Aleksander przeczytał wiadomość jeszcze raz.
**„Dlaczego transmisja została przerwana? Czy ona nadal jest w ciąży?”**
Nie pytała, czy żyję.
Nie pytała, dlaczego w domu nagle zgasło światło.
Ktoś chciał wiedzieć tylko jedno.
Czy moje dziecko nadal było we mnie.
Zrobiło mi się niedobrze.
— Pokaż mi ten telefon — powiedziałam.
Aleksander przykucnął obok noszy, na których ratownicy właśnie próbowali mnie ułożyć.
— Nie dotykaj go. To dowód.
— Więc przeczytaj numer.
Jeden z jego ludzi spojrzał na ekran.
— Zastrzeżony. Wiadomość przyszła przez szyfrowaną aplikację.
Tomasz natychmiast odwrócił wzrok.
Aleksander to zauważył.
— Wiesz, kto napisał.
— Nie mam pojęcia.
— Tomasz.
— Powiedziałem, że nie wiem!
Po raz pierwszy zobaczyłam, jak mój mąż naprawdę się boi.
Nie mnie.
Nie Aleksandra.
Kogoś, kto właśnie wysłał tę wiadomość.
Ratowniczka zaczęła badać mój brzuch.
— Musimy jechać do szpitala. Teraz. Pani tętno jest niestabilne, a po takim urazie musimy sprawdzić dziecko.
Przytaknęłam, ale moje spojrzenie wciąż było utkwione w Tomaszu.
— Dlaczego ktoś pyta o moją ciążę?
Milczał.
— Dlaczego Michał powiedział, że po urodzeniu mojego dziecka „wszystko będzie gotowe”?
Tomasz zacisnął usta.
Wtedy Halina odezwała się z korytarza.
— Bo dzieciak niczego nie rozumie.
Aleksander spojrzał na nią.
— To wyjaśnij.
— Nie mam czego wyjaśniać.
Michał siedział teraz owinięty kocem termicznym obok jednego z ratowników. Gdy usłyszał głos Haliny, natychmiast schował twarz.
— Ona kłamie — wyszeptał.
Halina rzuciła mu spojrzenie pełne nienawiści.
— Zamknij się.
Aleksander zrobił jeden krok w jej stronę.
— Jeszcze raz odezwiesz się do niego w ten sposób, a rozmowa się skończy.
Ryszard nagle parsknął.
— Zachowujecie się, jakbyście odkryli jakąś zbrodnię stulecia.
Aleksander wskazał stalowe drzwi.
— Ukrywaliście dziecko w wygłuszonym pomieszczeniu.
Ryszard zamilkł.
Jeden z ludzi Aleksandra przeszukiwał metalową szafkę wskazaną przez Michała.
Po chwili wyciągnął z niej niewielką kamerę.
Potem drugą.
I stos kopert.
— Aleksander.
Mój brat podszedł.
W pierwszej kopercie znajdowały się wydrukowane zdjęcia.
Kobiety.
Niektóre ciężarne.
Inne z niemowlętami.
Na każdym zdjęciu ktoś zapisał datę oraz kilka cyfr.
Aleksander przerzucał fotografie coraz szybciej.
Nagle zatrzymał się.
Widziałam, jak napięły mu się ramiona.
— Co jest?
Nie odpowiedział.
Wyciągnęłam rękę.
— Pokaż.
— Nie teraz.
— Aleksander.
Spojrzał na mnie i zrozumiał, że nie odpuszczę.
Podał mi zdjęcie.
Byłam na nim ja.
Fotografia została zrobiona kilka miesięcy wcześniej przed gabinetem ginekologicznym.
Stałam tyłem do kamery, z dłonią na brzuchu.
Na odwrocie napisano:
**24 tygodnie. Ciąża prawidłowa.**
Niżej znajdował się ciąg cyfr.
I jedno słowo.
**Potwierdzona.**
Poczułam, że wszystko wokół mnie odpływa.
— Śledzili mnie.
Aleksander odebrał zdjęcie.
