Anna wyrwała telefon z dłoni Michała i powiększyła zdjęcie. Nie interesowała jej Helena Harrison, Monika ani tajemnice sprzed trzydziestu lat. Patrzyła wyłącznie na zeszyt Jakuba. Granatowa okładka, krzywo przyklejona srebrna gwiazda, żółta rakieta narysowana flamastrem w prawym dolnym rogu. Nie było żadnej możliwości pomyłki.
— Jak ona go dostała?
Michał natychmiast zadzwonił do Marka.
— Sprawdź chłopców. Teraz.
Przez kilka sekund słyszeli tylko szybkie kroki.
— Są tutaj. Oboje. Nic im nie jest.
Anna zamknęła oczy.
— Zeszyt Jakuba?
— Już pytam.
Po chwili Marek wrócił.
— Jakub mówi, że zostawił go w mieszkaniu Anny.
Michał spojrzał na fotografię.
To zmieniało wszystko.
Helena musiała być w mieszkaniu.
— Kiedy wykonano nagranie? — zapytał.
— Dwadzieścia trzy minuty temu.
— Nie spuszczaj chłopców z oczu.
Michał rozłączył się i ruszył w stronę drzwi.
— Dokąd idziesz? — zapytała Anna.
— Do synów.
Tym razem słowo przyszło bez zawahania.
Anna usłyszała to. Robert również.
— Jadę z tobą — powiedziała.
Aleksander zamknął laptop.
— Wszyscy pojedziemy. Jeżeli Helena pokazuje wam zeszyt, nie robi tego przypadkiem.
— Skąd możesz wiedzieć, czego chce? — rzucił Michał.
Aleksander spojrzał na niego ciężko.
— Bo znałem ją, zanim ty się urodziłeś.
W samochodzie Anna siedziała obok Michała, a Robert i Aleksander z tyłu. Nikt nie mówił przez pierwsze kilka minut. Wreszcie Michał przerwał ciszę.
— Robert. To, co powiedziałeś o matce…
— Nie mam całej historii.
— Więc nie przedstawiaj jej jak faktu.
— Edward miał dokumenty.
— Edward przez cztery lata ukrywał przede mną moje dzieci. Wybacz, jeśli jego dokumentów nie traktuję już jak Ewangelii.
Aleksander odezwał się spokojnie:
— Elżbieta wiedziała, że grozi mi niebezpieczeństwo. Tyle mogę potwierdzić. Ale nie wierzę, że próbowała mnie zabić.
— Dlaczego?
Aleksander spojrzał przez okno.
— Bo dzień przed wypadkiem prosiła mnie, żebym uciekł.
Robert zesztywniał.
— Tego nie wiedziałem.
— Wielu rzeczy nie wiesz.
— A ty wiedziałeś, że Michał istnieje i przez prawie czterdzieści lat nie zrobiłeś niczego.
Słowa zawisły w samochodzie.
Aleksander nie próbował się bronić.
— Masz rację.
Michał spojrzał w lusterko.
— Dość. Dzisiaj interesują mnie tylko chłopcy.
Kiedy dotarli do bezpiecznego mieszkania, Anna wbiegła pierwsza. Jakub i Antoni siedzieli przy stole, jedząc płatki. Na widok matki obaj zerwali się z krzeseł.
Anna przytuliła ich tak mocno, że Antoni zaprotestował:
— Mamo, dusisz.
Zaśmiała się przez łzy.
Michał zatrzymał się kilka kroków dalej.
Jakub zauważył go.
— Pan wrócił.
— Wróciłem.
— Znalazł pan to, czego szukał?
Michał spojrzał na Annę.
— Chyba znalazłem coś ważniejszego.
Nie powiedzieli chłopcom prawdy. Jeszcze nie. Anna nalegała, żeby najpierw wykonali oficjalny test i przygotowali dzieci na zmianę, której nie będą rozumiały.
Michał zgodził się bez sprzeciwu.
To właśnie wtedy Jakub zapytał:
— A gdzie mój zeszyt?
— Został w domu — powiedziała Anna.
— Nie.
Chłopiec zmarszczył brwi.
— Dałem go tej pani.
Wszyscy dorośli zamilkli.
Anna uklękła.
— Jakiej pani?
— Tej, która przyszła do szkoły.
Michał poczuł chłód.
— Kiedy?
— Dzisiaj.
— Jak wyglądała?
Jakub zastanowił się.
— Miała białe włosy. Powiedziała, że zna dziadka Edwarda.
Helena.
— Dlaczego dałeś jej zeszyt? — zapytała Anna.
— Chciała zobaczyć moje rakiety. Potem oddała mi inny.
Chłopiec pobiegł do plecaka.
Wyciągnął identyczny granatowy zeszyt.
Anna otworzyła go.
Pierwsze strony były puste.
Na środku znajdowała się koperta.
Michał poczuł, że Robert staje za nim.
Na kopercie napisano:
„Dla Michała. Tym razem przeczytaj list sam.”
W środku była tylko jedna kartka.
