Rozrywka

Ojciec Wydał Mnie Za Miliardera W Śpiączce — A Gdy Usłyszał Mój Głos, Otworzył Oczy I Ostrzegł Mnie Przed Własną Rodziną

Słowo „oryginały” zmieniło wszystko.

Nie kopie.

Nie notatki.

Nie poszlaki.

Oryginały.

Spojrzałam na klucz w swojej dłoni i po raz pierwszy poczułam, że trzymam coś, czego ktoś naprawdę może się bać.

— Jedziemy tam — powiedziałam.

Antonina od razu pokręciła głową.

— Nie.

— Dlaczego?


— Bo jeśli Bartosz obserwuje dom, zauważy, że wyjeżdżasz.

— To ma mnie zatrzymać?

— To ma cię utrzymać przy życiu.

Jeszcze dzień wcześniej podobne zdanie sparaliżowałoby mnie strachem.

Teraz tylko mnie zirytowało.

— Wszyscy podejmowaliście decyzje za mnie pod pretekstem ochrony. Koniec z tym.

Odwróciłam się do Krzysztofa.

— Bank wymaga czegoś poza kluczem?

Powoli skinął głową.

— Hasło?


Nie.

— Dokument?

Tak.

— Jaki?

Poruszył ustami.

— Akt... małżeństwa.

Zamarłam.

Antonina zacisnęła szczękę.

Nagle zrozumiałam, dlaczego skrytka nie została otwarta wcześniej.

Klucz miała moja matka.


Dostęp został skonstruowany tak, żeby bez niej albo bez Krzysztofa potrzebna była osoba, która formalnie stanie się jego żoną.

Ja.

— Czyli znowu wracamy do ślubu.

Krzysztof zamknął oczy na moment.

— Przepraszam.

To było pierwsze słowo, które wypowiedział do mnie nie jako ostrzeżenie.

Spojrzałam na niego.

— Ty przynajmniej próbujesz mi powiedzieć prawdę.

Antonina odwróciła się do okna.

— Nie macie aktu. Oryginał jest u notariusza.


— Kopię dostaliśmy po ceremonii.

— Kopia nie wystarczy.

— Skąd pani wie?

Nie odpowiedziała.

Już miałam naciskać, kiedy ktoś zapukał.

Nie czekając na pozwolenie, wszedł Bartosz.

W dłoni trzymał kieliszek wody.

— Mam wrażenie, że wszyscy świetnie się tu bawicie beze mnie.

Antonina natychmiast stanęła tak, żeby zasłonić Krzysztofa.

Za późno.


Bartosz spojrzał na łóżko.

Na otwarte oczy kuzyna.

Uśmiech zniknął.

Przez sekundę nie udawał niczego.

Patrzył na Krzysztofa z czystym przerażeniem.

Potem odzyskał twarz.

— No proszę.

Podszedł bliżej.

— Śpiąca królewna się obudziła.

Krzysztof nie odpowiedział.


Bartosz spojrzał na mnie.

— Od kiedy?

— Od niedawna.

— Jak niedawna?

— Wystarczająco.

Jego wzrok zsunął się na moją zaciśniętą dłoń.

Nie widział klucza, ale zobaczył, że coś trzymam.

— Co tam masz?

— Nic.

Ruszył w moją stronę.


Antonina zastąpiła mu drogę.

— Wyjdź.

Bartosz zaśmiał się.

— To mój rodzinny dom.

— Wyjdź.

Tym razem jej głos był lodowaty.

Przez chwilę myślałam, że się sprzeciwi.

Zamiast tego uniósł dłonie.

— Oczywiście.

Spojrzał jeszcze raz na Krzysztofa.


— Cieszę się, kuzynie. Naprawdę.

Ale w jego głosie nie było ani grama radości.

Wyszedł.

Odczekaliśmy kilka sekund.

Antonina podeszła do drzwi i przekręciła klucz.

— Teraz wie.

— O tym, że Krzysztof się obudził?

— Tak.

— I?

— I przestanie być ostrożny.


Krzysztof poruszył ręką.

— Telefon.

Podałam mu swój.

Nie miał siły pisać.

— Chcesz, żebym coś sprawdziła?

Skinął głową.

Powoli przeliterował:

— K... a... n... c... e... l... a... r... i... a.

— Twoja?

Tak.


Wpisałam nazwisko z dokumentu znalezionego wcześniej w szufladzie.

Kancelaria, która przygotowała zmianę statutu.

Numer był na stronie internetowej.

Zadzwoniłam.

Po kilku sygnałach odebrała kobieta.

