Znak Lilki przeciął powietrze między nami jak błyskawica.
Tata?
Damian patrzył na jej małe palce, jakby nagle zapomniał, jak się oddycha.
Nie odpowiedział.
Nie dlatego, że nie chciał.
Po prostu jeszcze nie miał prawa.
Podeszłam do Lilki i przykucnęłam przed nią.
— Jeszcze nie wiemy — powiedziałam powoli, jednocześnie migając każde słowo. — Musimy zrobić badanie.
Lilka popatrzyła na Damiana, potem na mnie.
W końcu skinęła głową.
Za drzwiami kaplicy rozległ się kolejny hałas.
Wiktor przerwał ciszę.
— Musimy wyjechać natychmiast.
Profesor Ostrowski wciąż był na linii.
— Na północnej ścianie kaplicy znajduje się zejście do starego garażu — powiedział przez telefon. — Damian powinien wiedzieć.
Damian skrzywił się.
— Nie korzystałem z niego od dwudziestu lat.
— W takim razie najwyższy czas.
Wiktor znalazł ukrytą dźwignię za drewnianą ławą.
Fragment kamiennej ściany odsunął się z ciężkim zgrzytem.
Za nim znajdowały się schody.
Zanim zeszliśmy, Damian spojrzał jeszcze raz na Lilkę.
Jej dłoń nadal była uniesiona.
Jakby czekała na odpowiedź.
Damian przykucnął z wysiłkiem przed nią.
— Jeśli okaże się, że jestem twoim ojcem — powiedział cicho, a ja tłumaczyłam jego słowa na język migowy — nigdy więcej nie będziesz musiała pytać, czy cię znalazłem.
Lilka długo mu się przyglądała.
Potem podała mu materiałowego króliczka.
Damian przyjął go z takim zdumieniem, jakby wręczono mu coś bezcennego.
Piętnaście minut później wyjeżdżaliśmy z podziemnego garażu czarnym samochodem pozbawionym oznaczeń.
Wiktor prowadził.
Wysocki siedział obok niego.
Ja, Lilka i Damian byliśmy z tyłu.
Nikt nie wiedział, co stało się z Heleną.
Wiktor próbował połączyć się ze swoimi ludźmi, ale większość kanałów nadal milczała.
W końcu odezwał się jeden z ochroniarzy.
— Skrzydło wschodnie zabezpieczone. Napastnicy uciekli. Pani Rogowska żyje. Zabrano ją do bezpiecznego punktu medycznego.
Dopiero wtedy Damian przymknął oczy.
— A pozostali?
— Dwóch rannych. Nikt z naszych nie zginął.
Wiktor zakończył połączenie.
Spojrzałam przez okno.
Warszawa znikała za nami w deszczu.
Po około godzinie dotarliśmy do niewielkiego domu ukrytego wśród drzew.
Nie wyglądał jak klinika.
Ani jak miejsce, w którym miał mieszkać człowiek uznany od lat za zmarłego.
Profesor Jan Ostrowski czekał przy drzwiach.
Był wysoki, szczupły, miał srebrne włosy i laskę.
Kiedy zobaczył Damiana, na jego twarzy nie pojawiło się zaskoczenie.
Tylko smutek.
— Jesteś podobny do ojca bardziej, niż chciałbyś przyznać.
Damian wysiadł z samochodu.
— Powiedz mi, dlaczego wszyscy wokół mnie od lat kłamią.
Profesor spojrzał na Lilkę.
— Najpierw dziecko.
W środku znajdował się niewielki gabinet z podstawowym sprzętem medycznym.
Ostrowski pobrał próbki od Damiana i Lilki.
Potem podłączył ją do aparatu EKG.
Stałam przy niej przez cały czas.
Damian również.
Kiedy urządzenie zaczęło drukować zapis, profesor długo patrzył na papier.
Zbyt długo.
— Co pan widzi? — zapytałam.
— To samo, co Marcin podejrzewał.
Wysocki spuścił wzrok.
Ostrowski wskazał fragment wykresu.
— Lilka ma wczesne objawy tej samej dziedzicznej choroby serca, którą ma Damian.
Zrobiło mi się słabo.
— Czy jest w niebezpieczeństwie?
— Nie w tej chwili. U dzieci przebieg może być bardzo łagodny przez lata. Ale trzeba ją regularnie kontrolować.
