Eleonora przeczytała wiadomość tylko raz.
— Jedziemy na Powązki.
— Nie.
Maksymilian powiedział to odruchowo, lecz gdy zobaczył jej twarz, wiedział już, że nie ma przed sobą kobiety, którą można zatrzymać argumentami.
— To może być pułapka.
— Zabrali moją córkę.
— Naszą córkę — poprawił cicho.
Eleonora spojrzała na niego tak ostro, że przez moment żałował tych słów.
— Na prawo do tego słowa będziesz musiał jeszcze zapracować. Teraz zawieź mnie do Zosi.
Maksymilian skinął kierowcy. Samochód zmienił trasę. Jednocześnie zadzwonił do szefa ochrony Krawczyk Global.
— Paweł, potrzebuję ludzi na Powązkach.
— Ilu?
— Wszystkich, których możesz mieć tam w dziesięć minut. Dyskretnie. Żadnych mundurów.
Eleonora natychmiast pokręciła głową.
— Wiadomość mówiła, żebyśmy przyjechali sami.
— A ty naprawdę zamierzasz zaufać osobie, która zabrała dziecko ze szpitala?
— Nie. Ale jeśli zobaczą ochronę, mogą zabrać Zosię gdzie indziej.
Maksymilian zawahał się.
— Paweł, zatrzymaj ludzi przy bramach. Nikt nie wchodzi bez mojego polecenia.
Rozłączył się.
Przez resztę drogi Eleonora milczała. Dopiero kiedy samochód zatrzymał się niedaleko starej części cmentarza, Maksymilian zauważył, że ściska w dłoni różową gumkę do włosów.
— Zosi? — zapytał.
— Znalazłam ją rano pod poduszką.
Schowała gumkę do kieszeni.
— Miała dziś wybierać tort na urodziny.
Maksymilian spojrzał na nią.
— Urodziny są za cztery miesiące.
— Wiem. Ale Zosia uważa, że tort należy wybierać z odpowiednim wyprzedzeniem.
Mimo wszystkiego kącik ust Eleonory drgnął.
Maksymilian poczuł ból większy niż wcześniej.
Nie znał takich rzeczy.
Nie wiedział, jaki smak lubi jego córka, czego się boi, z czym zasypia, jakie bajki ogląda. Nie znał ani jednego z prawie tysiąca poranków jej życia.
— Jaki wybrała?
— Czekoladowy. Z truskawkami i kosmosem.
— Kosmosem?
— Chce być weterynarzem albo astronautką. Zależy od dnia.
To była pierwsza zwyczajna rozmowa o ich dziecku.
Trwała może dziesięć sekund.
Potem weszli między groby.
Kwatera 205 znajdowała się w starszej części cmentarza. Deszcz osłabł, ale z drzew nadal spadały ciężkie krople. Maksymilian prowadził bez mapy.
Pamiętał drogę.
Po chwili zatrzymał się przed niewielkim grobem z jasnego kamienia.
ANTONINA KRAWCZYK
1993–1998
Eleonora spojrzała na niego.
— To tutaj ją pochowano?
— Tak.
— Byłeś na pogrzebie?
Maksymilian długo patrzył na nazwisko siostry.
— Stałem obok matki. Trumny nie otwarto.
Eleonora powoli uniosła wzrok.
— Widziałeś Antoninę po śmierci?
Nie odpowiedział.
Bo dopiero teraz zrozumiał, że nie.
Nigdy.
Za ich plecami zaszeleściły liście.
Eleonora odwróciła się gwałtownie.
Między drzewami stała kobieta.
Miała ciemny płaszcz i kaptur. W dłoni trzymała małą różową czapkę Zosi.
— Gdzie ona jest? — zapytała Eleonora.
Kobieta zdjęła kaptur.
Maksymilian przestał oddychać.
Miała około trzydziestu kilku lat. Jasną cerę, ciemne włosy i szare oczy.
Jego oczy.
Na szyi srebrny medalion.
— Cześć, Maks — powiedziała.
Głos był dorosły.
Ale sposób, w jaki wypowiedziała jego imię...
Przez ułamek sekundy znów miał dziewięć lat.
— Antonina?
Kobieta zamknęła oczy.
— Teraz nazywam się Anna Wysocka.
Eleonora zrobiła krok w jej stronę.
— Gdzie jest Zosia?
— Bezpieczna.
— Chcę ją zobaczyć.
— Zobaczysz.
— Teraz.
Anna spojrzała na nią spokojnie.
— Rozumiem panią lepiej, niż pani myśli.
— Nie obchodzi mnie, co pani rozumie.
Eleonora ruszyła naprzód, lecz Maksymilian delikatnie złapał ją za ramię.
— Nie dotykaj mnie.
Puścił natychmiast.
— Antonina — powiedział. — Jeśli naprawdę nią jesteś, pokaż mi Zosię.
Anna wyjęła telefon. Na ekranie pojawił się obraz na żywo.
Zosia spała w niewielkim pokoju, przykryta żółtym kocem. Obok łóżka siedziała doktor Łuczak.
