Słowo „zamiana” nie opuszczało mojej głowy.
Leżałam nieruchomo, z dłonią na brzuchu, próbując zrozumieć, co mogło oznaczać.
Zamiana czego?
Dokumentów?
Nazwisk?
Dzieci?
Najgorsza odpowiedź nasuwała się sama.
Aleksander wrócił do szpitala dopiero po dwóch godzinach.
Kiedy wszedł do sali, od razu wiedziałam, że coś znalazł.
Na rękawie jego kurtki widniał ciemny ślad po sadzy.
— Powiedz mi wszystko — zażądałam.
Zamknął drzwi.
— Doktor Malec została zatrzymana podczas próby zniszczenia dokumentów.
— Zaczęła mówić?
— Niewiele.
— A segregator?
Aleksander postawił na stoliku przezroczystą torbę dowodową. Wewnątrz znajdowało się kilka nadpalonych kartek.
Jedna z nich nosiła moje nazwisko.
Niżej można było odczytać:
**„Pacjentka nieświadoma procedury.”**
Przełknęłam ślinę.
— Jakiej procedury?
Aleksander wyjął zdjęcie kolejnej strony.
— To była część planu porodu.
Spojrzałam na niego.
— Mów.
— Według dokumentu po rozpoczęciu akcji porodowej miałaś zostać przewieziona nie do zwykłego szpitala, tylko do prywatnego punktu medycznego kontrolowanego przez tę grupę.
— Do domu Ryszarda?
— Prawdopodobnie właśnie tam.
Poczułam, jak żołądek zaciska mi się boleśnie.
— A potem?
Aleksander przesunął palcem po nadpalonym fragmencie.
— Po porodzie miałaś dostać silne środki uspokajające. W dokumentacji planowano wpisać komplikacje.
— Jakie?
— Krwotok. Utratę przytomności. Wszystko, co pozwoliłoby odseparować cię od dziecka na kilka godzin.
Moje serce zaczęło walić.
— A „zamiana”?
Spojrzał na mnie długo.
— Są dwa numery identyfikacyjne noworodków.
Zamarłam.
— Dwa?
— Jeden przypisany do twojego dziecka.
— A drugi?
— Do dziecka oznaczonego wyłącznie kodem.
Nie mogłam nabrać powietrza.
— Chcieli podmienić dzieci.
— Tak to wygląda.
Słowa uderzyły we mnie mocniej niż wszystko, co wydarzyło się rano.
Wyobraziłam sobie, że budzę się po porodzie.
Że ktoś podaje mi dziecko i mówi, że jest moje.
A moje prawdziwe dziecko...
Nie.
Nie potrafiłam dokończyć tej myśli.
— Po co?
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Przecież dzieci mają badania, opaski, dokumentację.
— Jeśli kontrolujesz lekarza, dokumentację i miejsce porodu, możesz stworzyć wersję wydarzeń, którą trudno później podważyć.
Przypomniałam sobie Michała.
Oficjalnie martwego.
A jednak żywego.
— Tak zrobili z nim.
Aleksander skinął głową.
— Michał jest dowodem, że potrafili fałszować akty zgonu i dokumenty medyczne.
Zacisnęłam pięści.
— A Marta?
— Nadal jej szukamy.
W tym momencie drzwi otworzył jeden z ludzi Aleksandra.
— Mamy coś z telefonu Malec.
Podał mu tablet.
Na ekranie znajdowała się lista wiadomości.
Kilka było zaszyfrowanych.
Jedna nie.
Aleksander przeczytał ją i jego twarz stwardniała.
— Co?
Obrócił ekran.
Wiadomość została wysłana dwa tygodnie wcześniej przez Halinę.
**„Ona zaczyna zadawać za dużo pytań. Tomasz stracił nad nią kontrolę. Przyspieszcie przygotowania.”**
Poczułam mdłości.
Czytałam zdanie kilka razy.
Halina nie tylko wiedziała.
Ona koordynowała.
— Dalej — powiedziałam.
Aleksander przewinął.
Kolejna wiadomość pochodziła od Ewy Malec.
**„Nie możemy działać przed trzydziestym ósmym tygodniem. Dziecko musi być zdrowe.”**
Odpowiedź Haliny była krótka.
**„Kupujący nie będzie czekał wiecznie.”**
W sali zapadła cisza.
Poczułam, jak coś we mnie pęka.
— Kupujący.
Aleksander natychmiast podniósł rękę.
— Nie zakładaj jeszcze, co to znaczy.
— Co innego może znaczyć?
— Musimy mieć dowody.
— Moje dziecko miało zostać sprzedane.
Mój głos drżał.
— A Tomasz pomagał.
Aleksander nie zaprzeczył.
Mężczyzna przy drzwiach dodał:
— Jest jeszcze jedna rozmowa.
Spojrzałam na niego.
— Między kim?
— Haliną i numerem zapisanym jako „K.”
Aleksander uruchomił nagranie.
Głos Haliny rozpoznałam natychmiast.
— Wszystko jest pod kontrolą. Ona ufa Ewie, a Tomasz dopilnuje, żeby nie wyjechała przed porodem.
Potem odezwał się mężczyzna.
Głos był zniekształcony.
— Nie interesuje mnie matka. Interesuje mnie zgodność.
Halina odpowiedziała:
— Badania potwierdziły wszystko.
— Płeć?
— Jeszcze nie chce znać.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
— To bez znaczenia.
Nagranie się urwało.
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
— Co znaczy „zgodność”? — zapytałam.
Aleksander potrząsnął głową.
— Nie wiemy.
Wtedy przypomniałam sobie coś.
— Badania.
— Jakie?
— Ewa kilka razy pobierała mi dodatkową krew.
Aleksander natychmiast spojrzał na mnie.
— Mówiłaś mi o tym?
— Nie. Twierdziła, że to standardowe badania.
— Ile razy?
— Trzy. Może cztery.
Mężczyzna przy drzwiach już pisał coś w telefonie.
— Sprawdzimy laboratorium.
Aleksander podszedł do okna.
— Jeśli „zgodność” dotyczyła parametrów medycznych, mogli szukać konkretnego dziecka.
— Dla kogo?
Nie odpowiedział.
Kilka minut później telefon mężczyzny zawibrował.
Przeczytał wiadomość.
— Mamy wynik.
Aleksander odwrócił się.
— Jaki?
— Próbki krwi nie trafiały do laboratorium wskazanego w dokumentacji.
— Dokąd?
Mężczyzna przełknął ślinę.
— Do prywatnego centrum badań genetycznych.
Poczułam lodowaty dreszcz.
— Genetycznych?
— Tak.
Aleksander odebrał mu telefon.
Na ekranie znajdowała się lista zleceń.
Moje nazwisko.
Daty.
I jedno badanie powtarzane kilkukrotnie.
Aleksander przeczytał jego nazwę.
Nagle zamarł.
— Co to jest? — zapytałam.
Podniósł wzrok.
— Porównanie zgodności genetycznej.
— Z kim?
Przewinął dokument.
Na samym dole widniał numer drugiej próbki.
Obok nazwisko.
Aleksander pobladł.
— Znam to nazwisko.
— Kogo?
Spojrzał na mnie.
— Człowieka, który oficjalnie nie ma żadnego związku z twoją rodziną.
Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.







No comments yet