Przez chwilę nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Ściskałam telefon tak mocno, że bolały mnie palce, a w drugim pokoju słyszałam spokojny śmiech Basi i Marysi. Bawiły się klockami, zupełnie nieświadome, że jedno zdanie mojej matki właśnie odebrało bezpieczeństwo, które przez siedem lat uważałam za coś oczywistego.
— Mamo, co się dzieje? — zapytałam szeptem. — Kto wie, gdzie jesteśmy?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie pytaj teraz. Spakuj tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyjdź z mieszkania.
— Powiedz mi prawdę.
— Rachela...
— Prawdę!
Mój głos był tak głośny, że dziewczynki przestały się śmiać. Natychmiast odwróciłam się w stronę ich pokoju.
— Nic się nie stało — powiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
Mama odezwała się dopiero po chwili.
— Twój ojciec nie zginął w wypadku.
Zamarłam.
Przez siedem lat wierzyłam, że mój ojciec nie żyje. Mama powiedziała mi wtedy, że jego samochód wpadł do rzeki, a ciało odnaleziono po kilku dniach. Nigdy nie chciała o tym rozmawiać. Ja też przestałam pytać.
— Co powiedziałaś?
— Twój ojciec żyje.
Usiadłam na brzegu łóżka.
— Mamo, to niemożliwe.
— Wiem, co ci mówiłam. Musiałam.
— Dlaczego?
— Bo Marek Hartman przyszedł do mnie osiem lat temu. Powiedział, że jeśli nie przekonam cię do wyjazdu, Daniel i dzieci będą w niebezpieczeństwie.
Serce zaczęło mi walić.
— Jakie dzieci? — zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.
— Wiedział o ciąży.
Zamknęłam oczy.
— Co ma z tym wspólnego tata?
Mama zaczęła płakać.
— Twój ojciec pracował dla Hartmanów. Wiedział o pieniądzach, o tajnych umowach, o ludziach, którzy próbowali przejąć firmę. Kiedy odkrył, że ktoś wykorzystuje Daniela, chciał to zgłosić. Potem zniknął.
— A ty?
— Pomagałam mu.
Poczułam, że wszystkie elementy zaczynają układać się w coś znacznie większego.
— Czy to tata obserwował dziewczynki?
— Nie wiem.
— Mamo, odpowiedz!
— Nie wiem, Rachela! Od miesięcy ktoś wypytuje o ciebie i dzieci. Myślałam, że to się skończyło.
Wtedy usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
Odwróciłam głowę.
Basia stała w korytarzu.
— Mamo?
Podniosłam palec do ust.
— Zostań z Marysią w pokoju.
— Ale...
— Teraz.
Dziewczynka posłusznie zniknęła.
— Mamo, ktoś jest pod drzwiami — wyszeptałam.
Mama przestała płakać.
— Nie otwieraj.
Pukanie rozległo się ponownie.
Trzy razy.
Spokojnie. Równo.
Spojrzałam przez wizjer.
Na korytarzu stał mężczyzna w ciemnym płaszczu.
Nie znałam go.
Ale trzymał w dłoni małą niebieską teczkę.
Taką samą, jaką dziewczynki widziały u Amandy.
Cofnęłam się.
— Mamo...
— Rachela, słuchaj mnie. Zadzwoń do Daniela.
Rozłączyła się.
Nie zastanawiałam się ani sekundy. Wybrałam numer Daniela.
Odebrał natychmiast.
— Rachela?
— Ktoś jest pod drzwiami.
— Zamknij wszystkie zamki. Nie wychodź. Jadę.
— Daniel, moja mama powiedziała mi, że mój ojciec żyje.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co?
— Powiedziała też, że Marek wiedział o ciąży.
— Rachela, posłuchaj mnie. Jestem pięć minut od ciebie. Nie otwieraj nikomu.
Mężczyzna za drzwiami nagle powiedział:
— Pani Chmielewska?
Zamarłam.
— Skąd zna moje nazwisko?
Daniel usłyszał jego głos przez telefon.
— Rachela, odejdź od drzwi.
— Czego pan chce? — zapytałam.
— Mam wiadomość od pani ojca.
Krew odpłynęła mi z twarzy.
— Nie wierzę panu.
— Nie musi pani. Wystarczy, że spojrzy pani na zdjęcie.
Pod drzwi wsunęła się fotografia.
Podniosłam ją drżącą ręką.
Na zdjęciu był mężczyzna stojący przed małym domem gdzieś poza Warszawą.
Mój ojciec.
Starszy, wychudzony, ale bez najmniejszych wątpliwości był to on.
Na odwrocie ktoś napisał:
„Powiedz Danielowi, że jego ojciec nie umarł przypadkowo.”
Zabrakło mi tchu.
— Daniel...
— Co tam jest?
— Zdjęcie mojego ojca.
Nagle mężczyzna za drzwiami odsunął się.
Usłyszałam szybkie kroki na schodach.
Kilka sekund później na klatce pojawił się Daniel.
Wbiegł po schodach i znalazł się przy mnie.
— Gdzie dziewczynki?
— W pokoju.
Natychmiast je przytulił.
Basia spojrzała na niego niepewnie.
— To pan jest panem młodym?
Daniel uklęknął przed nią.
Po raz pierwszy patrzył na swoje córki z odległości kilku centymetrów.
— Tak.
Marysia wychyliła się zza siostry.
— A dlaczego masz nasze oczy?
Daniel przełknął ślinę.
Nie odpowiedział.
Nie potrafił.
Zamiast tego objął obie dziewczynki, a ja zobaczyłam łzy spływające mu po policzkach.
Po chwili wyciągnął telefon.
— Musimy stąd wyjechać.
— Dokąd?
— Do miejsca, o którym nikt poza mną nie wie.
— A Marek?
— Nie wiem, komu jeszcze możemy ufać.
W tej samej chwili telefon Daniela zawibrował.
Wiadomość pochodziła z nieznanego numeru.
Było tylko jedno zdjęcie.
Amanda stała przed drzwiami mojego mieszkania.
Zdjęcie wykonano kilka minut wcześniej.
Pod nim znajdowało się jedno zdanie:
„Daniel, jeśli zabierzesz Rachelę i dziewczynki, pokażemy im, dlaczego ich ojciec musiał zniknąć.”
Daniel spojrzał na mnie.
— Ona wie, że tu jestem.
— Amanda?
Skinął głową.
Wziął dziewczynki za ręce.
— Jedziemy.
Kiedy schodziliśmy na dół, zauważyłam jednak coś jeszcze. Na fotografii mojego ojca, którą trzymałam w dłoni, w tle domu znajdował się samochód.
Ten sam model, który widziałam na nagraniu z nocy, kiedy zniknęłam osiem lat temu.
A za jego kierownicą siedział mężczyzna, którego twarz wreszcie rozpoznałam.
To był Marek Hartman.







No comments yet