Rozrywka

Ojciec Wydał Mnie Za Miliardera W Śpiączce — A Gdy Usłyszał Mój Głos, Otworzył Oczy I Ostrzegł Mnie Przed Własną Rodziną

Doktor Wolski spojrzał najpierw na mnie, potem na Krzysztofa.

— Odzyskanie reakcji nie musi oznaczać odzyskania pełnej świadomości — powiedział chłodno.

— Nie o to zapytałam.

Bartosz westchnął teatralnie.

— Magda, nie komplikuj sytuacji, której nie rozumiesz.

Odwróciłam się do niego.

— Zabawne. Od rana wszyscy mówią mi, czego nie rozumiem. A jednak za każdym razem, kiedy zadaję właściwe pytanie, ktoś zaczyna się denerwować.

Jego szczęka drgnęła.

Doktor Wolski podszedł do łóżka.

— Panie Krzysztofie, jeśli mnie pan słyszy, proszę mrugnąć dwa razy.


Krzysztof patrzył na niego nieruchomo.

Nic.

Wolski odczekał chwilę.

— Jak państwo widzą...

— Krzysztof — powiedziałam.

Jego spojrzenie natychmiast przesunęło się na mnie.

— Czy mnie słyszysz?

Dwa mrugnięcia.

W pokoju zapadła cisza.

Ewa powoli wypuściła powietrze.


Wolski znieruchomiał.

— Proszę nie sugerować pacjentowi odpowiedzi.

— Dobrze.

Podeszłam bliżej łóżka.

— Krzysztof, czy ten człowiek nazywa się Bartosz?

Jedno mrugnięcie.

Nie.

Bartosz prychnął.

— Cyrk.

— Czy lekarz stojący obok mnie nazywa się Wolski?


Dwa mrugnięcia.

Tak.

— Czy chcesz, żeby podał ci leki uspokajające?

Jedno.

Nie.

Ewa spojrzała na Wolskiego.

— To jest celowa odpowiedź.

Lekarz zamknął torbę.

— Pacjent wymaga pełnej oceny neurologicznej.

— Przez niezależnego lekarza — powiedziałam.


Wolski spojrzał na mnie.

— Nie pani będzie decydować.

Wyciągnęłam telefon.

— W takim razie zadzwonimy do kancelarii pana Krzysztofa i zapytamy, kto zgodnie z jego dokumentami może decydować teraz, kiedy odzyskał zdolność komunikacji.

Bartosz ruszył w moją stronę.

— Nie waż się.

Antonina stanęła między nami.

— Jeszcze krok, a każę ochronie wyrzucić cię z tego domu.

— Ochronie? — zaśmiał się. — Babciu, naprawdę nadal myślisz, że to twój dom?

Te słowa zawisły w powietrzu.


Antonina pobladła.

Krzysztof napiął palce.

— Co to miało znaczyć? — zapytałam.

Bartosz natychmiast odzyskał kontrolę.

— Nic.

— Nie. To coś znaczyło.

— Powiedziałem tylko...

— Że Antonina może już nie kontrolować domu.

Nie odpowiedział.

I właśnie wtedy przypomniałam sobie słowa mamy.


Nie zaczynaj od Bartosza.

Zacznij od dnia, w którym twój ojciec stracił firmę.

Przez cały czas skupialiśmy się na tym, kto wyprowadzał pieniądze z Harringtonów.

Może powinniśmy byli spojrzeć na to, co działo się z aktywami, które miały pozostać nietykalne.

— Antonina — powiedziałam. — Kto formalnie jest właścicielem tej posiadłości?

Jej spojrzenie zmieniło się.

— Fundusz rodzinny.

— Nadal?

Milczała.

Bartosz uśmiechnął się.


To wystarczyło.

— Co zrobiłeś?

— Nic, czego rodzina nie zatwierdziła.

Antonina odwróciła się do niego.

— Kłamiesz.

— Sprawdź księgi.

Po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwy strach na jej twarzy.

Wzięłam telefon i otworzyłam publiczny rejestr ksiąg wieczystych.

Adres posiadłości znałam z dokumentów ślubnych.

Kilka minut później patrzyłam na ekran.


Właścicielem nie był fundusz Harringtonów.

Widniała tam spółka.

Vistula Advisory.

Ta sama nazwa.

— Niemożliwe — wyszeptała Antonina.

Bartosz wzruszył ramionami.

— Wszystko jest możliwe przy odpowiednich podpisach.

Poczułam ukłucie w żołądku.

— Czyich podpisach?

Nie odpowiedział.


Krzysztof poruszył ręką.

— Ojciec — wyszeptał.

Spojrzałam na niego.

— Mój ojciec?

Dwa mrugnięcia.

Tak.

Antonina zamknęła oczy.

— Andrzej był pełnomocnikiem księgowym kilku spółek.

Wszystko zaczynało się łączyć.

Fałszywe gwarancje.


Długi.

Przelewy.

Firma mojego ojca.

Vistula Advisory.

Ktoś nie tylko używał jego nazwiska.