— Tak.
— Od kiedy?
Przeszukał kolejne koperty.
Znalazł następne zdjęcie.
Byłam na parkingu.
Jeszcze jedno — pod apteką.
Kolejne zrobiono przez okno restauracji, kiedy jadłam lunch z koleżanką.
Pierwsze pochodziło sprzed prawie pięciu miesięcy.
Zanim mój brzuch stał się widoczny.
— Tomasz wiedział — powiedziałam.
Mój głos był dziwnie spokojny.
Spojrzałam na niego.
— Wiedziałeś, że ktoś mnie obserwuje.
— To nie wygląda tak, jak myślisz.
— Więc jak?
— Chciałem tylko pieniędzy.
W kuchni zapadła cisza.
Halina zamknęła oczy.
Ryszard zaklął pod nosem.
Aleksander powoli podszedł do Tomasza.
— Za co ci płacili?
Tomasz nic nie odpowiedział.
— Za zdjęcia? Informacje medyczne? Za kontrolowanie jej?
— Nie wiedziałem wszystkiego.
— Za co ci płacili?
Tomasz przełknął ślinę.
— Za upewnienie się, że ciąża dotrwa do końca.
Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.
— Dotarła do końca?
— Mieli własne wymagania. Dieta. Wizyty. Badania. Nie wolno było dopuścić, żebyś wyjechała.
Nagle wszystkie ostatnie miesiące zaczęły układać się w potworną całość.
Tomasz zabraniał mi odwiedzać przyjaciół.
Kontrolował, dokąd wychodzę.
Złościł się, kiedy chciałam zmienić lekarza.
Halina nalegała, żebym przyjmowała witaminy, które sama kupowała.
Wtedy uważałam ich zachowanie za kolejną formę kontroli.
Teraz zrozumiałam, że mogło chodzić o coś znacznie gorszego.
— Co miało się wydarzyć po porodzie?
Tomasz spuścił wzrok.
— Nie wiem.
Ale Michał odezwał się zza pleców ratownika.
— Ja wiem.
Wszyscy odwróciliśmy się w jego stronę.
Chłopiec drżał.
— Ta pani powiedziała babci, że tym razem nie może być błędu.
Aleksander uklęknął przed nim.
— Michał, pamiętasz, co jeszcze mówiła?
Chłopiec ścisnął pluszowego psa.
— Powiedziała, że poprzednia mama zrobiła problem.
Spojrzenie Aleksandra natychmiast powędrowało w stronę zdjęcia Marty Zielińskiej.
— Twoja mama?
Michał przytaknął.
— Mama nie chciała mnie oddać.
Zamarłam.
— Oddać komu?
— Nie wiem.
Łzy napłynęły mu do oczu.
— Potem mama zniknęła.
Halina gwałtownie szarpnęła się w rękach mężczyzny, który ją pilnował.
— To brednie!
Aleksander wstał.
— Zabezpieczyć wszystko. Zdjęcia, urządzenia, dokumenty. I nikt z tej trójki nie zostaje sam nawet przez sekundę.
Ratownicy zaczęli wywozić mnie z domu.
Kiedy nosze mijały Tomasza, złapał wzrokiem moje spojrzenie.
— Posłuchaj mnie — wyszeptał. — Jeśli Aleksander zacznie grzebać głębiej, oni przyjdą po ciebie.
— Kim są „oni”?
Tomasz otworzył usta.
Ale wtedy telefon w dłoni człowieka Aleksandra ponownie zawibrował.
Druga wiadomość.
Tym razem znajdowało się w niej zdjęcie.
Aleksander spojrzał na ekran i pobladł.
— Co tam jest? — zapytałam.
Odwrócił telefon w moją stronę.
Fotografia została zrobiona kilka sekund wcześniej.
Przed naszym domem.
Przedstawiała mnie leżącą na noszach.
Ktoś obserwował nas właśnie teraz.
Pod zdjęciem widniały cztery słowa:
**„Nie zabierajcie jej do szpitala.”**
Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.







No comments yet