Kowalczyk nie czekała ani sekundy.
— Dzwonię do banku powierniczego i wydaję dyspozycję zabezpieczenia — powiedziała. — Pani komandor, proszę zostać przy Jakubie. Tomasz, pan zostaje tutaj.
— Jeśli trzeba potwierdzić moje uprawnienia, mogę—
— Nie. Od tej chwili wszystko idzie formalnym kanałem.
Wybrała numer, jednocześnie przesuwając dokument dziadka bliżej telefonu. Jej głos stał się chłodny i precyzyjny.
— Prokurator Anna Kowalczyk. Potrzebuję natychmiastowego wstrzymania dyspozycji dotyczącej funduszu Jakuba Nowaka. Tak, pełna blokada. Mamy podejrzenie oszustwa, fałszerstwa i działania na szkodę małoletniego.
Kuba patrzył na zegar na ścianie.
Trzydzieści trzy minuty.
— Zdążymy? — zapytał.
Nie odpowiedziałam od razu.
Nie chciałam go okłamywać.
— Zrobimy wszystko, żeby zdążyć.
Tomasz zacisnął szczękę.
— Jeśli przelew został zlecony jako transakcja międzybankowa, może już być w kolejce rozliczeniowej.
Kowalczyk zasłoniła mikrofon dłonią.
— Wiem.
Po chwili odsunęła telefon od ucha.
— Bank potrzebuje drugiego potwierdzenia, że instrukcja dziadka jest nadal prawnie skuteczna.
— Od kogo?
— Od administratora funduszu.
Tomasz pobladł.
— Administrator podpisał wczoraj zgodę na transfer.
— Właśnie dlatego mamy problem.
Kuba spojrzał na niego.
— Czyli osoba, która miała chronić pieniądze, pomagała im je zabrać?
— Albo została do tego zmuszona — odpowiedziałam.
Kowalczyk już wybierała kolejny numer.
Nikt nie odebrał.
Drugi numer.
Poczta głosowa.
Trzeci.
Wyłączony telefon.
— Jak się nazywa administrator? — zapytałam.
— Marek Domański.
Tomasz podniósł głowę.
— Znam go. Wasz dziadek mu ufał.
— Najwyraźniej ktoś też o tym wiedział.
Kowalczyk spojrzała na mnie.
— Policja jedzie do jego domu.
Minuty przesuwały się zbyt szybko.
Dwadzieścia osiem.
Dwadzieścia sześć.
Kuba zaczął chodzić po pokoju.
— A jeśli już zabrali pieniądze?
— Fundusz to nie tylko pieniądze — powiedziałam. — Są dokumenty, nieruchomości, aktywa. I przede wszystkim są dowody.
— Ale dziadek zostawił to dla mnie.
— I właśnie dlatego nie pozwolimy im tego ukraść.
Telefon Kowalczyk zadzwonił.
Odebrała natychmiast.
Słuchała kilka sekund.
— Gdzie?
Jej twarz się zmieniła.
— Czy żyje?
Kuba zatrzymał się.
— Rozumiem. Zabezpieczcie wszystko.
Rozłączyła się.
— Domański został znaleziony w swoim domu. Jest przytomny, ale pobity.
Tomasz zaklął pod nosem.
— To samo co ze mną.
— Prawie — odpowiedziała Kowalczyk. — Z tą różnicą, że przy nim zostawiono podpisaną zgodę na transfer.
— Podpisał?
— Twierdzi, że pod przymusem.
Kuba usiadł ciężko.
— To tata?
Kowalczyk spojrzała na niego uważnie.
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Ja wiem.
Wszyscy odwróciliśmy się w jego stronę.
— Co masz na myśli?
— Słyszałem kiedyś rozmowę taty z Wysockim. Tata powiedział: „Jak Domański zacznie stawiać warunki, przypomnimy mu, co ma do stracenia”.
Kowalczyk natychmiast zapisała zdanie.
— Kiedy to było?
— Może miesiąc temu.
— Dlaczego wcześniej o tym nie mówiłeś?
Kuba zacisnął dłonie.
— Bo wtedy nie wiedziałem, o czym mówią.
Telefon zadzwonił ponownie.
Tym razem Kowalczyk włączyła głośnik.
— Pani prokurator, bank potwierdził, że transakcja jest przygotowana do wykonania — powiedział męski głos. — Ale pojawiła się blokada zgodności.
— Na jakiej podstawie?
— Automatyczny alert beneficjenta.
Spojrzałam na dokument dziadka.
— Jaki alert?
— System wymaga potwierdzenia osoby wskazanej w zabezpieczeniu testamentowym.
Kowalczyk spojrzała na mnie.
— Czyli pani.
— Jak mam to zrobić?
— Bank musi zweryfikować pani tożsamość i podpis.
— Ile mamy czasu?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Siedemnaście minut.
Kowalczyk podała mi tablet.
Na ekranie pojawił się formularz bankowy.
Nazwisko.
Numer dokumentu.
Kod identyfikacyjny z załącznika dziadka.
Podpis.
Przeszłam przez wszystko krok po kroku.
