Płacz dobiegający zza stalowych drzwi sprawił, że na kilka sekund zapomniałam o własnym bólu.
Aleksander zesztywniał.
Mężczyzna stojący przy panelu przesunął dłonią po ukrytym zamku.
— Drzwi są wzmocnione od zewnątrz — powiedział. — Ktoś bardzo nie chciał, żeby osoba znajdująca się po drugiej stronie mogła wyjść.
Spojrzałam na Halinę.
Jeszcze kilka minut wcześniej śmiała się, kiedy Tomasz mnie bił. Teraz jej twarz była niemal biała.
— Nie otwierajcie tego — powiedziała szybko.
Aleksander powoli odwrócił głowę.
— Dlaczego?
— To nie wasza sprawa.
Ryszard, przytrzymywany przy blacie, nagle szarpnął się tak gwałtownie, że przewrócił krzesło.
— Niczego tam nie ma!
Wtedy zza drzwi ponownie dobiegł płacz.
Tym razem wyraźniejszy.
Dziecko.
Nie nagranie. Nie telewizor.
Prawdziwe dziecko.
Aleksander spojrzał na jednego ze swoich ludzi.
— Otwórz.
Halina rzuciła się do przodu.
— Nie!
Została zatrzymana, zanim zrobiła drugi krok.
Jej reakcja powiedziała mi więcej niż wszystkie słowa.
Aleksander uklęknął przy mnie.
— Musimy cię stąd zabrać. Karetka już jedzie.
Złapałam go za rękaw.
— Najpierw dziecko.
— Jesteś ranna.
— Aleksander... proszę.
Spojrzał mi w oczy i chyba zobaczył, że nie ustąpię.
Skinął głową.
Jeden z mężczyzn wyjął niewielki zestaw narzędzi. Po kilkunastu sekundach zamek ustąpił z ciężkim trzaskiem.
Stalowe drzwi otworzyły się zaledwie na kilka centymetrów.
Uderzył nas zapach wilgoci, środka dezynfekującego i czegoś słodkiego.
Mleka.
Latarka przecięła ciemność.
Za drzwiami znajdowały się wąskie schody prowadzące w dół.
— Piwnica? — wyszeptałam.
Aleksander pokręcił głową.
— Na planach domu jej nie ma.
Tomasz, siedzący przy ścianie z rękami zabezpieczonymi za plecami, zaczął się śmiać.
Nie był to już jednak jego wcześniejszy arogancki śmiech.
Brzmiał jak rozpaczliwa próba ukrycia strachu.
— Nie macie pojęcia, w co się pakujecie.
Aleksander nawet na niego nie spojrzał.
— Zostań przy niej — powiedział do jednego z ludzi i ruszył schodami w dół.
Nie widziałam, co znajduje się na dole.
Słyszałam tylko kroki.
Potem ciszę.
A następnie głos Aleksandra.
Nie rozkaz.
Nie przekleństwo.
Tylko jedno ciche słowo.
— Boże...
Spróbowałam się podnieść.
— Pomóż mi.
— Nie powinna pani wstawać.
— Pomóż mi.
Mężczyzna zawahał się, lecz w końcu podtrzymał mnie pod ramieniem.
Każdy krok przeszywał moje udo bólem. Brzuch miałam twardy ze strachu, dlatego przyciskałam do niego dłoń, błagając w myślach, by moje dziecko nadal było bezpieczne.
Zeszłam kilka stopni.
Na dole zobaczyłam niewielkie pomieszczenie.
Nie wyglądało jak zwykła piwnica.
Na ścianach znajdowały się panele wygłuszające. W rogu stało dziecięce łóżeczko. Obok ustawiono butelki, pieluchy i małą lampkę nocną.
W łóżeczku siedział chłopiec.
Mógł mieć cztery, może pięć lat.
Był przerażająco blady.
Kiedy Aleksander zrobił krok w jego stronę, dziecko natychmiast cofnęło się pod ścianę.
