Rozrywka

W szóstym miesiącu ciąży mąż bił mnie drewnianym kijem — wtedy za ukrytymi drzwiami usłyszeliśmy płacz dziecka

Przez kilka sekund nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu.

Doktor Ewa Malec.

Kobieta, która podczas każdej wizyty uśmiechała się do mnie łagodnie, przykładała głowicę ultrasonografu do mojego brzucha i mówiła, że wszystko rozwija się prawidłowo.

Kobieta, której Tomasz ufał „bardziej niż wszystkim innym”.

Teraz jej podpis widniał na akcie zgonu żywego dziecka.

— Chcę ją zobaczyć — powiedziałam.

Aleksander pokręcił głową.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo jeśli ona jest częścią tego systemu, może już wiedzieć, że Tomasz został zatrzymany.


— Tym bardziej musimy ją znaleźć.

— Znajdziemy. Ale nie ty.

Chciałam zaprotestować, kiedy mężczyzna stojący obok Aleksandra odezwał się ponownie.

— Jest jeszcze coś. Klinika doktor Malec otrzymała dziś rano informację, że pacjentka o twoich danych została przewieziona do szpitala po urazie.

Aleksander natychmiast spojrzał na niego.

— Skąd?

— Ktoś wysłał elektroniczne powiadomienie z systemu ratownictwa.

— Do kliniki, która nie prowadzi tej hospitalizacji?

— Dokładnie.

Poczułam chłód przebiegający po plecach.


— Czyli wiedzą, gdzie jestem.

— Wiedzieliby — odpowiedział Aleksander. — Gdybyśmy rzeczywiście pojechali do szpitala wskazanego przez dyspozytora.

Spojrzałam na niego.

— Dlatego zmieniłeś trasę.

— Tak.

Mój brat wyjął telefon.

— Teraz zobaczymy, kto będzie próbował cię znaleźć.

Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy jego urządzenie zawibrowało.

— Mamy ruch.

— Jaki?


— Doktor Malec właśnie opuściła klinikę. Bez odwołania wizyt. Bez rozmowy z personelem.

— Dokąd jedzie?

— Moi ludzie ją śledzą.

Serce zaczęło bić szybciej.

— Aleksander, jeśli ona ucieknie...

— Nie ucieknie.

Jego ton był spokojny, ale znałam go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie przestał traktować tę sprawę wyłącznie jako ratunek dla mnie.

Teraz szukał całej sieci.

Po chwili dostał kolejną wiadomość.

Przeczytał ją.


— Jedzie do domu twoich teściów.

Zamarłam.

— Do naszego domu?

— Nie. Do innej nieruchomości należącej do Ryszarda.

Spojrzałam na niego.

Nigdy nie słyszałam o żadnym drugim domu.

— Gdzie?

— Czterdzieści kilometrów stąd. Mały budynek poza miastem.

— Tomasz nigdy o nim nie wspominał.

— To już samo w sobie jest interesujące.


Aleksander ruszył do drzwi.

— Zostajesz tutaj.

— A ty?

— Sprawdzę, po co tam jedzie.

— Nie rób niczego sam.

Odwrócił się i spojrzał na mnie z cieniem uśmiechu.

— Sama mnie tego nauczyłaś dzisiaj rano.

Drzwi zamknęły się za nim.

Przez następną godzinę patrzyłam w sufit.

Każdy sygnał monitora przypominał mi, że moje dziecko nadal jest ze mną.


Ale każda minuta ciszy sprawiała, że wyobrażałam sobie coraz gorsze rzeczy.

W końcu Aleksander zadzwonił.

— Jesteś sama?

— Tak.

— Włącz głośnik, ale nie nagrywaj.

Usiadłam.

— Co znaleźliście?

Przez chwilę słyszałam tylko jego oddech.

— Doktor Malec przyjechała do domu Ryszarda. Pięć minut później pojawił się tam mężczyzna, którego wcześniej nie znaliśmy.

— Kto?


— Jeszcze ustalamy.

— I co robili?

— Wynosili dokumenty.