— Kancelaria Radwan i Partnerzy.

— Nazywam się Magdalena Harrington. Chciałabym porozmawiać z mecenasem Radwanem w sprawie Krzysztofa Harringtona.

Cisza.

— Chwileczkę.

Po minucie odezwał się starszy mężczyzna.

— Pani Harrington?

— Tak.

— Czy pan Krzysztof jest przy pani?

Spojrzałam na niego.

— Tak.

Po drugiej stronie usłyszałam wyraźne westchnienie.

— W takim razie proszę nikomu nie przekazywać żadnych dokumentów dotyczących jego stanu zdrowia.

Antonina spojrzała na mnie gwałtownie.

— Dlaczego?

— Dzisiejszego ranka wpłynął wniosek do sądu o stwierdzenie trwałej niezdolności pana Krzysztofa do samodzielnego podejmowania decyzji.

Poczułam zimno.

— Kto go złożył?

— Bartosz Harrington.

Spojrzałam na drzwi.

— Przecież ślub odbył się dzisiaj.

— Właśnie dlatego wniosek jest interesujący.

— Co ma pan na myśli?

Mecenas zawahał się.

— Został przygotowany trzy dni temu.

Antonina pobladła.

— Czyli wiedział, że dojdzie do ślubu — powiedziałam.

— Najwyraźniej.

— Ale jeśli Krzysztof odzyskał świadomość, ten wniosek upada.

— Jeżeli zostanie to prawidłowo udokumentowane przez niezależnego lekarza.

Przypomniałam sobie wizytówkę neurolog.

Doktor Helena Marecka.

— A jeśli nie?

— Wtedy sąd może oprzeć się na dotychczasowej dokumentacji medycznej.

Antonina nagle zaklęła pod nosem.

— Ewa.

Spojrzałam na nią.

— Co z Ewą?

— Prowadzi większość dziennych zapisów stanu Krzysztofa.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

— Myśli pani, że Bartosz ma dostęp do dokumentacji?

— Nie wiem.

Krzysztof poruszył głową.

Tak.

Popatrzyłyśmy na niego.

— Wiesz, że ma?

Tak.

— Skąd?

Krzysztof zamknął oczy, jakby próbował zebrać siły.

— Ewa... nie.

— Nie Ewa?

Skinął głową.

— Ktoś inny?

Tak.

Antonina spojrzała na mnie.

— Lekarz prowadzący.

W tej samej chwili usłyszeliśmy szybkie kroki na korytarzu.

Ktoś szarpnął klamkę.

— Pani Antonino?

Ewa.

Antonina otworzyła drzwi.

Pielęgniarka była blada.

— Co się stało?

— Doktor Wolski przyjechał.

— Teraz?

— Bartosz go wezwał.

Spojrzałam na Krzysztofa.

Jego twarz wyraźnie się napięła.

— Dlaczego?

Ewa zawahała się.

— Powiedział, że pan Krzysztof miał epizod pobudzenia i trzeba podać leki.

— Jakie leki?

— Uspokajające.

Krzysztof zacisnął palce na prześcieradle.

Antonina od razu powiedziała:

— Nikt niczego mu nie poda.

Ale Ewa wyglądała na przestraszoną.

— Doktor Wolski jest lekarzem prowadzącym. Ma podpisane upoważnienia.

— Przez kogo?

— Przez Bartosza. Jako osobę uprawnioną do kontaktu medycznego.

Wtedy wszystko ruszyło bardzo szybko.

Na końcu korytarza pojawił się mężczyzna w ciemnym garniturze z lekarską torbą.

Za nim szedł Bartosz.

— Jak dobrze, że wszyscy jesteśmy — powiedział.

Krzysztof patrzył na niego bez mrugnięcia.

Bartosz zatrzymał się w progu.

— Doktorze, mój kuzyn chyba się nadmiernie pobudził.

— Nie dotknie go pan — powiedziałam.

Lekarz spojrzał na mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— Pani jest?

— Jego żoną.

To słowo po raz pierwszy nie zabrzmiało jak wyrok.

Zabrzmiało jak narzędzie.

Lekarz otworzył torbę.

— W tej chwili liczy się stan pacjenta.

— Świetnie. Więc zanim pan cokolwiek poda, proszę odpowiedzieć, czy zamierza pan wpisać do dokumentacji, że Krzysztof odzyskał świadomość.

Doktor Wolski zamarł.

Bartosz przestał się uśmiechać.

I właśnie wtedy wiedziałam, że trafiliśmy w punkt.

No comments yet