„Jeżeli Aleksander powiedział ci, że Elżbieta próbowała go ostrzec, uwierz mu. Jeżeli Robert powiedział ci, że próbowała go zabić, zapytaj Roberta, kto zapłacił za sfałszowany raport policyjny.”
Robert pobladł.
Michał odwrócił się.
— Wiedziałeś?
— Nie.
— Przestań.
— Michał, przysięgam.
Aleksander wziął kartkę.
Na dole znajdował się adres i godzina.
Następny dzień, 10:00.
Stary dom Harrisonów pod Warszawą.
— Helena chce spotkania — powiedziała Anna.
Michał pokręcił głową.
— Nie pojedziemy według jej zasad.
Telefon Roberta zadzwonił.
Nieznany numer.
Odebrał.
— Słucham?
Kobiecy głos był spokojny.
— Robert, oddaj telefon Michałowi.
Robert zesztywniał.
Michał wziął aparat.
— Helena.
— Witaj, Michasiu.
To zdrobnienie sprawiło, że cofnął się o trzydzieści lat. Tak nazywała go, gdy opatrywała mu rozbite kolano, pomagała przy lekcjach i siedziała obok niego podczas pogrzebu matki.
— Trzymałaś moje dzieci z dala ode mnie.
— Nie.
— Mam listy.
— Masz część historii przygotowaną przez Edwarda.
— Monika pracowała dla ciebie.
— Tak.
Michał zacisnął szczękę.
— To ona zatrzymywała korespondencję Anny.
— Na początku na polecenie Edwarda.
— A potem?
Helena zamilkła.
— Potem na moje.
Anna pobladła.
— Dlaczego? — zapytał Michał.
— Ponieważ wiedziałam, że kiedy dowiesz się o synach, zaczniesz sprawdzać wszystko. Dokładnie tak jak teraz.
— To miało mnie powstrzymać?
— Miało dać mi czas.
— Na co?
— Żeby znaleźć dowód, którego Edward nie zdążył zniszczyć.
Michał spojrzał na Roberta.
— Jaki dowód?
— Oryginalny raport z wypadku Tomasza Wolskiego.
Aleksander podszedł bliżej telefonu.
— Masz go?
— Mam.
Po raz pierwszy twarz Aleksandra naprawdę straciła spokój.
— Kto spowodował wypadek?
Helena nie odpowiedziała.
— Helena!
— Nie Elżbieta.
Michał zamknął oczy.
Robert usiadł ciężko.
— Więc dlaczego dokumenty wskazywały na nią?
— Bo ktoś wykorzystał jej podpis.
— Kto?
— Jutro. Dziesiąta. Dom rodzinny.
— Powiedz teraz.
Głos Heleny stwardniał.
— Nie przez telefon. W Koronie nadal jest człowiek, który wie, że żyję. Dzisiejszy przelew był próbą wyczyszczenia pieniędzy, zanim Michał zacznie zadawać właściwe pytania.
— Kim jest Wspólnik? — zapytał Michał.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Edward używał tego określenia dla mnie, kiedy próbował ukryć własne działania. Ale nie ja jestem osobą, której powinieneś się bać.
— Więc kto?
— Człowiek, który jutro ma podpisać z tobą kontrakt wart trzy miliardy.
Michał znieruchomiał.
— Kontrakt został odwołany.
— Wiem. Dlatego właśnie jesteś teraz w niebezpieczeństwie.
Połączenie się urwało.
Michał natychmiast wyjął telefon i otworzył dokumentację niedoszłej transakcji. Projekt prowadziło konsorcjum kilku spółek, ale głównym inwestorem był człowiek, którego znał od piętnastu lat.
Wiktor Malinowski.
Przyjaciel Edwarda.
Mentor Michała po jego śmierci.
Człowiek, który jako pierwszy nazwał go Królem Betonu.
— To niemożliwe — wyszeptał.
Aleksander zobaczył nazwisko i pobladł.
— Znasz go? — zapytała Anna.
Aleksander nie odpowiedział.
Zamiast tego wyjął starą fotografię Elżbiety i swoją brakującą połowę. Połączył oba fragmenty, a następnie wskazał trzecią osobę stojącą w tle, dotąd prawie niewidoczną.
Młody mężczyzna patrzył prosto w obiektyw.
Wiktor Malinowski.
— To on był moim wspólnikiem — powiedział Aleksander. — I jedynym człowiekiem poza Elżbietą, który wiedział, którym samochodem miałem jechać tamtej nocy.
Michał poczuł, jak układa się kolejny element.
Wtedy jego telefon zawibrował.
Wiadomość od Wiktora.
„Słyszałem, że odwołałeś kontrakt. Szkoda. Edward poświęcił zbyt wiele, żebyś właśnie teraz wszystko zniszczył.”
Po sekundzie pojawiła się druga.
Było to zdjęcie wykonane tego samego wieczoru.
Przedstawiało Michała wychodzącego z magazynu 214.
A pod nim tylko sześć słów:
„Zapytaj Aleksandra, kto naprawdę jest twoim ojcem.”







No comments yet