— Nazywa się Roman Wysocki — powiedział mecenas Zieliński. — Formalnie jest doradcą finansowym. W praktyce jego nazwisko pojawia się przy kilku pożyczkach udzielonych firmie Pawła.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
Patrzyłam jednak na pięć połączeń Marka i czułam, że za każdym z tych numerów kryje się coś, czego mój mąż nie zdążył mi powiedzieć.
— Dlaczego Marek do niego dzwonił?
— Tego jeszcze nie wiemy.
Zieliński wyjął następny dokument.
Była to kopia umowy podpisanej trzy miesiące wcześniej.
Firma Pawła pożyczyła od spółki reprezentowanej przez Wysockiego kolejne dwieście czterdzieści tysięcy złotych.
Przeczytałam kwotę dwukrotnie.
— Przecież Marek dał mu sto sześćdziesiąt tysięcy.
— Właśnie dlatego zaczął coś podejrzewać.
Mecenas wskazał kilka zaznaczonych pozycji.
Pieniądze Marka miały uratować firmę przed zajęciem.
Zaledwie trzy tygodnie później Paweł zaciągnął nowy dług.
Znacznie większy.
A potem część pieniędzy zaczęła znikać w przelewach opisanych jako „usługi konsultingowe”.
— Marek odkrył to miesiąc przed śmiercią — powiedział Zieliński. — Poprosił mnie wtedy, żebym sprawdził dokumentację firmy pańskiego brata.
Poczułam ukłucie bólu.
— Dlaczego nic mi nie powiedział?
— Prawdopodobnie chciał najpierw wiedzieć, z czym ma do czynienia.
To było podobne do Marka.
Zawsze chronił mnie przed problemami, dopóki sam nie rozumiał ich wystarczająco dobrze.
Kiedyś uważałam to za jego największą zaletę.
Teraz oddałabym wszystko, żeby choć raz nie próbował mnie chronić.
Telefon Zielińskiego zawibrował.
Przeczytał wiadomość i jego twarz stężała.
— Policja przeszukała samochód pana brata.
— I?
— Znaleźli w bagażniku zestaw narzędzi samochodowych oraz rękawice z drobnymi śladami substancji technicznej.
Serce zaczęło mi walić.
— Jakiej substancji?
— Tego jeszcze nie potwierdzono.
Przycisnęłam dłonie do krawędzi stołu.
W mojej głowie pojawił się obraz Pawła klęczącego przy kole Marka.
Potem jego słowa:
„Nie wiedziałem, że Maja z nim pojedzie”.
Nie potrafiłam ich wyrzucić z pamięci.
— On coś zrobił z samochodem.
Zieliński nie zaprzeczył.
— Możliwe. Ale fotografia nie pokazuje dokładnie czego.
Następnego ranka pojechałam na komisariat.
Nie pozwolono mi rozmawiać z Pawłem.
Dowiedziałam się jedynie, że został przesłuchany i że jego wyjaśnienia są sprawdzane.
Kiedy wychodziłam, zadzwoniła mama.
Nie odebrałam.
Zadzwoniła ponownie.
Potem trzeci raz.
W końcu zobaczyłam wiadomość.
**Ewa, musimy porozmawiać. Paweł ma kłopoty przez ciebie.**
Przez kilka sekund patrzyłam na ekran.
Nie przez Marka.
Nie przez zdjęcie.
Nie przez to, że mój brat był przy samochodzie na kilka godzin przed śmiercią dwóch osób.
Przez mnie.
Dokładnie tak działała moja rodzina.
Kiedy Paweł popełniał błąd, ktoś musiał go ratować.
Kiedy kłamał, ktoś miał obowiązek mu wybaczyć.
Kiedy ja cierpiałam, należało poczekać, aż przestanę być problemem.
Tym razem nie odpowiedziałam.
Po południu spotkałam się z Zielińskim w jego kancelarii.
Na biurku leżało pudełko z rzeczami Marka.
— Policja pozwoliła przekazać rzeczy, które nie są dowodami — powiedział.
W środku znalazłam zegarek, portfel, obrączkę i mały skórzany notes.
Znałam go.
Marek często zapisywał w nim hasła, terminy spotkań i rzeczy, których nie chciał trzymać w telefonie.
Przekartkowałam kilka stron.
Większość była zwyczajna.
Numery faktur.
Daty.
Listy zakupów.
Aż zobaczyłam nazwisko.
**Wysocki.**
Pod nim Marek napisał:
**P. nie mówi prawdy. 160 tys. to tylko początek.**
Kilka stron dalej znalazłam kolejną notatkę.
**Sprawdzić warsztat — 11.08, 23:10.**
— Kiedy był wypadek? — zapytałam.
Zieliński spojrzał na kalendarz.
— Dwunastego sierpnia rano.
Zamarłam.
Notatka dotyczyła nocy poprzedzającej śmierć Marka i Mai.
— Jaki warsztat?
Nie wiedział.
Ale na dole strony znajdował się częściowo zapisany adres.
Pojechaliśmy tam razem.
Warsztat mieścił się na obrzeżach miasta, pomiędzy magazynami i zamkniętymi halami.
Starszy mężczyzna za ladą długo przyglądał się zdjęciu Marka.
W końcu skinął głową.
— Tak. Był tutaj.
— Kiedy?
— Wieczorem, dzień przed tym wypadkiem.
Poczułam, jak zaciska mi się gardło.
— Po co przyjechał?
Mechanik przetarł dłonie szmatką.
— Powiedział, że coś jest nie tak z samochodem. Ktoś wcześniej grzebał przy jednym z przewodów, ale nie zdążyłem dokładnie sprawdzić. Miał zostawić auto następnego dnia.
Spojrzałam na Zielińskiego.
— Wiedział.
Mechanik pokiwał głową.
— Wiedział, że ktoś coś ruszał.
— Dlaczego więc nim pojechał?
Mężczyzna zmarszczył brwi.
— Nie miał.
Serce na moment przestało mi bić.
— Co?
— Zostawił samochód tutaj.
Zapadła cisza.
— Jest pan pewien?
— Absolutnie.
Mechanik wskazał kamerę nad wejściem.
— Przyjechał, zostawił kluczyki i odjechał taksówką.
Świat wokół mnie jakby się przesunął.
— Ale następnego ranka zginął właśnie w tym samochodzie.
Mechanik spojrzał na mnie zdezorientowany.
Potem jego twarz powoli się zmieniła.
— W takim razie ktoś musiał zabrać go stąd w nocy.
Zieliński natychmiast zapytał o nagrania.
Mechanik podszedł do komputera.
Przewijał zapis przez kilka minut.
O 23:41 kamera pokazała ciemny parking.
Chwilę później na ekranie pojawiła się postać.
Kaptur zasłaniał większość twarzy.
Osoba otworzyła bramę kodem.
Podeszła prosto do samochodu Marka.
Nie szukała kluczy.
Dokładnie wiedziała, gdzie są.
A potem, gdy odwróciła się na moment w stronę kamery, zobaczyłam coś, czego nie dało się pomylić.
Na jej prawej dłoni błysnęła szeroka srebrna obrączka z czarnym kamieniem.
Taką samą nosił mój ojciec od ponad dwudziestu lat.
Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.







No comments yet