Monika nie usiadła. Stała przy drzwiach, jakby w każdej chwili mogła uciec, a jej palce zaciskały się na pasku torebki tak mocno, że pobielały jej knykcie. Patrzyłam na nią i miałam wrażenie, że spoglądam na zniekształcone odbicie samej siebie. Teraz, kiedy wiedziałam, czego szukać, rozumiałam, dlaczego mogła mnie udawać. Podobny wzrost. Ciemne włosy. Zbliżony kształt twarzy. Pięć lat wcześniej, przy odpowiednim makijażu i kimś takim jak Wrona po drugiej stronie biurka, wystarczyło.
— Komu nadal ufam? — zapytałam.
Monika spojrzała na Michała.
Poczułam, jak jego dłoń natychmiast odsuwa się od mojego ramienia.
— Nie patrz na niego — powiedziała. — Nie chodzi o twojego męża.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wstrzymałam oddech.
— Więc o kogo?
— Andrzej Pawlik.
Księgowy.
Przez moment nie odpowiedziałam.
To Andrzej zadzwonił do mnie w noc ślubu. To on powiedział mi o brakujących pieniądzach. To on pierwszy potwierdził, że pełnomocnictwo istniało.
— To niemożliwe.
— Właśnie na tym polegał cały plan — odpowiedziała Monika. — Miał być osobą, do której zwrócisz się, jeśli kiedykolwiek zaczniesz coś podejrzewać.
Mecenas Rogowska wskazała krzesło.
— Proszę usiąść i zacząć od początku.
Monika w końcu usiadła.
— Pięć lat temu Bartosz miał ogromne długi. Nie przez gabinet. Inwestował z niewłaściwymi ludźmi. Poznał Marka, ojca Emilii. Marek też potrzebował pieniędzy. Potem pojawiła się Krystyna.
Moja matka.
— Skąd ją znałaś?
— Bartosz mnie przedstawił. Powiedzieli, że potrzebują kogoś podobnego do Emilii do jednej czynności notarialnej. Miałam tylko wejść, podpisać dokument i wyjść.
— I zgodziłaś się?
Monika spuściła wzrok.
— Miałam dwadzieścia sześć lat. Długi. Bartosz obiecał mi piętnaście tysięcy. Powiedział, że to tylko rodzinne obejście formalności i że Emilia o wszystkim wie.
— Udawałaś mnie więcej niż raz.
— Tak.
Nie próbowała się bronić.
— Kiedy zrozumiałaś, że nie wiem?
— Przy trzecim spotkaniu. Wrona powiedział coś o tym, że „prawdziwa Emilia nigdy nie może zobaczyć tych papierów”.
W gardle poczułam gorzki ucisk.
— I nadal to robiłaś.
— Jeszcze dwa razy.
Michał odezwał się pierwszy.
— Dlaczego teraz przyszłaś?
Monika wyjęła telefon.
— Bo Andrzej wczoraj do mnie zadzwonił.
Wszyscy spojrzeliśmy na nią.
— O której?
— Po dwudziestej trzeciej.
Mniej więcej wtedy, kiedy sam rozmawiał ze mną.
— Co powiedział?
— Że Emilia odcięła przelewy i zaczyna zadawać pytania. Kazał mi wyjechać z Krakowa na kilka dni.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
Monika gorzko się uśmiechnęła.
— Bo potem zadzwoniła Karolina. Powiedziała, że skontaktowała się z tobą. Zrozumiałam, że jeśli teraz ucieknę, będę wyglądać jak osoba odpowiedzialna za wszystko.
Mecenas Rogowska pochyliła się.
— Ma pani dowody na udział Andrzeja Pawlika?
Monika wyciągnęła z torebki niewielki pendrive.
— Mam więcej niż dowody.
Położyła go na biurku.
— Mam kopie dokumentów, które kazał zniszczyć Wronie.
Mecenas nie podłączyła pendrive'a do swojego komputera. Poprosiła asystenta o przygotowanie osobnego urządzenia bez dostępu do sieci. Kilka minut później zobaczyliśmy dziesiątki folderów. Skany aktów. E-maile. Potwierdzenia przelewów. Zdjęcia dokumentów.
I arkusz zatytułowany „E.K. PLAN”.
Miał pięć lat.
W pierwszej kolumnie znajdowały się daty.
W drugiej aktywa należące do mnie.
Dom Heleny.
Udziały H.K. Nieruchomości.
Rachunek inwestycyjny.
Później kolejne pozycje.
Przy każdej widniał status.
„Przejęte”.
„Zabezpieczone”.
„W trakcie”.
Przy ostatniej pozycji nie było statusu.
Była tylko data.
Dzisiejsza.
