Klucz do skrytki 317 trzymałam w dłoni tak mocno, że jego krawędzie odcisnęły się na skórze. Elżbieta zniknęła za tylnymi drzwiami kawiarni, zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie. Chciałam pobiec za nią, ale moje ciało brutalnie przypomniało mi, że kilka dni wcześniej niemal umarłam. Oparłam się o ścianę, łapiąc oddech. Katarzyna żyła. Moja biologiczna matka wiedziała o trojaczkach. Helena została zarządcą z jej polecenia. Nagle nie wiedziałam już, kto mnie chronił, a kto od trzydziestu siedmiu lat przesuwał mnie jak figurę na planszy.
Na Dworzec Centralny pojechałam bezpośrednio z Mokotowa. Skrytka 317 znajdowała się w bocznym korytarzu. W środku leżała niewielka torba, a w niej kasetowy dyktafon, plik dokumentów oraz koperta podpisana: „Dla Anny, kiedy będzie już mogła sama zdecydować”.
Włożyłam kasetę.
Najpierw usłyszałam trzaski. Potem męski głos.
— Elu, jeśli tego słuchasz, znaczy, że nie wróciłem.
Zacisnęłam powieki.
Mój ojciec.
— Katarzyna odkryła, skąd naprawdę pochodziły pieniądze Aleksandra. Fundusz nie został zbudowany z majątku Zawadzkich. Pierwszy kapitał pochodził od rodziny jej matki, Marii Ostrowskiej. Aleksander przejął kontrolę po jej śmierci, ale nie mógł legalnie usunąć Katarzyny jako dziedziczki. Dlatego stworzył fundusz.
Przewinęłam nagranie dalej.
— Jeśli Annie coś się stanie, dokumenty mają trafić do sądu. Jeżeli przeżyje i będzie miała własne dzieci, prawa przechodzą również na nie. Trzymaj ją z dala od Zawadzkich.
Nagranie urwało się.
Patrzyłam na dokumenty.
Na jednym widniał schemat własności funduszu. Nazwisko „Maria Ostrowska” znajdowało się na samej górze. Pod nim Katarzyna. Potem ja.
Nie byłam przypadkową beneficjentką.
Byłam ostatnim ogniwem linii, od której pochodził majątek.
Telefon zadzwonił.
Marek.
Odrzuciłam połączenie.
Zadzwonił ponownie.
Za trzecim razem odebrałam.
— Co?
— Gdzie jesteś?
— To już nie twoja sprawa.
— Dzieci zostały przeniesione na oddział o podwyższonym zabezpieczeniu.
Serce mi zamarło.
— Dlaczego?
— Ktoś złożył w sądzie wniosek o ustanowienie tymczasowego kuratora.
— Kto?
— Katarzyna Zawadzka.
Usiadłam na ławce.
— Na jakiej podstawie?
— Twierdzi, że jesteś niezdolna do podejmowania decyzji po zatrzymaniu krążenia i że istnieje ryzyko wykorzystania dzieci w sporze majątkowym.
Gniew przeszedł przeze mnie jak ogień.
Kobieta, która przez całe moje życie nie pojawiła się ani razu, teraz próbowała decydować o moich dzieciach.
— Gdzie jest Helena?
— W sądzie.
Rozłączyłam się i zadzwoniłam do niej.
Odebrała natychmiast.
— Anna, chciałam właśnie…
— Pracujesz dla Katarzyny?
Cisza.
— Tak.
Jedno słowo.
— Od jak dawna?
— Od dwudziestu jeden lat.
— I nie uznałaś za stosowne mi powiedzieć?
— Nie mogłam.
— Wszyscy czegoś nie mogliście.
— Posłuchaj mnie. Katarzyna poleciła mi chronić twoje prawa, ale nie wiedziałam, gdzie jest. Komunikowała się przez pośredników.
— A teraz chce odebrać mi dzieci.
— Nie.
— Wniosek jest podpisany jej nazwiskiem.
— Widziałam go. Podpis jest prawdziwy, ale treść nie pasuje do instrukcji, które otrzymywałam przez lata.