— Jakie?

— Pudła. Dyski. Sprzęt medyczny.

Zacisnęłam dłonie.

— Czyli próbują sprzątać.

— Tak.

— Zatrzymaliście ich?

— Jeszcze nie.


— Dlaczego?!

— Bo chcę zobaczyć, dokąd pojadą z tym materiałem.

Zamknęłam oczy.

Rozumiałam.

Nie chodziło już o jedną lekarkę.

Chodziło o wszystkich, którzy czekali dalej.

— Jest coś, co musisz wiedzieć — dodał Aleksander.

Otworzyłam oczy.

— Co?

— W domu znaleźliśmy pokój urządzony jak gabinet zabiegowy.


Przestałam oddychać.

— Jaki gabinet?

— Łóżko medyczne. Aparatura. Zamykane szafki. Inkubator.

— Inkubator?

— Tak.

Dziecko poruszyło się w moim brzuchu.

Przycisnęłam do niego dłonie.

— Aleksander...

— Posłuchaj mnie. Nie znaleźliśmy tam żadnego dziecka.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że zaczęłam płakać.


— Ale znaleźliśmy segregatory.

— Z kobietami?

— Tak.

— Ze zdjęć?

— Część nazwisk się zgadza.

— A moje?

Cisza.

— Aleksander.

— Jest osobny segregator.

— Co w nim jest?

— Historia całej twojej ciąży.

— To już widzieliśmy.

— Nie cała.

Jego głos stał się cięższy.

— Są tam notatki sprzed momentu, w którym powiedziałaś Tomaszowi, że jesteś w ciąży.

Poczułam, jak żołądek skręca mi się ze strachu.

— To niemożliwe.

— Jest zapis badania krwi.

— Jakiego?

— Tego, które zrobiłaś, zanim sama byłaś pewna.

Przypomniałam sobie.

Prywatne laboratorium.

Poszłam tam sama.

Nikomu wtedy nie powiedziałam.

Nawet Tomaszowi.

— Skąd oni mogli to mieć?

— Ktoś miał dostęp do wyników.

— Od początku.

— Tak.

Zacisnęłam oczy.

To nie była reakcja na moją ciążę.

Oni czekali na nią.

— Co jeszcze?

Aleksander milczał tak długo, że poczułam, że najgorsze dopiero nadchodzi.

— W segregatorze jest plan.

— Jaki plan?

— Daty. Kontrole. Przewidywany termin porodu. A potem nazwisko osoby, która miała cię przyjąć.

— Ewa Malec?

— Nie.

Otworzyłam oczy.

— Kto?

— Dokument nie zawiera pełnego nazwiska. Tylko inicjały.

— Jakie?

— H.K.

Przez chwilę patrzyłam przed siebie.

Potem przypomniałam sobie coś, co Halina powtarzała od miesięcy.

„Nie martw się porodem. Ja już zadbam, żebyś trafiła w odpowiednie ręce.”

Poczułam, jak wszystko we mnie zamiera.

— Halina.

— Te inicjały mogą należeć do kogokolwiek.

— Nie rozumiesz.

— Co?

— Halina zawsze mówiła, że to ona wybierze miejsce porodu.

Aleksander zamilkł.

— Mówiła, że „rodzina ma swój sposób”.

Po drugiej stronie telefonu usłyszałam gwałtowny ruch.

— Muszę kończyć.

— Aleksander?

— Coś się dzieje.

— Co?

Usłyszałam krzyk.

Potem huk.

Połączenie nie zostało przerwane.

Głos Aleksandra wrócił po kilku sekundach.

— Doktor Malec właśnie próbowała spalić jeden z segregatorów.

— Udało się go uratować?

— Częściowo.

— Co było na okładce?

Zapadła cisza.

— Aleksander.

W końcu odpowiedział.

— Twoje imię.

Zacisnęłam palce na pościeli.

— I jeszcze jedno słowo.

— Jakie?

Jego odpowiedź sprawiła, że przestałam czuć własne ciało.

— „Zamiana”.

Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.

No comments yet