— Co miało wydarzyć się dzisiaj? — zapytałam.
Monika pokręciła głową.
— Nie wiem.
Michał wskazał nazwę ostatniej pozycji.
„Polisa H.K. — beneficjent”.
Dziadek gwałtownie wstał.
— Polisa?
Spojrzałam na niego.
— Wiesz, co to jest?
— Helena miała polisę na życie.
— Mama powiedziała, że nic z niej nie zostało.
— Bo świadczenie nie miało trafić do Krystyny.
Mecenas Rogowska zaczęła przeglądać pliki. Znalazła skan polisy.
Suma ubezpieczenia: 1 500 000 złotych.
Beneficjent: Emilia Kaczmarek.
— Babcia zostawiła mi półtora miliona?
— Tak — powiedział dziadek. — Miały zabezpieczyć twoją przyszłość.
— Nigdy ich nie dostałam.
Monika wskazała kolejny dokument.
— Według tego dostałaś.
Na ekranie widniało potwierdzenie wypłaty sprzed pięciu lat.
Pieniądze zostały przelane na rachunek założony na moje nazwisko.
Ten sam rachunek, z którego później wykonywano przelewy do spółki Bartosza.
— Andrzej prowadził rozliczenia tego rachunku — powiedziała Monika. — To on przygotował większość przepływów tak, żeby wyglądały jak twoje własne decyzje.
Telefon mecenas Rogowskiej zadzwonił.
Spojrzała na numer.
— To bank.
Odebrała, przedstawiła się i przez chwilę słuchała.
Jej twarz stopniowo się zmieniała.
— Proszę zablokować wszystkie dyspozycje do czasu osobistej weryfikacji klientki — powiedziała. — Tak, klientka siedzi właśnie przede mną.
Rozłączyła się.
— Co się stało?
— Ktoś dwadzieścia minut temu próbował zamknąć rachunek inwestycyjny.
— Kto?
— Dyspozycja została złożona przez pełnomocnika.
— Mamę?
Pokręciła głową.
— Andrzeja Pawlika.
Wstałam.
— Przecież powiedział, że pełnomocnictwo miała mama.
— Najwyraźniej nie powiedział pani wszystkiego.
Wtedy zadzwonił mój telefon.
Andrzej.
Patrzyłam na jego nazwisko kilka sekund, po czym odebrałam i włączyłam głośnik.
— Emilia — powiedział spokojnie. — Musimy się spotkać.
— Dlaczego próbowałeś zamknąć mój rachunek?
Cisza trwała zaledwie sekundę.
— Kto ci to powiedział?
— Bank.
Jego oddech się zmienił.
— Gdzie jesteś?
— To nie ma znaczenia.
— Ma ogromne znaczenie. Posłuchaj mnie. Twoja rodzina wykorzystała cię, ale nie rozumiesz jeszcze, dlaczego.
— Ty też mnie wykorzystałeś?
— Próbowałem utrzymać wszystko pod kontrolą.
— Kradnąc moje pieniądze?
— To nie były tylko twoje pieniądze.
Spojrzałam na dziadka.
— Co to znaczy?
Andrzej milczał.
— Co to znaczy, że nie były tylko moje?
— Zapytaj Stanisława, skąd naprawdę pochodził majątek Heleny.
Dziadek zesztywniał.
— Nie słuchaj go — powiedział.
Andrzej usłyszał.
Zaśmiał się cicho.
— Czyli jest z tobą.
— Andrzej…
— Twój dziadek przez pięć lat pozwalał ci wierzyć, że jesteś jedyną ofiarą.
Spojrzałam na Stanisława.
Jego twarz była szara.
— Dziadku?
Nie odpowiedział.
— Powiedz jej — odezwał się Andrzej przez telefon. — Powiedz Emilii, dlaczego Helena zapisała wszystko właśnie jej.
— Rozłącz się — powiedział dziadek.
— Albo ja jej powiem.
— Dziadku, o czym on mówi?
Stanisław zamknął oczy.
Po raz pierwszy odkąd przyjechałam, wyglądał nie jak człowiek próbujący mnie chronić, lecz jak ktoś, kto sam przez lata ukrywał prawdę.
— Helena nie kupiła tych nieruchomości — powiedział w końcu.
— Więc skąd je miała?
Spojrzał na mnie.
— Dostała je od człowieka, którego nazwiska twoja matka zabroniła nam kiedykolwiek przy tobie wypowiadać.
Zamarłam.
Andrzej nadal był na linii.
— Powiedz jej resztę, Stanisław.
Dziadek zacisnął dłonie.
— Ten człowiek nie był inwestorem ani wspólnikiem Heleny.
Jego głos drżał.
— Był twoim biologicznym ojcem.







No comments yet