Zamilkłam.
— Co sugerujesz?
— Że ktoś zmusił ją do podpisania dokumentu albo wykorzystuje jej nazwisko.
— Marek?
— Nie. Marek może być bezwzględny, ale ten plan rozpoczął się długo przed jego małżeństwem z tobą.
Wróciłam do dokumentów ze skrytki.
Na samym dole torby znajdowała się jeszcze jedna koperta. Otworzyłam ją podczas rozmowy.
Wypadła fotografia.
Aleksander, Katarzyna i młody mężczyzna, którego nie znałam.
Na odwrocie zapisano: „Roman, 1989. Jeśli coś stanie się Michałowi, sprawdź jego”.
— Helena, kim jest Roman?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Skąd znasz to imię?
— Odpowiedz.
— Roman Zawadzki był młodszym bratem Aleksandra.
— Był?
— Oficjalnie zmarł dwadzieścia lat temu.
Prawie się roześmiałam.
— W tej rodzinie „zmarł” najwyraźniej niewiele znaczy.
Helena nie odpowiedziała.
— Co miał wspólnego z Katarzyną?
— Chciał przejąć fundusz. Kiedy odkrył, że Katarzyna odziedziczy kontrolę, próbował podważyć jej pochodzenie. Po zniknięciu Katarzyny to właśnie Roman przekonał rodzinę, że nie miała dziecka.
Spojrzałam na zdjęcie.
— A potem?
— Aleksander wyrzucił go z funduszu. Roman stracił wszystko.
Wtedy zauważyłam coś na fotografii.
Na nadgarstku Romana był charakterystyczny sygnet.
Ten sam sygnet widziałam kilka godzin wcześniej na dłoni mężczyzny fotografującego nas przed kawiarnią.
— Helena…
Nie zdążyłam dokończyć.
Ktoś usiadł obok mnie.
Starszy mężczyzna w szarym płaszczu.
Na jego dłoni błyszczał ten sam sygnet.
Serce stanęło mi w gardle.
— Proszę się nie bać, Anno — powiedział.
Spojrzałam na twarz ze starego zdjęcia, postarzałą o niemal cztery dekady.
Roman Zawadzki.
Żywy.
— To pan obserwował kawiarnię.
Uśmiechnął się lekko.
— Obserwowałem Elżbietę. Ciebie znalazłem już dawno.
Wstałam.
— Nie zbliżaj się do mnie.
— Gdybym chciał cię skrzywdzić, nie rozmawialibyśmy teraz.
— Czego chcesz?
Roman spojrzał na torbę.
— Tego, co zostawił Michał.
Przycisnęłam dokumenty do siebie.
— Nie.
— W takim razie posłuchaj przynajmniej jednej rzeczy, zanim wrócisz do szpitala.
— Jakiej?
Jego uśmiech zniknął.
— Marek nie spotkał cię przypadkiem.
Zamarłam.
— Co?
— Wasze pierwsze spotkanie, jego zainteresowanie tobą, małżeństwo… wszystko zaczęło się od polecenia Aleksandra.
— Aleksander nie żył, kiedy poznałam Marka.
— Polecenie zostawił wcześniej.
Roman pochylił się.
— Marek miał cię odnaleźć, poślubić i dopilnować, żebyś nigdy nie dowiedziała się, kim jesteś.
Poczułam lodowaty chłód.
— Dlaczego miałby się na to zgodzić?
Roman spojrzał mi prosto w oczy.
— Bo w zamian Aleksander obiecał mu kontrolę nad funduszem.
Telefon nadal trzymałam przy uchu.
Helena wszystko słyszała.
I właśnie wtedy powiedziała coś, czego Roman najwyraźniej się nie spodziewał.
— Anna, uciekaj od niego. Roman kłamie w jednej rzeczy.
Roman powoli odwrócił głowę w stronę telefonu.
— W jakiej? — zapytałam.
Głos Heleny był niemal szeptem.
— Aleksander nigdy nie wydał Markowi takiego polecenia.
Krótka cisza.
— Wydała je Katarzyna.







No comments yet