Ktoś używał jego uprawnień.

— Bartosz potrzebował podpisów mojego ojca, żeby przenosić aktywa?

Antonina odpowiedziała cicho:

— Albo dokumentów wyglądających jak jego podpisy.

Spojrzałam na Bartosza.

— Dlatego go zniszczyliście finansowo.

— Nie używaj liczby mnogiej.

— Dlaczego? Bo chcesz, żebym uwierzyła, że robiłeś wszystko sam?

Jego uśmiech zbladł.

To był błąd.

Mały, ale ważny.

Krzysztof też go zauważył.

— Magda — powiedział cicho.

Odwróciłam się.

Mówienie nadal sprawiało mu trudność.

— Klucz.

Wyjęłam go z kieszeni.

317.

Krzysztof wskazał na telefon.

Zrozumiałam.

Zadzwoniłam do mecenasa Radwana.

Tym razem odebrał natychmiast.

— Pani Harrington?

— Potrzebuję informacji o skrytce 317.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Skąd pani ma ten numer?

— Od Elżbiety Nowak.

Usłyszałam gwałtowny wdech.

— Proszę natychmiast przyjechać do banku.

— Co znajduje się w środku?

— Nie mogę tego powiedzieć przez telefon.

— Czy może pan przynajmniej powiedzieć, dlaczego jest ważna?

Mecenas zawahał się.

— Bo miesiąc przed wypadkiem Krzysztof zdeponował tam dokument, którego brak uniemożliwił nam zakwestionowanie kilku transferów majątku.

Spojrzałam na Bartosza.

— Jaki dokument?

— Oryginalny rejestr pełnomocnictw i podpisów.

W pokoju nikt się nie poruszył.

— Czyli można sprawdzić, które podpisy mojego ojca były prawdziwe?

— Tak.

Bartosz odwrócił się do drzwi.

Antonina powiedziała:

— Zatrzymaj go.

Ewa zablokowała przejście.

— Zejdź mi z drogi.

— Nie.

Bartosz spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Naprawdę zamierzasz ryzykować pracę dla niej?

Ewa odpowiedziała spokojnie:

— Od dziewięciu miesięcy prowadzę zapisy, których doktor Wolski kazał mi nie wpisywać do głównej dokumentacji.

Wolski zbladł.

Odwróciłam się do niej.

— Jakie zapisy?

— Reakcje źrenic. Napięcie mięśni. Ruch palców. Zmiany tętna przy konkretnych głosach.

Spojrzała na Krzysztofa.

— On reagował wcześniej.

Krew odpłynęła mi z twarzy.

— Jak wcześniej?

— Pierwszy raz prawie pięć miesięcy temu.

Antonina zacisnęła dłoń na oparciu krzesła.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś?

— Powiedziałam doktorowi Wolskiemu.

Wszyscy spojrzeliśmy na lekarza.

Milczał.

I wtedy zrozumiałam prawdziwy sens jego obecności.

Nie chodziło o leczenie człowieka, który się nie budził.

Chodziło o to, żeby nikt nie zauważył, że zaczynał się budzić.

— Podawał mu pan środki uspokajające wtedy, gdy pojawiały się reakcje? — zapytałam.

Wolski spojrzał na Bartosza.

Tylko na sekundę.

Ale wszyscy to zobaczyliśmy.

Bartosz zaklął.

— Idiota.

To jedno słowo było lepsze niż przyznanie się.

Telefon w mojej dłoni nadal był połączony z kancelarią.

Mecenas Radwan usłyszał wszystko.

— Pani Harrington — powiedział szybko. — Proszę niczego nie dotykać i nie pozwolić żadnej z tych osób opuścić domu. Zawiadamiam prokuraturę.

Bartosz spojrzał na telefon.

A potem na mnie.

Nie było już uśmiechu.

— Nie masz pojęcia, co właśnie zrobiłaś.

Ścisnęłam klucz.

— Pierwszy raz od dawna zrobiłam coś bez pytania kogokolwiek o pozwolenie.

Krzysztof patrzył na mnie.

I po raz pierwszy dostrzegłam w jego oczach coś więcej niż strach.

Zaufanie.

Bartosz jednak nagle się roześmiał.

Cicho.

Prawie z ulgą.

— Skrytka 317?

Zmarszczyłam brwi.

— Co?

— Naprawdę myślicie, że nadal tam jest?

Antonina zamarła.

Bartosz spojrzał na klucz w mojej dłoni.

— Twój ojciec otworzył ją dwa lata temu.

Serce przestało mi bić na ułamek sekundy.

— Kłamiesz.

— Zapytaj go.

Pochylił się lekko w moją stronę.

— A potem zapytaj, dlaczego po śmierci twojej matki zabrał z niej tylko jeden dokument.

Spojrzałam na Krzysztofa.

Jego twarz wyrażała autentyczny szok.

To nie było coś, o czym wiedział.

I właśnie dlatego uwierzyłam, że tym razem Bartosz powiedział prawdę.

No comments yet