Ruszyliśmy w ciemność.
Za nami rozległy się szybkie kroki.
Nie było już wątpliwości.
Ktoś wszedł do tunelu.
Wiktor szedł pierwszy, prowadząc nas wąskim przejściem, które po kilkunastu metrach zaczęło opadać w dół. Jeden z ochroniarzy został z tyłu, żeby nas osłaniać.
Trzymałam Lilkę tak mocno, że w końcu dotknęła mojego policzka i pokazała znak oznaczający:
Boli.
Natychmiast poluzowałam uścisk.
— Przepraszam, kochanie.
Damian szedł obok Wysockiego, ale z każdym krokiem wyglądał gorzej.
— Ile jeszcze? — zapytał.
— Dwie minuty — odpowiedział Wiktor.
— Powiedziałeś to trzy minuty temu.
— Tym razem mówię prawdę.
Mimo sytuacji Damian rzucił mu krótkie spojrzenie.
Był to pierwszy moment, kiedy zobaczyłam między nimi coś więcej niż relację szefa i ochroniarza.
Zaufanie.
Prawdziwe, stare zaufanie.
Nagle za nami rozległ się głos.
— Damian!
Wszyscy się zatrzymali.
Znałam ten głos.
Helena Rogowska.
— Nie strzelajcie! — zawołała. — To ja!
Wiktor natychmiast uniósł broń.
— Nie odwracaj się — powiedział do Damiana.
Helena ponownie krzyknęła:
— Oni chcą zabić dziecko!
Serce mi stanęło.
Lilka spojrzała na mnie.
— Idziemy dalej — rozkazał Wiktor.
— Zaczekaj — wychrypiał Damian.
— Szefie—
— Powiedziałem: zaczekaj.
Odwrócił się w stronę ciemnego tunelu.
— Helena!
— Jestem sama!
Wiktor zaklął pod nosem.
— Nie możemy jej ufać.
— A jeśli mówi prawdę? — zapytałam.
Wysocki spojrzał na mnie.
— Jeśli naprawdę miała dostęp do leków Damiana, to właśnie ona mogła je zmieniać.
— Albo ktoś chciał, żebyśmy tak pomyśleli.
Damian popatrzył na mnie przez moment.
Potem wydał rozkaz:
— Niech podejdzie.
Ochroniarz z końca korytarza skierował broń w ciemność.
Po chwili wyłoniła się Helena.
Nie przypominała już eleganckiej kobiety, która codziennie rano sprawdzała białymi rękawiczkami, czy na meblach nie ma kurzu.
Jej włosy były rozpuszczone.
Na policzku miała krew.
Jedną ręką przyciskała bok.
— Zatrzymaj się — powiedział Wiktor.
Helena posłuchała.
Jej wzrok natychmiast znalazł Lilkę.
— Dzięki Bogu.
Damian zwęził oczy.
— Dlaczego pytałaś o jej datę urodzenia?
Helena zamknęła oczy.
— Bo wiedziałam.
Przycisnęłam Lilkę do siebie.
— Co wiedziałaś?
Helena spojrzała na mnie.
— Kim może być.
Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg.
— Skąd?
Wiktor podszedł bliżej.
— Odpowiadaj.
Helena otworzyła usta, ale najpierw spojrzała na Wysockiego.
— Marcin też wie.
Doktor zbladł.
Damian przeniósł wzrok z jednego na drugiego.
— Widzę, że prawie wszyscy wiedzieli o moim dziecku oprócz mnie.
W jego głosie nie było krzyku.
To było gorsze.
Wysocki pokręcił głową.
— Nie wiedzieliśmy, czy przeżyła.
— A ja wiedziałam — powiedziała Helena.
Zapadła cisza.
Damian zrobił krok w jej stronę.
— Powtórz.
Helena podniosła głowę.
— Wiedziałam, że dziewczynka przeżyła.
Wysocki patrzył na nią w osłupieniu.
— Nigdy mi tego nie powiedziałaś.
— Bo nie ufałam już nikomu.
— Komu ją oddałaś? — zapytał Damian.
Helena spojrzała na mnie.
Nagle zrozumiałam.
— Nie.
Cofnęłam się.
— Nie patrz na mnie w ten sposób.
— To ja dopilnowałam, żeby trafiła do kobiety mieszkającej w pani budynku — powiedziała Helena. — Jej biologicznej matki.
Zamarłam.
— Znałaś ją?
— Tak.
— Kim była?
Helena zacisnęła usta.
— Nazywała się Natalia Serafin.
Damian nagle oparł dłoń o ścianę.
Wiktor odwrócił się do niego.
— Znał ją pan?
Damian milczał.
Ale odpowiedź była wypisana na jego twarzy.
W końcu powiedział:
— Była ze mną.
Te trzy słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystko wcześniej.
— Matka Lilki?
Damian skinął głową.
— Cztery lata temu.
Helena zaczęła mówić szybko.
