Przeczytałam nazwisko Julii trzy razy. Za każdym razem wyglądało tak samo. Wnioskodawca: Julia Kaczmarek. Data: cztery dni po pogrzebie babci Heleny. Pamiętałam tamten dzień niemal co do godziny. Byłam wtedy w Warszawie na konferencji służbowej. Mama zadzwoniła wieczorem i powiedziała, że nie muszę wracać do Krakowa, bo formalności spadkowe są już załatwione. Powiedziała nawet, żebym nie zaprzątała sobie nimi głowy.
— Miałam wtedy dwadzieścia siedem lat — powiedziałam. — Julia dwadzieścia cztery. Jak mogła składać dokumenty dotyczące nieruchomości należącej do mnie?
Michał przybliżył ekran.
— Na podstawie pełnomocnictwa.
Poczułam mdłości.
— Kolejnego?
Dziadek wziął laptop i przeczytał numer aktu notarialnego.
— Tego dokumentu nie mam.
— Ale możemy go zdobyć?
— Jeśli jesteś właścicielką nieruchomości, tak.
Telefon Michała zawibrował. Spojrzał na ekran, ale nie odebrał.
— Kto?
— Twoja mama.
Zmarszczyłam brwi.
— Skąd ma twój numer?
— Ma go od wesela.
Oczywiście.
Tym razem przyszła wiadomość.
Michał przeczytał ją i podał mi telefon.
Proszę, przekonaj Emilię, żeby niczego nie zgłaszała. Wszystko jej wyjaśnimy. Jeśli pójdzie na policję, zniszczy własną rodzinę.
Poczułam coś dziwnego. Jeszcze wczoraj takie zdanie wywołałoby we mnie poczucie winy. Teraz widziałam w nim wyłącznie próbę kontroli.
— Jedziemy do prawnika.
Dziadek natychmiast pokręcił głową.
— Nie do przypadkowego. Znam kogoś.
Godzinę później siedzieliśmy w kancelarii mecenas Anny Rogowskiej w centrum Tarnowa. Miała około pięćdziesięciu lat, mówiła spokojnie i ani razu nie przerwała, kiedy opowiadałam jej o przelewach, pełnomocnictwach, domu babci i wiadomości od nieznanego numeru.
Dopiero gdy skończyłam, zdjęła okulary.
— Muszę pani zadać jedno pytanie. Czy kiedykolwiek podpisywała pani dokumenty in blanco dla któregoś z rodziców?
— Nigdy.
— Czy przekazywała pani kopię dowodu?
Zawahałam się.
I wtedy przypomniałam sobie.
— Tak.
Michał spojrzał na mnie.
— Kiedy?
— Pięć lat temu. Po śmierci babci. Mama powiedziała, że potrzebuje kopii do formalności spadkowych.
Mecenas Rogowska zapisała coś.
— To może tłumaczyć, skąd mieli dane. Nie tłumaczy podpisów ani potwierdzeń notarialnych.
— Co teraz?
— Najpierw zabezpieczamy wszystko. Bank, księgi wieczyste, dokumentację notarialną, historię rachunków. Potem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
— Jakiego?
Spojrzała na mnie poważnie.
— Prawdopodobnie nie jednego.
Zapadła cisza.
— Jest jeszcze coś — powiedziała. — Jeśli nieruchomość rzeczywiście należała do pani od chwili śmierci babci, musimy ustalić, dlaczego pani o tym nie wiedziała.
— Mama powiedziała, że dom sprzedano.
— Nie sprzedano.
— Więc dlaczego dostałam go ja?
Dziadek opuścił wzrok.
To wystarczyło.
— Wiedziałeś?
— Wiedziałem, że Helena chciała ci coś zostawić.
— Co dokładnie?
— Nie znałem testamentu.
Mecenas Rogowska spojrzała na niego.
— A kto go znał?
Dziadek odpowiedział po chwili.
— Marek.
Mój ojciec.