— Nie! — krzyknął. — Będę cicho! Obiecuję!
Serce pękło mi na pół.
Aleksander natychmiast uklęknął, zostawiając między nimi kilka metrów.
— Nikt cię nie skrzywdzi.
Chłopiec patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
— Babcia powiedziała, że jak będę krzyczał, mama już nigdy nie wróci.
Za moimi plecami ktoś gwałtownie nabrał powietrza.
Halina.
Stała przy wejściu pilnowana przez jednego z ludzi Aleksandra.
Jej twarz całkowicie się zmieniła.
— On kłamie — powiedziała.
Chłopiec skulił się na dźwięk jej głosu.
To wystarczyło.
Aleksander wstał.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie widziałam od lat.
To samo spojrzenie miał, kiedy wracał z misji i przez pierwsze dni prawie się nie odzywał.
— Zabierzcie ją stąd — powiedział.
— Aleksander, posłuchaj...
— Natychmiast.
Halina zaczęła krzyczeć, że dziecko nie jest nasze, że nie mamy prawa go dotykać, że wszystko można wyjaśnić.
Nikt jej nie słuchał.
Podeszłam bliżej łóżeczka.
— Jak masz na imię?
Chłopiec długo milczał.
W końcu wyszeptał:
— Michał.
— A twoja mama?
Jego dolna warga zadrżała.
— Marta.
Aleksander nagle spojrzał na mnie.
— Jak powiedział?
— Marta.
Przez moment wydawało mi się, że przestał oddychać.
— Nazwisko? — zapytał bardzo spokojnie.
Chłopiec przycisnął do piersi małego, zużytego pluszowego psa.
— Nie wolno mi mówić.
Aleksander podszedł do półki stojącej przy ścianie.
Leżało tam kilka pudełek.
Dokumenty.
Karty SIM.
Dwa telefony.
Pendrive'y.
I koperta.
Aleksander otworzył ją.
W środku znajdowało się zdjęcie młodej kobiety trzymającej Michała na rękach.
Na odwrocie ktoś napisał datę sprzed niemal trzech lat.
Pod nią znajdowało się nazwisko.
Marta Zielińska.
Aleksander zacisnął szczękę.
— Znasz ją? — zapytałam.
Nie odpowiedział od razu.
Wyciągnął własny telefon i zrobił zdjęcie fotografii.
— Trzy lata temu jej zaginięcie pojawiło się w jednej ze spraw, przy których pomagałem znajomemu z policji.
Spojrzałam na Tomasza stojącego u góry schodów.
I wtedy zrozumiałam.
To, co wydarzyło się ze mną tego ranka, nie zaczęło się dziś.
Byłam tylko kolejną osobą w historii, która trwała znacznie dłużej.
Na zewnątrz rozległy się syreny.
Ratownicy medyczni wbiegli do domu.
Aleksander podszedł do mnie i chciał mnie wyprowadzić, kiedy Michał nagle chwycił mnie za rękę.
— Proszę pani...
Odwróciłam się.
Chłopiec wskazał drżącym palcem na zamkniętą metalową szafkę znajdującą się obok łóżeczka.
— Oni zawsze zabierali stamtąd kamerę, kiedy przychodziła ta pani.
— Jaka pani?
Michał spojrzał na Halinę.
Potem na Tomasza.
— Ta, która mówiła, że jak urodzi pani dziecko, wszystko będzie gotowe.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Poczułam, jak dłoń Aleksandra zaciska się na moim ramieniu.
— Jaka kobieta, Michał?
Chłopiec otworzył usta.
Ale zanim zdążył odpowiedzieć, z kieszeni Tomasza dobiegł dźwięk telefonu.
Jeden z ludzi Aleksandra wyjął urządzenie.
Na ekranie pojawiła się tylko jedna wiadomość:
**„Dlaczego transmisja została przerwana? Czy ona nadal jest w ciąży?”**
Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet