Przez kilka sekund słyszałam tylko własny oddech.
— Chce pani powiedzieć, że ktoś złożył wniosek podpisany przez człowieka, który nie żyje?
— Dokładnie tak — odpowiedziała prokurator Kowalczyk. — I dlatego od tej chwili proszę panią, żeby nie kontaktowała się pani z żadną osobą związaną z administracją funduszu.
Spojrzałam na Kubę.
On już wiedział.
Widziałam to po jego twarzy.
— Kuba — powiedziałam, kiedy zakończyłam rozmowę. — Co jeszcze dziadek ci powiedział?
Milczał przez moment.
— Że fundusz ma zabezpieczenie.
— Jakie?
— Nie wiem dokładnie. Powiedział tylko, że jeśli ktoś spróbuje zmienić zasady albo przejąć pieniądze przed moimi osiemnastymi urodzinami, uruchomi się kontrola.
— Automatycznie?
— Chyba tak.
Oparłam dłonie o kierownicę.
To tłumaczyło panikę rodziców.
Nie chodziło tylko o pieniądze.
Chodziło o coś, co mogło zostać ujawnione podczas próby ich przejęcia.
— Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałeś?
Kuba spuścił wzrok.
— Bo mama mówiła, że jeśli cię w to wciągnę, zniszczę ci karierę.
Zacisnęłam szczękę.
— Powiedziała ci coś jeszcze?
— Że GROM nie będzie chciał mieć nic wspólnego z kimś, kto przynosi problemy rodzinne do jednostki.
Prawie się roześmiałam.
Nie dlatego, że było to zabawne.
Dlatego, że dokładnie tak działali przez całe moje dzieciństwo.
Nie grozili bezpośrednio.
Budowali w człowieku przekonanie, że każda próba obrony siebie zaszkodzi wszystkim wokół.
— Posłuchaj mnie — powiedziałam. — Nigdy więcej nie podejmuj decyzji ze strachu przed tym, co oni mogą zrobić mnie.
Kuba spojrzał na mnie.
— A jeśli naprawdę spróbują?
— Wtedy zajmę się tym ja.
Po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.
Tego samego popołudnia przyjechała do mojego mieszkania pracownica wyznaczona do przeprowadzenia pilnego wywiadu środowiskowego.
Moje mieszkanie nie przypominało domu, w którym wychował się Kuba.
Nie było marmurowych podłóg, pokojówki ani gabinetu wyłożonego drogim drewnem.
Były dwa pokoje, mała kuchnia i porządek wynikający bardziej z przyzwyczajenia niż z zamiłowania do dekoracji.
Pracownica obejrzała wszystko, zadała mi kilkadziesiąt pytań dotyczących służby, nieobecności i planu opieki nad Kubą.
Nie próbowałam niczego upiększać.
— Mogę być oddelegowana — powiedziałam. — Dlatego już wystąpiłam o czasowe rozwiązanie pozwalające mi pozostać na miejscu do czasu rozstrzygnięcia sprawy.
— I jeśli to nie będzie możliwe?
— Mam prawo wskazać bezpieczną osobę wspierającą, ale nie podejmę żadnej decyzji bez zgody Kuby i sądu.
Pracownica spojrzała na chłopaka.
— Czujesz się tutaj bezpiecznie?
Kuba odpowiedział bez wahania.
— Tak.
To jedno słowo wystarczyło.
Wieczorem prokurator Kowalczyk zadzwoniła ponownie.
— Mamy problem.
— Jaki?
— Ktoś próbował uzyskać dostęp do serwera kancelarii administrującej funduszem.
— Kiedy?
— Czterdzieści minut temu.
— Udało się?
— Częściowo. Próbowano usunąć historię korespondencji z ostatnich sześciu miesięcy.
Spojrzałam na Kubę siedzącego przy stole.
— Czy wiadomo, kto?
— Dostęp wykonano z konta Tomasza Zielińskiego.
Zamilkłam.
— Ale?
— Ale jego telefon został już zabezpieczony do analizy i według lokalizacji w tym czasie znajdował się w innym miejscu.
— Czyli ktoś miał jego dane logowania.
— Albo on wcześniej udostępnił je komuś innemu.
Przeszłam do okna.
— A moi rodzice?
— Ich urządzenia również zostaną sprawdzone. Na razie proszę niczego nie zakładać.
Wiedziałam, że to rozsądne.
Ale coraz więcej elementów zaczynało układać się w jeden wzór.
Rodzice.
Bartosz.
Tomasz Zieliński.
Fałszywy podpis dziadka.
I Kuba, który przez miesiące siedział w samym środku tego wszystkiego.
— Jest jeszcze coś — dodała prokurator.
— Słucham.
— Znaleźliśmy kopię dokumentu, którego dotyczyła próba usunięcia.
Usiadłam.
— Co w nim jest?
— Propozycja przeniesienia części aktywów funduszu do prywatnej spółki inwestycyjnej.
— Czyjej?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Spółka została utworzona dwa lata temu. Formalnie należy do zagranicznego podmiotu.
— Formalnie.
— Beneficjent rzeczywisty jest ukryty za strukturą kilku spółek.
— Czyli jeszcze nie wiecie.
— Wiemy coś innego.
Jej ton się zmienił.
— W dokumentach funduszu znajduje się adnotacja sporządzona osobiście przez pani dziadka. Dotyczy dokładnie takiej sytuacji.
Serce zabiło mi mocniej.
— Co napisał?
— Że jeśli ktokolwiek spróbuje przenieść aktywa bez zgody Jakuba, należy natychmiast ujawnić „pakiet ochronny” osobie wskazanej w osobnym załączniku.
Spojrzałam na Kubę.
— Kto jest wskazany?
Prokurator odpowiedziała:
— Pani.
Kuba zamknął oczy, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego bał się od dawna.
— Jest jeszcze jeden problem — powiedziała prokurator.
— Jaki?
— Załącznika nie ma w dokumentacji kancelarii.
— Zaginął?
— Albo został zabrany.
Kuba nagle wstał.
— Nie.
Spojrzałam na niego.
Był blady.
— Co?
— Dziadek mi powiedział, gdzie jest.
— Gdzie?
Przez moment patrzył na mnie w milczeniu.
— W naszym starym domu.
— Rodzice nadal tam mieszkają.
— Wiem.
— Kuba, jeśli wiesz, gdzie jest ten dokument, powiedz prokuraturze.
Pokręcił głową.
— To nie jest tylko dokument.
— Co masz na myśli?
Jego głos drżał.
— Dziadek powiedział, że jeśli oni kiedykolwiek spróbują przejąć fundusz, mam znaleźć skrytkę.
— Jaką skrytkę?
— Jest za ścianą w jego bibliotece.
Przypomniałam sobie trzecie nagranie.
Bartosz przyjmujący kopertę.
Tomasz Zieliński wchodzący do tego samego pomieszczenia.
Biblioteka dziadka.
Kuba spojrzał mi prosto w oczy.
— I chyba właśnie dlatego Bartosz tam był.
Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.







No comments yet