Dłoń generała Rudzkiego spoczywała na moim ramieniu odrobinę za długo.
Nie odsunąłem się.
Przez lata uczono mnie, że człowiek, który wie, że został rozpoznany, staje się niebezpieczniejszy niż ten, który wciąż wierzy, że pozostaje niewidzialny.
Dlatego spojrzałem tylko na bukiet róż w jego dłoni i zmusiłem twarz do wyrażenia zmęczenia.
— Lekarze niczego nie obiecują — powiedziałem.
Rudzki westchnął dokładnie tak, jak powinien westchnąć stary dowódca zatroskany losem żony swojego żołnierza.
— Teresa zawsze była silna.
To zdanie sprawiło, że coś we mnie stwardniało.
Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek opowiadał mu o Teresie na tyle dużo, by mógł wypowiadać jej imię z taką swobodą.
— Znał ją pan? — zapytałem.
Jego oczy zatrzymały się na mnie może pół sekundy za długo.
— Spotkaliśmy się kilka razy na wojskowych przyjęciach. Nic więcej.
Skłamał.
Teresa unikała takich wydarzeń. Nienawidziła mundurów, toastów i ludzi, którzy godzinami opowiadali o honorze, a potem wracali do domów, gdzie nikt nie patrzył im na ręce.
Rudzki zabrał dłoń z mojego ramienia.
— Powinieneś odpocząć, Adam. Zostaw policję, lekarzy i prokuraturę, żeby wykonywali swoją pracę.
— Policję?
— Tak.
— Ciekawe.
Zmarszczył brwi.
— Co?
— Nic. Po prostu komisarz Milewski powiedział mi mniej więcej to samo.
Przez jego twarz przemknęło coś zimnego.
Zniknęło natychmiast.
— Milewski jest doświadczonym funkcjonariuszem.
— Zna go pan?
— Adam, znam połowę ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w tym mieście.
Uśmiechnął się lekko.
— Taka jest cena noszenia generalskich gwiazdek.
Drzwi OIOM-u otworzyły się.
Lekarka wyszła na korytarz i zdjęła rękawiczki.
— Stan pani Teresy został ustabilizowany. Alarm wywołało nagłe zaburzenie rytmu serca. Musimy ograniczyć wszelkie bodźce.
Spojrzała na Rudzkiego.
— Tylko najbliższa rodzina może pozostać na oddziale.
Generał skinął głową.
— Oczywiście.
Wręczył mi róże.
— Przekaż jej, że życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
Patrzyłem, jak odchodzi w stronę wind.
Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły, spojrzałem na bukiet.
Między łodygami znajdowała się mała biała koperta.
Bez nazwiska.
Bez adresu.
Wsunąłem ją do kieszeni i wszedłem do toalety na końcu korytarza.
W środku znajdowała się pojedyncza kartka.
„Nie grzeb w sprawach, których nie rozumiesz. Teresa żyje, bo ktoś na to pozwolił.”
Nie było podpisu.
Nie potrzebowałem go.
Zrobiłem zdjęcie kartki, schowałem ją do plastikowego woreczka po szpitalnej maseczce i wróciłem na oddział.
Teresa spała.
Tym razem usiadłem przy niej bez słowa.
Patrzyłem na bandaże, siniaki i konstrukcje stabilizujące złamane kończyny.
Trzydzieści jeden złamań.
„Dominik nie chciał przestać.”
Maks powiedział to w magazynie.
Nie przypadek.
Nie napad.
Nie utrata kontroli jednego człowieka.
Egzekucja, która wymknęła się spod kontroli.
Tylko dlaczego Teresa powiedziała: „To nie Wiktor”?
Jeżeli Wiktor Wilk nie stał na szczycie, oznaczało to, że Wilk Industries było jedynie narzędziem.
A człowiekiem trzymającym to narzędzie mógł być Marek Rudzki.
Mój dawny dowódca.
Człowiek, który pięć lat wcześniej wyciągnął mnie spod ostrzału podczas operacji poza granicami kraju.
Człowiek, któremu ufałem bardziej niż większości własnej rodziny.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
„Masz coś, co nie należy do ciebie.”
Sekundę później przyszła druga wiadomość.
Zdjęcie.
Mój dom.
Zrobione kilka minut wcześniej.
Ktoś stał po drugiej stronie ulicy.
Odpisałem tylko:
„Czego chcecie?”
Odpowiedź pojawiła się natychmiast.