Damian odwrócił się do Wysockiego.
— Wiedziałeś?
— Podejrzewałem.
— Dlatego obserwowałeś ją w szpitalu.
Wysocki skinął głową.
Profesor wyjął z zamkniętej szuflady starą teczkę.
— Jest jeszcze coś, co musicie zobaczyć.
Położył przed Damianem dokument sprzed czterech lat.
Na dole znajdował się podpis Natalii Serafin.
Damian dotknął nazwiska.
— Co to jest?
— Oświadczenie, które zostawiła kilka dni przed zniknięciem.
Profesor spojrzał na mnie.
— Natalia wiedziała, że ktoś szuka jej dziecka.
— Kto?
Ostrowski wyjął kolejną kartkę.
Był na niej zapis rozmowy oraz nazwisko.
Damian przeczytał je pierwszy.
Jego twarz stwardniała.
— Aleksander.
Wiktor znieruchomiał.
Ja nie znałam tego nazwiska.
— Kto to?
Damian podniósł wzrok.
— Młodszy brat mojego ojca.
Profesor pokiwał głową.
— Człowiek, który po śmierci twojego ojca kontrolował większość rodzinnych interesów, dopóki nie osiągnąłeś pełnej władzy.
Damian czytał dalej.
— Natalia twierdziła, że chciał dziecka martwego.
— Nie tylko dziecka — odpowiedział profesor.
W pokoju zapadła cisza.
— Dlaczego? — zapytałam.
Ostrowski spojrzał na Damiana.
— Bo gdyby Damian umarł bez potomka, pozycja Aleksandra w rodzinie stałaby się praktycznie niepodważalna.
Wiktor zaklął cicho.
Nagle wszystko zaczęło układać się w jedną całość.
Ukryta choroba.
Fałszywa śmierć dziecka.
Zmieniające się tabletki.
Atak na rezydencję.
Damian zacisnął dłoń na dokumentach.
— Gdzie jest Aleksander?
Wiktor wyjął telefon.
Po chwili jego twarz spoważniała.
— Według naszych danych przyleciał do Warszawy trzy dni temu.
Wysocki spojrzał na niego.
— Dokładnie wtedy zaczęły się najgorsze zaburzenia rytmu.
Damian powoli wstał.
— Wracamy.
Złapałam go za rękę.
— Nie.
Spojrzał na mnie.
— Człowiek, który prawdopodobnie próbował zabić pana i Lilkę, może właśnie czekać na to, aż pan wróci.
— Właśnie dlatego wrócę.
Profesor uderzył laską o podłogę.
— Najpierw wynik.
Wszyscy odwróciliśmy się w jego stronę.
Na biurku niewielkie urządzenie zakończyło analizę porównawczą.
Profesor podszedł do ekranu.
Przeczytał wynik.
Potem zdjął okulary.
Spojrzał na Damiana.
— Pełny profil potwierdza ojcostwo.
Nie usłyszałam niczego przez kilka sekund.
Patrzyłam tylko na Lilkę.
Damian powoli uklęknął przed nią.
Drżały mu ręce.
Pokazałam Lilce wynik w najprostszy możliwy sposób.
Tak.
To twój tata.
Jej oczy zrobiły się wielkie.
Dotknęła jego policzka.
Damian zamknął oczy.
Po raz pierwszy od chwili, gdy go poznałam, ten bezwzględny człowiek nie próbował ukryć łez.
Ale ten moment trwał krótko.
Telefon Wiktora zawibrował.
Odczytał wiadomość.
Cała jego twarz się zmieniła.
— Szefie.
Damian wstał.
— Co?
Wiktor obrócił ekran w jego stronę.
Na nagraniu z kamery rezydencji Szare Wzgórze widniał elegancki starszy mężczyzna w ciemnym płaszczu.
Szedł spokojnie przez główny hol.
Jak właściciel.
Obok niego stała Helena.
Żywa.
Ale z pistoletem przystawionym do głowy.
Wtedy telefon zadzwonił.
Wiktor odebrał na głośniku.
Usłyszeliśmy głos Aleksandra Wołkowa.
— Damian, skoro już wiesz, że masz córkę, przywieź ją do domu.
Damian pobladł.
A Aleksander dodał:
— Albo Helena nie doczeka następnego telefonu.
Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.







No comments yet