez dwadzieścia trzy lata nigdy nie pojawił się bezpośrednio w żadnym raporcie.
— Nazwisko.
— Generał Majewski.
Nie drgnęłam.
Radecki czekał.
Chciał zobaczyć reakcję.
— Nie wierzy pani.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo to zbyt wygodne.
Po raz pierwszy jego twarz stężała.
— Majewski miał dostęp do systemu.
— Wielu ludzi miało.
— Jego nazwisko było w jednej z teczek.
— Jako operator?
— Jako człowiek nadzorujący.
— Pokaż dowód.
Radecki uniósł teczkę.
— Tutaj.
— Otwórz.
Nie ruszył się.
— Najpierw wycofa pani ludzi.
— Nie.
— W takim razie dokumenty znikną.
— Już je pan skopiował.
Zawahał się.
— Skąd pani wie?
— Bo nikt, kto utrzymywał taką operację przez dwadzieścia trzy lata, nie nosiłby jedynej kopii do pomieszczenia, z którego może nie wyjść.
Radecki uśmiechnął się.
— Dlatego pani była problemem.
W tym momencie mój telefon zawibrował.
Jedno krótkie drżenie.
Sygnał od Ewy.
Namierzyli dodatkową transmisję.
Nie spojrzałam na ekran.
— Generał Majewski nie jest „Latarnikiem” — powiedziałam.
Radecki przechylił głowę.
— Jest pani pewna?
— Tak.
— Na jakiej podstawie?
— Bo gdyby nim był, nie pozwoliłby własnej córce przenosić urządzenia, które mogło doprowadzić śledczych prosto do jego sieci.
Cisza.
— Karolina miała być kozłem ofiarnym — dodałam. — Tak samo jak Daniel. Tak samo jak Wysocki.
Radecki przestał się uśmiechać.
— A pan miał wskazać nam Majewskiego.
Jego oczy zwęziły się.
— Po co?
— Żebyśmy zakończyli śledztwo na właściwie wyglądającym nazwisku.
Telefon zawibrował drugi raz.
Tym razem spojrzałam.
Ewa przesłała jedno zdanie:
„MAMY ŹRÓDŁO JEGO TRANSMISJI. NIE JEST W ARCHIWUM.”
Spojrzałam na Radeckiego.
— Pan też jest przynętą.
Po raz pierwszy naprawdę się przestraszył.
— Co?
— Ktoś pana obserwuje.
— Niemożliwe.
— Dokładnie tak samo jak pan obserwował Daniela.
Radecki odruchowo spojrzał na sufit.
Błąd.
Na jednej z belek znajdował się niewielki nadajnik.
Nie należał do naszego zespołu.
Radecki pobladł.
— Nie.
— Kto wiedział, że pan tutaj będzie?
Milczał.
— Kto?
— Tylko jedna osoba.
— Nazwisko.
Radecki zrobił krok do tyłu.
W tej samej chwili wszystkie światła zgasły.
— Ewa! — krzyknęłam.
Rozległ się trzask.
Potem pojedynczy huk.
Radecki upadł między regałami.
Światła awaryjne zapaliły się sekundę później.
Dopadłam do niego.
Kula przeszła przez ramię.
Żył.
— Medyk! — krzyknęłam.
Ludzie Ewy wbiegli do środka.
— Strzelec? — zapytałam.
— Korytarz techniczny. Uciekł.
Radecki chwycił mnie za rękaw.
— Aleksandra…
— Nie mów.
— Muszę.
Krew rozlewała się po jego koszuli.
— Kto wiedział, że pan tu będzie?
Jego palce zacisnęły się mocniej.
— Człowiek… który nadzorował śledztwo w sprawie mojego zaginięcia.
Zamarłam.
— Nazwisko.
Radecki spojrzał mi prosto w oczy.
— Generał Stanisław Orłowski.
Ewa stanęła jak wryta.
Znałam to nazwisko.
Każdy w naszym środowisku je znał.
Orłowski nie był zwykłym generałem.
Był człowiekiem, który przez lata nadzorował część struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo informacji.
I człowiekiem, który sześć lat wcześniej podpisał mój awans.
Telefon Ewy zawibrował.
Przeczytała wiadomość.
— Aleksandra…
— Co?
— Orłowski właśnie przyjechał do budynku.
Serce uderzyło mi mocniej.
— Po co?
Ewa spojrzała na mnie.
— Twierdzi, że centrala wysłała go, żeby przejął dowodzenie nad całą operacją.
Spojrzałam na Radeckiego.
Pomimo bólu pokręcił głową.
— Jeśli oddacie mu dowody… wszystko zniknie.
I wtedy zrozumiałam prawdziwy plan.
Radecki miał wskazać Majewskiego.
Majewski miał stać się zakończeniem śledztwa.
A Orłowski miał przyjechać, przejąć sprawę i zakopać resztę.
Wstałam.
— Ewa, żadnych dokumentów poza naszą kontrolę.
— A Orłowski?
Spojrzałam w stronę drzwi.
Na korytarzu rozległy się ciężkie, spokojne kroki.
— Nie mówimy mu jeszcze, co wiemy.
Drzwi archiwum otworzyły się.
Generał Stanisław Orłowski wszedł do środka w galowym mundurze, otoczony przez dwóch oficerów.
Spojrzał na rannego Radeckiego.
Potem na mnie.
I uśmiechnął się tak, jak robił to zawsze podczas oficjalnych spotkań.
— Aleksandro — powiedział spokojnie. — Od tej chwili ja przejmuję tę sprawę.
Patrzyłam na człowieka, który pomógł zbudować moją karierę.
A potem przypomniałam sobie najważniejszą rzecz, jakiej nauczyła mnie praca w wywiadzie.
Najbardziej niebezpieczny przeciwnik rzadko stoi po drugiej stronie stołu.
Czasami przez lata siedzi tuż obok.
Ciąg dalszy — kliknij Część 9, aby czytać dalej.







No comments yet