Eleonora prawie wyrwała telefon z dłoni Anny.
— Gdzie to jest?
— Niedaleko.
— Dlaczego ją zabraliście?
— Bo ktoś miał przyjechać do szpitala po jej próbkę. A później po nią.
— Ty przyjechałaś pierwsza.
— Tak.
— To nazywa się porwanie.
Anna przyjęła to bez protestu.
— Wiem.
Maksymilian patrzył na siostrę.
— Pochowaliśmy cię.
— Pochowaliście pustą trumnę.
— Dlaczego?
Anna spojrzała na własny nagrobek.
— Bo pięcioletnia Antonina Krawczyk miała coś, czego rodzina Krawczyków potrzebowała bardziej niż żywego dziecka.
Eleonora zesztywniała.
— Tę samą „cechę”, której szukali u Zosi?
Anna spojrzała na nią z zaskoczeniem.
— Znaleźliście sejf siedemnaście.
— Co to za cecha?
— Rzadka mutacja genetyczna. W rodzinie pojawia się niemal wyłącznie u dziewczynek. Sama w sobie nie jest chorobą.
— Więc dlaczego Zosia choruje?
— Tego jeszcze nie wiemy. Jej obecne objawy mogą nie mieć z nią nic wspólnego.
Eleonora wypuściła powietrze, lecz tylko na moment.
— Po co więc ktoś jej szuka?
Anna spojrzała na Maksymiliana.
— Program Dziedziczenia nie powstał po to, żeby leczyć dzieci. Powstał, żeby identyfikować nosicielki.
— Dlaczego?
— Tego właśnie Małgorzata próbowała się dowiedzieć.
Maksymilian zaśmiał się gorzko.
— Chcesz mi powiedzieć, że matka była niewinna?
— Nie.
Odpowiedź Anny przyszła natychmiast.
— Zrobiła Eleonorze rzeczy, których nic nie usprawiedliwia. Kłamała. Groziła jej. Ukryła ci Zosię. Ale nie dlatego, że nie chciała wnuczki.
Anna zrobiła krok bliżej.
— Bała się, że jeśli oficjalnie uznasz Zosię za córkę, program natychmiast ją przejmie.
— Kto kontrolował program?
Anna spojrzała na niego.
— Twój ojciec.
Maksymilian pobladł.
— Ojciec nie żyje od siedemnastu lat.
— Tak samo jak ja, prawda?
Zapadła cisza.
Eleonora pierwsza zrozumiała znaczenie tych słów.
— On żyje?
Anna nie odpowiedziała wprost.
Wyjęła z kieszeni niewielki klucz.
— Małgorzata wyciągnęła mnie z programu i sfingowała moją śmierć. Przez dwadzieścia osiem lat ukrywała mnie pod innym nazwiskiem. Dopóki sama nie umarła, nie wiedziałam nawet, że ty nadal wierzysz w mój grób.
Maksymilian patrzył na nią jak na obcą osobę, której twarz składała się z fragmentów jego dzieciństwa.
— Dlaczego nie przyszłaś do mnie po jej śmierci?
Na twarzy Anny pojawił się ból.
— Bo dostałam ostatnią instrukcję Małgorzaty. Miałam się ujawnić tylko wtedy, gdy pojawi się kolejna dziewczynka z cechą.
Spojrzała na Eleonorę.
— Zosia.
Eleonora ścisnęła różową czapkę córki.
— Zabierz mnie do niej.
— Dobrze.
Anna ruszyła, lecz po dwóch krokach zatrzymała się.
— Jest jeszcze coś, co musicie wiedzieć przed badaniem.
Maksymilian spojrzał na nią.
— Co?
Anna przez chwilę walczyła sama ze sobą.
— Próbka pobrana Zosi, kiedy miała dziewięć miesięcy, nie została użyta tylko do badania mutacji.
Eleonora pobladła.
— Do czego jeszcze?
— Zrobiono pełne badanie pokrewieństwa.
Maksymilian znieruchomiał.
— Przecież jestem jej ojcem.
Anna spojrzała mu prosto w oczy.
— Wynik potwierdził, że Zosia jest twoją biologiczną córką.
Eleonora zmarszczyła brwi.
— Więc w czym problem?
Anna odwróciła wzrok.
— System znalazł jeszcze jedno zgodne pokrewieństwo.
— Z kim?
Anna spojrzała na własny grób.
— Z mężczyzną, którego DNA według oficjalnych dokumentów nie powinno istnieć w żadnej współczesnej bazie.
Wyjęła z kieszeni złożoną kartkę i podała ją Maksymilianowi.
Na górze znajdował się wynik analizy.
Niżej jedno nazwisko.
ALEKSANDER KRAWCZYK — zgodność: dziadek biologiczny.
Maksymilian wpatrywał się w imię ojca.
Pod wynikiem widniała data pobrania jego próbki.
Nie sprzed siedemnastu lat.
Sprzed sześciu miesięcy.







No comments yet