Rozrywka

Weszłam Na Rozprawę O Opiekę Nad Bratem W Pełnym Wyposażeniu GROM — Wtedy Prawnik Popełnił Jeden Arogancki Błąd

Nie zamierzałam jechać do domu rodziców sama.

Jeszcze kilka lat wcześniej zrobiłabym dokładnie to — weszłabym, znalazła skrytkę i dopiero potem zadzwoniła do kogokolwiek. Służba nauczyła mnie jednak czegoś ważniejszego niż szybkość.

Dowód znaleziony niewłaściwie może stać się bezużyteczny.

Zadzwoniłam do prokurator Kowalczyk.

Kiedy usłyszała o skrytce, przerwała mi w połowie zdania.

— Niech pani tam nie jedzie.

— Nie zamierzałam wchodzić bez zgody.

— Dobrze. Jeżeli informacje Jakuba się potwierdzą, wystąpimy o zabezpieczenie pomieszczenia.

Kuba siedział naprzeciwko mnie przy stole.

— Powiedz jej o zegarze — powiedział.


Zmarszczyłam brwi.

— Jakim zegarze?

— W bibliotece stoi stary zegar dziadka. Ten wysoki.

Pamiętałam go.

Drewniany zegar stojący między regałami, którego nie wolno nam było dotykać jako dzieciom.

— Co z nim?

— Dziadek powiedział, że jeśli kiedyś będę musiał znaleźć skrytkę, mam patrzeć tam, gdzie czas zatrzymał się dla naszej rodziny.

Prokurator usłyszała to przez telefon.

— Czy Jakub zna dokładną lokalizację?

— Nie — odpowiedziałam. — Tylko tę wskazówkę.


— To wystarczy na początek.

Dwie godziny później sytuacja zmieniła się ponownie.

Policja pojechała zabezpieczyć dom.

Moi rodzice jeszcze nie wrócili z czynności związanych z postępowaniem, ale ktoś był tam przed funkcjonariuszami.

Drzwi do biblioteki zostały wyważone.

Nic więcej w domu nie wyglądało na naruszone.

Nie zniknęła biżuteria.

Nie zniknęła elektronika.

Nie zniknęły pieniądze przechowywane w gabinecie ojca.

Ktoś przyszedł tylko po jedno.


Po to, co znajdowało się w bibliotece.

Kowalczyk zadzwoniła do mnie z miejsca.

— Proszę przygotować Jakuba. Potrzebuję, żeby zobaczył zdjęcia pomieszczenia.

Podałam mu telefon.

Na pierwszym zdjęciu zobaczyliśmy przewrócone książki.

Na drugim rozciętą tapicerkę starego fotela dziadka.

Na trzecim otwarte szuflady biurka.

Kuba przesuwał fotografie w milczeniu.

Nagle zatrzymał palec.

— Jeszcze raz.


Cofnęłam zdjęcie.

— Co widzisz?

Powiększył fragment przy zegarze.

Jego tylna obudowa była odsunięta od ściany.

— Tam — powiedział.

— Skrytka?

— Nie wiem. Ale dziadek nigdy nie pozwalał nikomu przesuwać tego zegara.

Przekazałam informację prokurator.

Kilka minut później funkcjonariusz zdjął drewnianą listwę znajdującą się za zegarem.

Za nią rzeczywiście była wnęka.


Pusta.

Kuba pobladł.

— Było tam coś.

— Skąd wiesz?

Wskazał na fotografię.

— Dziadek robił wszystko bardzo dokładnie. Spójrz na kurz.

Przybliżyłam zdjęcie.

Wewnątrz wnęki widoczny był jasny prostokąt otoczony warstwą starego pyłu.

Przez lata leżał tam przedmiot wielkości grubej teczki.

Ktoś zabrał go niedawno.


— Czy rodzice wiedzieli o skrytce? — zapytała Kowalczyk przez telefon.

Kuba pokręcił głową.

— Nie powinni.

— Kto jeszcze mógł wiedzieć?

Długo się zastanawiał.

— Pan Tomasz.

Spojrzałam na niego.

— Mąż sędzi?

— Dziadek spotykał się z nim przed śmiercią. Kilka razy.

To zmieniało kontekst nagrania z biblioteki.


Do tej pory Tomasz Zieliński wyglądał jak kolejny uczestnik układu.