Prawniczka wykonała kilka telefonów. Po niespełna godzinie otrzymała elektroniczne kopie części dokumentacji. Kiedy otworzyła pierwszy akt, jej twarz pozostała spokojna. Przy drugim zmarszczyła brwi. Przy trzecim poprosiła, żebyśmy podeszli do biurka.
— To ciekawe.
Na ekranie znajdowało się pełnomocnictwo datowane pięć lat wcześniej.
Rzekomo udzieliłam Julii prawa do reprezentowania mnie w sprawach związanych z nieruchomością.
Podpis był fałszywy.
Pieczęć notarialna należała do Tomasza Wrony.
Znowu on.
— Czy wszystkie dokumenty potwierdzał ten sam notariusz? — zapytałam.
— Te, które widzimy, tak.
Michał skrzyżował ręce.
— Czyli znaleźli człowieka, który przez lata legalizował fałszywe podpisy?
Mecenas nie odpowiedziała od razu.
— Możliwe. Ale jest problem.
Obróciła monitor.
— Według dokumentacji pani była osobiście obecna przy podpisywaniu pierwszego pełnomocnictwa.
— Nie byłam.
— W aktach znajduje się kopia pani dowodu oraz zapis, że notariusz zweryfikował pani tożsamość.
— Więc kłamie.
— Być może. Albo ktoś pojawił się tam zamiast pani.
Poczułam chłód.
— Kto?
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
Telefon zadzwonił.
Nieznany numer.
Ten sam, który wysłał zdjęcia.
Odebrałam natychmiast.
— Halo?
Przez kilka sekund słyszałam tylko oddech.
Potem kobiecy głos.
— Emilia?
Znałam ten głos.
Nie potrafiłam jednak od razu przypomnieć sobie skąd.
— Kim jesteś?
— Nie mogę długo rozmawiać.
— To ty wysłałaś zdjęcia?
— Tak.
— Skąd je masz?
— Pracowałam u Wrony.
Mecenas Rogowska natychmiast wyprostowała się.
Włączyłam głośnik.
— Jak się nazywasz?
— Karolina Maj.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
— Dlaczego dopiero teraz?
— Bo wczoraj zobaczyłam zdjęcia z zaręczyn Julii i Bartosza. Zrozumiałam, że oni nadal to robią.
— Co robią?
Kobieta po drugiej stronie zaczęła mówić szybciej.
— Julia przychodziła do kancelarii wiele razy. Z twoimi dokumentami. Z matką. Czasem z ojcem. Wrona kazał mi przygotowywać akta tak, jakbyś była obecna.
Zrobiło mi się słabo.
— Widziałaś, jak podrabiali mój podpis?
— Nie zawsze. Ale raz widziałam coś gorszego.
— Co?
Karolina zamilkła.
— Pięć lat temu przyprowadzili kobietę.
W pokoju zrobiło się całkowicie cicho.
— Jaką kobietę?
— Podobną do ciebie. Miała twoje włosy, podobną sylwetkę. Dostałam polecenie, żeby nie sprawdzać jej dokumentu, bo Wrona „już ją zna”.
Ścisnęłam telefon.
— Kto to był?
— Nie znałam wtedy jej nazwiska. Dowiedziałam się później.
Usłyszeliśmy jakiś dźwięk po drugiej stronie. Karolina gwałtownie urwała.
— Muszę kończyć.
— Zaczekaj. Kto udawał mnie w kancelarii?
— Emilia, znajdź testament Heleny. Wszystko zaczęło się od testamentu.
— Karolina!
— I nie ufaj nikomu, kto mówi, że chodziło tylko o długi twojego ojca.
— Powiedz mi nazwisko tej kobiety.
Przez sekundę słyszałam wyłącznie jej oddech.
Potem odpowiedziała.
— Nazywa się Monika Zielińska.
Michał zmarszczył brwi.
Ja również.
Zielińska.
— Ma coś wspólnego z Bartoszem?
Karolina zdążyła wypowiedzieć tylko trzy słowa.
— To jego siostra.
Połączenie zostało przerwane.







No comments yet