Na końcu pojawiło się pytanie:
„Czy żąda Pani natychmiastowego zawieszenia wszystkich dyspozycji dotyczących aktywów małoletniego beneficjenta?”
Nacisnęłam „TAK”.
Ekran ładował się.
Kuba wstrzymał oddech.
Po chwili pojawił się czerwony komunikat.
„Weryfikacja nieudana.”
— Co? — wyrwało mu się.
Spróbowałam ponownie.
Ten sam komunikat.
Tomasz pochylił się nad ekranem.
— Ktoś zmienił dane autoryzacyjne.
Kowalczyk chwyciła telefon.
— Bank może to cofnąć?
Głos odpowiedział:
— Tylko jeśli udowodnimy, że zmiana została dokonana nielegalnie przed wykonaniem przelewu.
— Ile czasu?
— Jedenaście minut.
Kuba nagle poderwał głowę.
— Kod.
— Jaki kod?
— Dziadek nie zostawił tylko jednego.
Sięgnął po książkę, z której wcześniej wyjęliśmy klucz.
— Kiedy byłem mały, dziadek kazał mi zapamiętać sześć cyfr. Myślałem, że to kod do alarmu.
— Pamiętasz je?
— Tak.
Podał numer.
Tomasz spojrzał na mnie.
— To nie alarm.
Kowalczyk wpisała cyfry w dodatkowe pole odzyskiwania.
System zawahał się.
Potem ekran zmienił kolor.
„Kod awaryjny zaakceptowany.”
Poniżej pojawił się zapis ostatnich zmian.
Ktoś zmienił moje dane autoryzacyjne poprzedniej nocy o 22:14.
Adres IP był zapisany w logu.
Kowalczyk przekazała go technikowi.
Odpowiedź przyszła po kilkudziesięciu sekundach.
Połączenie pochodziło z kancelarii Bartosza Wysockiego.
— Mamy go — powiedziała Kowalczyk.
— Jeszcze nie — odpowiedziałam, wskazując zegar.
Pięć minut.
Bank ponownie uruchomił weryfikację.
Tym razem mój podpis został zaakceptowany.
Na ekranie pojawił się przycisk:
„ZAMROŹ AKTYWA”.
Nacisnęłam.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy.
Potem zobaczyliśmy komunikat:
„DYSPOZYCJA WSTRZYMANA. FUNDUSZ ZABLOKOWANY DO ODWOŁANIA.”
Kuba opadł na krzesło.
Zakrył twarz dłońmi.
Podeszłam do niego i objęłam go pierwszy raz od naszego spotkania.
Nie odsunął się.
Drżał.
— Już? — wyszeptał.
— Ta część tak.
Kowalczyk nie wyglądała jednak na uspokojoną.
Patrzyła na drugi ekran.
— Co się stało?
Odwróciła laptop w naszą stronę.
Technicy właśnie przeanalizowali spółkę, do której miał trafić fundusz.
Warstwa po warstwie usuwali podstawione podmioty.
Na końcu pojawiło się nazwisko beneficjenta rzeczywistego.
Nie należało do mojego ojca.
Ani do matki.
Ani do Bartosza.
Kuba przeczytał je pierwszy.
— Niemożliwe.
Tomasz wstał tak gwałtownie, że przewrócił krzesło.
Na ekranie widniało:
„Tomasz Zieliński”.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Tomasz patrzył na własne nazwisko, jakby widział je pierwszy raz.
— To dlatego mnie pobili — powiedział w końcu. — Nie chcieli tylko dokumentów. Chcieli, żebym wyglądał jak człowiek, który próbował przejąć fundusz.
— Albo chcieli pana uciszyć, zanim zdąży pan zaprzeczyć — odpowiedziała Kowalczyk.
Kuba spojrzał na niego nieufnie.
— Skąd mamy wiedzieć, że pan teraz nie kłamie?
Tomasz przyjął pytanie bez oburzenia.
— Nie macie. I nie powinniście mi wierzyć na słowo. Sprawdźcie podpisy, serwery, moje konta, wszystko.
To była pierwsza rozsądna rzecz, jaką powiedział od początku.
Kowalczyk skinęła głową.
— Dokładnie to zrobimy.
Spojrzałam ponownie na strukturę spółki.
Ktoś zbudował ją tak, by prowadziła do Tomasza.
Zbyt idealnie.
Zbyt czysto.
Jak pułapkę przygotowaną nie dla pieniędzy, lecz dla śledczych.
Spojrzałam na męża sędzi.
Jego twarz straciła kolor.
— Nigdy nie założyłem tej spółki.
Kowalczyk zrobiła krok w jego stronę.
— W takim razie ktoś bardzo starannie przygotował pana na rolę człowieka, na którego miało spaść wszystko.
A wtedy mój telefon zawibrował.
Wiadomość z nieznanego numeru.
Jedno zdjęcie.
Mój ojciec siedział w samochodzie obok Bartosza Wysockiego.
Pod zdjęciem znajdowało się tylko jedno zdanie:
„Jeśli chcecie poznać prawdziwego właściciela, przestańcie patrzeć na tych, których wam pokazano.”
Ciąg dalszy — kliknij Część 9, aby czytać dalej.







No comments yet