Teraz istniała również inna możliwość.

— Czy widziałeś, o czym rozmawiali?

— Nie. Ale raz dziadek kazał mi wyjść, kiedy przyszedł pan Tomasz. Potem powiedział, że są rzeczy, których nie można zostawić tylko w jednym miejscu.

Poczułam, jak elementy układanki przesuwają się w głowie.

Jedna kopia na karcie Kuby.

Druga gdzieś poza domem.

Pakiet ochronny.

Załącznik wskazujący mnie.

Dziadek nie improwizował.


Przygotowywał się.

Kowalczyk odezwała się po chwili.

— Muszę sprawdzić jeszcze jedną rzecz.

Rozłączyła się.

Czekaliśmy prawie pół godziny.

Kuba chodził po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.

— Jeśli ktoś zabrał tę teczkę, to już po wszystkim? — zapytał.

— Nie.

— Skąd wiesz?

— Bo dziadek nie zostawiłby wszystkiego w jednej skrytce, skoro sam powiedział ci, że tak się nie robi.


Usiadł.

— Naprawdę tak myślisz?

— Tak.

Telefon zadzwonił.

Kowalczyk mówiła szybciej niż wcześniej.

— Mamy przełom.

— Jaki?

— Sprawdziłam stare rejestry kancelarii. Tomasz Zieliński rzeczywiście spotykał się z pani dziadkiem wielokrotnie w ostatnim roku jego życia.

— Czyli pracował dla niego?

— Nieformalnie.


— Co to znaczy?

— Pani dziadek podejrzewał, że ktoś próbuje wpływać na osoby zarządzające funduszem. Zieliński pomagał mu przygotować zabezpieczenia poza oficjalnym obiegiem kancelarii.

Spojrzałam na Kubę.

— Więc mąż sędzi niekoniecznie brał udział w oszustwie.

— Tego jeszcze nie możemy stwierdzić. Ale pojawiło się coś ważniejszego.

— Co?

— Tomasz Zieliński zgłosił się przed chwilą sam.

Wyprostowałam się.

— Gdzie był?

— W szpitalu.

— Dlaczego?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Twierdzi, że ktoś zaatakował go trzy dni temu po tym, jak odmówił przekazania dokumentów dotyczących funduszu.

Kuba przestał oddychać na moment.

— Czy powiedział, kto?

— Nie widział napastnika.

— A dokumenty?

— Nie miał ich przy sobie.

— Wie, gdzie są?

— Twierdzi, że tak.

Poczułam ulgę, ale Kowalczyk natychmiast ją zgasiła.

— Jest jednak problem.

— Jaki?

— Dokumenty można odzyskać tylko przy użyciu dwóch elementów zabezpieczenia.

— Jakich?

— Pierwszy ma Tomasz.

Spojrzałam na Kubę.

— A drugi?

— Według pana Zielińskiego pani dziadek przekazał go komuś z rodziny.

Kuba nagle zerwał się z krzesła.

Pobiegł do plecaka, który zabraliśmy z domu rodziców wraz z jego rzeczami osobistymi.

Wyciągnął z niego starą książkę w skórzanej oprawie.

Rozpoznałam ją natychmiast.

Dziadek czytał nam ją, kiedy byliśmy mali.

Kuba otworzył tylną okładkę.

Pod podklejonym fragmentem skóry znajdował się cienki metalowy klucz.

Patrzyłam na niego bez słowa.

— Dał mi tę książkę tydzień przed śmiercią — wyszeptał Kuba. — Powiedział, żebym nigdy jej nie wyrzucał.

Telefon nadal trzymałam przy uchu.

Prokurator Kowalczyk usłyszała każde słowo.

— Pani komandor — powiedziała poważnie. — Proszę nie dotykać tego klucza więcej, niż jest konieczne.

— Dlaczego?

— Bo Tomasz właśnie powiedział nam, co otwiera.

Spojrzałam na metalowy przedmiot w dłoni Kuby.

— Co?

— Skrytkę depozytową założoną przez pani dziadka kilka miesięcy przed śmiercią.

Zawahała się.

— I według dokumentów dostęp do niej mają tylko dwie osoby.

— Kuba?

— Nie.

Jej odpowiedź sprawiła, że poczułam chłód na karku.

— Tomasz Zieliński i pani.

Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.

No comments yet