Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Za drzwiami doktor Marcin Wysocki milczał, jakby również wyczuł, że coś się zmieniło.
Damian spojrzał na Wiktora.
— Zabierz dziewczynkę stąd.
Natychmiast przyciągnęłam Lilkę do siebie.
— Nie.
Damian uniósł wzrok.
— To nie była prośba.
— A ona nie jest jednym z pańskich ludzi.
W jego oczach pojawił się cień gniewu, ale tym razem nie ustąpiłam.
— Jeśli zna doktora Wysockiego ze szpitala, chcę wiedzieć dlaczego. I nie pozwolę jej zniknąć mi z oczu.
Wiktor spojrzał na Damiana.
Po krótkiej chwili Damian skinął głową.
— Zostańcie za parawanem.
Przy ścianie stał ciężki drewniany parawan obity ciemnozielonym materiałem. Ukryłam się za nim z Lilką, a Wiktor schował kopertę i dokumenty do swojej walizki.
Damian położył się głębiej na poduszkach.
Białe tabletki pozostały na tacy.
— Otwórzcie — powiedział.
Zamek szczęknął.
Doktor Wysocki wszedł do pokoju z niewielką skórzaną torbą w dłoni.
Miał około pięćdziesięciu lat, starannie przystrzyżoną siwiejącą brodę i ten spokojny sposób poruszania się, który od razu kojarzył się ze szpitalnym korytarzem.
Lilka ścisnęła moją rękę tak mocno, że zabolało.
Nie miałam już żadnych wątpliwości.
Znała go.
— Dlaczego wróciłeś? — zapytał Damian.
— Pański puls rano mnie zaniepokoił.
— Powiedziałeś, że serce jest stabilne.
Wysocki zawahał się ledwie zauważalnie.
— Stabilne nie oznacza bezpieczne.
Podszedł do tacy.
Jego wzrok zatrzymał się na białych tabletkach.
Nie zostały połknięte.
Pierwszy raz jego twarz straciła profesjonalny spokój.
— Nie wziął pan leków?
— Zapomniałem.
— Damian, przy pańskim stanie nie może pan zapominać.
— Więc podaj mi je teraz.
Doktor wyciągnął rękę po szklankę.
Wiktor przesunął się o krok.
— Najpierw chcemy wiedzieć, co dokładnie mu pan daje.
Wysocki spojrzał na niego.
— Od kiedy interesują cię szczegóły farmakologii?
— Od dzisiaj.
Doktor położył szklankę.
— To leki regulujące pracę serca.
Damian odezwał się spokojnie.
— Jak nazywa się choroba?
Zapadła cisza.
Wysocki odwrócił się do niego powoli.
— Rozmawialiśmy już o tym.
— Więc powtórz.
Przez moment lekarz wyglądał, jakby kalkulował każdą możliwą odpowiedź.
— Arytmia po zatruciu mogła uszkodzić mięsień sercowy.
— Nie pytałem o zatrucie.
Wiktor otworzył czarną walizkę.
Wyjął buteleczkę z identycznymi białymi tabletkami i postawił ją na stole.
Wysocki pobladł.
Damian zauważył to natychmiast.
— Wiesz, skąd ją mamy?
Doktor cofnął się o pół kroku.
— Damian, nie rozumiesz sytuacji.
— To mi ją wyjaśnij.
Wysocki spojrzał w stronę drzwi.
Dwóch ochroniarzy stało już po obu stronach.
Nie miał dokąd iść.
— Choroba była w pańskiej rodzinie od pokoleń — powiedział wreszcie. — Pański ojciec miał ją. Jego brat również.
Damian znieruchomiał.
— Mój ojciec zginął w wypadku.
Doktor opuścił wzrok.
— Tak panu powiedziano.
W pokoju zrobiło się lodowato.
Wiktor zacisnął szczękę.
— A dziecko?
Wysocki podniósł głowę.
— Jakie dziecko?
Damian wbił w niego spojrzenie.
— Dziewczynka urodzona cztery lata temu.
Wysocki przestał oddychać.
To wystarczyło.
Damian wstał zbyt gwałtownie.
Ból natychmiast przeszył jego twarz, ale utrzymał się na nogach.
— Powiedziałeś mi, że umarła.