— Natalia odkryła, że ktoś w rodzinie Wołkowów chce wykorzystać dziecko przeciwko Damianowi. Bała się. Uciekła ze szpitala, zanim zdążyli ją wypisać.
Wysocki spojrzał na nią.
— Dlaczego dokumentacja mówiła, że dziecko zmarło?
— Bo sama ją zmieniłam.
Damian powoli odwrócił głowę.
— Ty?
— Chciałam ją ukryć.
— Przede mną?
— Przed wszystkimi.
W jego oczach pojawił się gniew.
— Nie miałaś prawa.
— Gdybym wtedy powiedziała prawdę, dziewczynka prawdopodobnie nie dożyłaby pierwszych urodzin.
Nikt się nie odezwał.
Helena zaczęła oddychać coraz ciężej.
— Natalia przeprowadziła się pod innym nazwiskiem. Miała zniknąć na kilka miesięcy, dopóki nie znajdziemy bezpiecznego miejsca.
Spojrzała na mnie.
— Ale potem umarła.
Ścisnęło mnie w gardle.
— I zostawiła Lilkę.
— Tak.
— Dlaczego nie przyszłaś po nią?
Helena opuściła wzrok.
— Przyszłam.
Poczułam zimno.
— Co?
— Widziałam panią z nią. Miała wtedy osiem miesięcy. Lilka spała na pani ramieniu, a pani przez dwadzieścia minut chodziła po korytarzu, bo płakała po szczepieniu.
Pamiętałam ten dzień.
Doskonale.
— Uznałam, że pierwszy raz od urodzenia jest naprawdę bezpieczna — dodała Helena.
Nie wiedziałam, czy mam jej podziękować, czy ją uderzyć.
Damian zadał pytanie, które wisiało nad nami od początku.
— Kto chciał ją zabić?
Helena spojrzała na niego.
— Ten sam człowiek, który cztery lata temu kazał mi sfałszować twoją śmierć, jeśli coś pójdzie nie tak.
Wiktor zesztywniał.
— Kto?
Zanim Helena odpowiedziała, z ciemności za nią dobiegł trzask.
Potem krzyk ochroniarza.
— Padnijcie!
Wiktor rzucił się na Damiana.
W tej samej chwili rozległy się dwa strzały.
Helena upadła.
Przycisnęłam Lilkę do kamiennej podłogi i osłoniłam jej głowę.
— Helena! — krzyknął Wysocki.
Wiktor odpowiedział ogniem w stronę tunelu.
— Do kaplicy! Natychmiast!
Podnieśliśmy się i ruszyliśmy.
Damian chciał zostać przy Helenie, ale Wiktor siłą pociągnął go dalej.
— Jeśli się cofnie pan teraz, wszyscy zginiemy!
Po kilkunastu metrach zobaczyłam drewniane drzwi.
Wiktor otworzył je barkiem.
Wpadliśmy do małej, opuszczonej kaplicy.
Na ścianach wisiały zakurzone obrazy, a przez kolorowe szyby wpadało blade światło burzy.
Wysocki zatrzasnął drzwi.
— Telefon — rzucił Damian.
Wiktor podbiegł do zakrystii i po chwili wrócił ze starym aparatem satelitarnym.
Wybrał numer.
Czekaliśmy.
Jedno połączenie.
Drugie.
Trzecie.
Wreszcie ktoś odebrał.
Wiktor włączył głośnik.
— Profesorze Ostrowski?
Po drugiej stronie rozległ się głęboki, zmęczony głos starszego mężczyzny.
— Wiktor?
Damian zamknął oczy.
Profesor naprawdę żył.
Wiktor spojrzał na niego.
— Potrzebujemy wyniku badania Lilki.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Więc znaleźliście dziecko.
Damian podszedł do telefonu.
— Jan.
Profesor nie odpowiedział od razu.
— Damian?
— Powiedz mi prawdę.
Usłyszeliśmy ciężkie westchnienie.
— Wynik badania, które Marcin wysłał mi sześć miesięcy temu, wskazuje na biologiczne pokrewieństwo w linii ojcowskiej.
Damian zacisnął dłoń.
— Jak silne?
Profesor odpowiedział spokojnie:
— Wystarczająco silne, żebym nigdy nie uznał tego za przypadek.
Spojrzałam na Lilkę.
A potem profesor dodał:
— Ale nie wykonano pełnego testu ojcostwa. I jeśli chcecie wiedzieć, czy Damian rzeczywiście jest jej ojcem, musicie przywieźć ich oboje do mnie.
Wiktor zapytał:
— Gdzie?
Profesor podał adres pod Warszawą.
Damian odwrócił się do drzwi kaplicy.
Po drugiej stronie znowu rozległy się kroki.
— W takim razie jedziemy — powiedział.
A Lilka, stojąc między nami, spojrzała prosto na niego i po raz pierwszy wykonała znak:
Tata?
Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.







No comments yet