„Telefonu.”
Spojrzałem na urządzenie w dłoni.
Nagranie rozmowy Maksa z Milewskim.
Jedyny dowód, który bezpośrednio łączył policjanta, Wilków i wojskowe transporty.
Wiedzieli o nim.
To oznaczało, że ktoś widział mnie w magazynie albo jeden z ludzi Milewskiego rozpoznał mnie później.
Nie mogłem już wrócić do domu.
Nie mogłem też trzymać jedynej kopii przy sobie.
Wyszedłem na klatkę schodową i zadzwoniłem do jednego człowieka, którego nazwiska nie było w żadnym z moich prywatnych kontaktów.
Pułkownik Paweł Lis.
Przez trzy lata służyliśmy razem w GROM-ie.
Nigdy nie pytał, dlaczego potrzebuję pomocy. Najpierw pomagał, potem zadawał pytania.
— Adam? — odezwał się po drugim sygnale.
— Potrzebuję depozytu.
Zapadła krótka cisza.
— Jak gorącego?
— Takiego, przez który generał może stracić gwiazdki.
Lis przestał oddychać na moment.
— Mówisz o kimś konkretnym?
— Jeszcze nie przez telefon.
— Gdzie jesteś?
— Szpital.
— Nie ruszaj się.
— Paweł.
— Co?
— Jeśli nie odezwę się do rana, otwierasz plik.
Tym razem cisza trwała dłużej.
— Rozumiem.
Rozłączyłem się.
Nie minęło dziesięć minut, gdy do sali Teresy weszła pielęgniarka, której wcześniej nie widziałem.
Miała maseczkę, czepek i identyfikator przypięty zbyt wysoko, żeby łatwo odczytać nazwisko.
Podeszła do pompy infuzyjnej.
— Co pani podaje? — zapytałem.
Nie spojrzała na mnie.
— Lek przeciwbólowy.
— Jaki?
Jej ręka zatrzymała się nad strzykawką.
— Proszę pozwolić mi pracować.
Wstałem.
— Jaki lek?
Odwróciła głowę.
W jej oczach nie było irytacji.
Był strach.
Sięgnąłem do przycisku wezwania personelu.
Wtedy upuściła strzykawkę i rzuciła się do drzwi.
Złapałem ją za nadgarstek.
Nie wykręcałem go.
Nie musiałem.
— Kto ci kazał tu przyjść?
— Puść mnie!
— Kto?
Szarpnęła się.
Na korytarzu rozległy się kroki.
Prawdziwa pielęgniarka zatrzymała się w drzwiach.
— Co się tutaj dzieje?
Kobieta w moim uścisku zamarła.
Prawdziwa pielęgniarka spojrzała na jej identyfikator.
Jej twarz pobladła.
— Ta osoba nie pracuje na naszym oddziale.
Fałszywa pielęgniarka kopnęła mnie w goleń i wyrwała się w stronę korytarza.
Ruszyłem za nią.
Dopadłem do drzwi przeciwpożarowych dokładnie w chwili, gdy zniknęła na schodach.
Na półpiętrze czekał mężczyzna w ciemnej kurtce.
Odepchnął ją za siebie i wyciągnął broń.
Zatrzymałem się.
Nie dlatego, że się bałem.
Za ścianą leżała Teresa.
Jeden strzał mógł przejść przez drzwi.
Mężczyzna cofał się powoli.
— Następnym razem nie zdążysz — powiedział.
Potem oboje zniknęli piętro niżej.
Nie ruszyłem za nimi.
Wróciłem do sali.
Strzykawka nadal leżała na podłodze.
Lekarka podniosła ją przez gazę i obejrzała zawartość pod światło.
— To nie jest preparat używany przez nasz oddział.
— Co by zrobił?
— Musimy przeprowadzić analizę.
Spojrzała na Teresę.
— Ale przy jej stanie... nawet niewielka dawka niewłaściwego środka mogłaby być śmiertelna.
Wiedziałem już jedno.
Rudzki nie przyjechał sprawdzić, czy Teresa się obudzi.
Przyjechał przygotować drogę, żeby więcej się nie obudziła.
Telefon zawibrował ponownie.
Tym razem wiadomość pochodziła od Maksa.
Tylko pięć słów.
„Adam. Oni zabiją mojego ojca.”
A zaraz pod nimi:
„Wiktor chce powiedzieć ci prawdę.”







No comments yet