— Damian…
— Powiedziałeś, że moje dziecko nie przeżyło nocy.
Wysocki zamknął oczy.
— Nie znałem wtedy całej prawdy.
Za parawanem Lilka obserwowała mnie uważnie.
Nie rozumiała słów, ale czuła napięcie.
Pokazałam jej, żeby była cicho.
— Co wiedziałeś? — zapytał Damian.
— Wiedziałem, że dziecko zabrano ze szpitala wcześniej, niż powinno.
— Kto je zabrał?
— Nie wiem.
Damian zrobił krok w jego stronę.
— Zła odpowiedź.
— Naprawdę nie wiem.
Wysocki mówił szybciej.
— Dokumenty zostały zmienione. Kiedy zorientowałem się, że część akt zniknęła, było już za późno.
Wiktor wskazał walizkę.
— Więc dlaczego kopia dokumentacji leżała w pańskim sejfie?
Wysocki zamarł.
— Przeszukaliście mój gabinet?
— Odpowiedz.
Lekarz długo milczał.
— Bo próbowałem ją odnaleźć.
Serce uderzyło mi mocniej.
Damian spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Przez cztery lata?
— Tak.
— I znalazłeś?
Wysocki nie odpowiedział.
Za moimi plecami Lilka nagle poruszyła się.
Materiałowy króliczek wypadł jej z ręki.
Upadł na podłogę.
Cichy dźwięk wystarczył.
Wysocki odwrócił głowę w stronę parawanu.
Jego twarz całkowicie straciła kolor.
Damian zauważył to.
— Wiesz, kto tam jest.
Nie było już sensu się ukrywać.
Wyszłam razem z Lilką.
Gdy doktor ją zobaczył, cofnął się aż do ściany.
— Boże…
Lilka patrzyła na niego bez strachu.
Potem zaczęła migać.
Pokazała znak oznaczający szpital.
Następnie lekarza.
A później sen.
Spojrzałam na Wysockiego.
— Ona mówi, że widziała pana wtedy, kiedy spała w szpitalu.
Lekarz zacisnął usta.
Przypomniałam sobie coś.
Sześć miesięcy wcześniej Lilka spędziła noc na obserwacji po badaniach związanych z aparatem słuchowym. Kiedy rano po nią przyszłam, pielęgniarka powiedziała tylko, że w nocy konsultował ją dodatkowy lekarz.
Nigdy nie podała nazwiska.
— Był pan przy jej łóżku — powiedziałam.
Wysocki wyglądał, jakby nagle postarzał się o dziesięć lat.
— Musiałem się upewnić.
— Czego?
Spojrzał na Damiana.
— Że to ona.
Damian podszedł bliżej.
— I?
Wysocki przełknął ślinę.
— Zleciłem jedno badanie bez wpisywania go do systemu.
— Jakie badanie?
— Genetyczne.
Poczułam, jak miękną mi kolana.
Damian nawet nie mrugnął.
— Masz wynik?
Doktor spojrzał na Lilkę.
— Tak.
Wiktor zrobił krok naprzód.
— Gdzie?
Wysocki milczał.
Damian pochylił się ku niemu.
— Marcin. Ostatnia szansa.
Doktor w końcu odpowiedział.
— Wyniku nie ma w moim gabinecie.
— Więc gdzie?
— Zostawiłem go komuś, komu ufałem.
— Komu?
Wysocki spojrzał na drzwi, a potem powiedział coś, czego nikt z nas się nie spodziewał.
— Człowiekowi, który cztery lata temu pomógł ukryć Lilkę przed rodziną Wołkowów.
W pokoju zapadła cisza.
Damian patrzył na niego bez ruchu.
— Kim on jest?
Wysocki otworzył usta.
W tej samej chwili z korytarza dobiegł huk.
Potem krzyk ochroniarza.
I pojedynczy wystrzał.
Wiktor natychmiast wyciągnął broń.
— Na ziemię!
Przycisnęłam Lilkę do siebie.
Drzwi do sypialni zatrzęsły się od silnego uderzenia.
Ktoś po drugiej stronie właśnie próbował dostać się do środka.
A doktor Wysocki wyszeptał:
— Znaleźli nas.
Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.







No comments yet