Dominik nie strzelał już przez ścianę.
To było bardziej niepokojące niż kolejne kule.
Cisza oznaczała, że zmienił plan.
— Adam! — zawołał ponownie. — Nie musimy kończyć tego źle.
Wiktor spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— On naprawdę tak mówi?
— Ludzie tacy jak twój syn zawsze wierzą, że przemoc staje się rozsądna, kiedy odpowiednio ją nazwą.
Mój telefon zawibrował.
Paweł.
„Dwóch od północy. Trzech przy samochodach. Dominik przy głównym wejściu. Maks żyje. Trzymają go przy kontenerze.”
To zmieniało sytuację.
Nie mogliśmy po prostu przeczekać.
Spojrzałem na tylną część magazynu.
Podczas wejścia zauważyłem stare drzwi techniczne prowadzące na pomost przeładunkowy.
— Umiesz pływać? — zapytałem Wiktora.
— Co?
— To nie było pytanie retoryczne.
— Tak.
— Dobrze.
Wsunąłem telefon do kieszeni.
— Za dwie minuty wyłączę światło. Biegniesz za mną i nie zatrzymujesz się, nawet jeśli usłyszysz strzały.
Wiktor zacisnął szczękę.
— A Maks?
— Najpierw wyciągniemy ciebie. Potem wrócę po niego.
— Nie zostawię syna.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
— Jeśli teraz wyjdziesz głównymi drzwiami, Dominik dostanie jednocześnie ciebie i klucz. Wtedy Teresa omal nie umarła za nic.
To zadziałało.
Wiktor skinął głową.
Sięgnąłem do skrzynki elektrycznej przy stalowym filarze.
— Paweł — wyszeptałem do telefonu. — Za sześćdziesiąt sekund zgaśnie magazyn. Potrzebuję hałasu po stronie północnej.
— Rozumiem.
— Maks?
— Nadal żyje.
— Nie pozwól im go zabrać.
— Postaram się.
— Nie. Zrób to.
Paweł milczał sekundę.
— Jasne.
Policzyłem do sześćdziesięciu.
Potem wyrwałem główny bezpiecznik.
Magazyn pogrążył się w ciemności.
Niemal natychmiast po północnej stronie rozległ się trzask tłuczonej szyby.
Ktoś zaklął.
Potem drugi hałas.
Paweł odciągał ich dokładnie tam, gdzie chciałem.
— Teraz.
Ruszyliśmy.
Dotarliśmy do tylnych drzwi, zanim przeciwnicy zrozumieli, że magazyn jest pusty.
Pomost był śliski od deszczu.
Za nim czarna Wisła.
Wiktor zatrzymał się na moment.
— Powiedziałeś, że mam biec.
— To biegnij.
Przeszliśmy wzdłuż betonowego nabrzeża do opuszczonego warsztatu po drugiej stronie ogrodzenia.
Dopiero wtedy odezwał się Paweł.
— Maks jest ze mną.
Wiktor zamknął oczy.
Po raz pierwszy zobaczyłem u niego coś przypominającego ulgę.
— A Dominik?
— Uciekł. Dwóch jego ludzi też. Reszta się rozproszyła.
— Zidentyfikowałeś kogoś?
— Jednego.
— Kogo?
— Kapitana Wojciecha Brala z wojskowej logistyki.
Wiktor przeklął cicho.
— Znasz go? — zapytałem.
— To jeden z ludzi Rudzkiego.
Wszystko zaczynało układać się w ten sam wzór.
Wojsko.
Wilk Industries.
Policja.
Transporty.
Rudzki nie zbudował jednej grupy.
Zbudował system.
Pół godziny później siedzieliśmy we czwórkę w starym samochodzie Pawła.
Maks miał rozciętą wargę, ale poza tym wyglądał na całego.
Nie patrzył na ojca.
Wiktor próbował kilka razy coś powiedzieć.
Za każdym razem rezygnował.
W końcu Maks odezwał się pierwszy.
— Dominik wiedział o kluczu.
Wiktor zesztywniał.
— Skąd?
— Przeszukał mój pokój.
— Kiedy?
— Po ataku na Teresę.
Maks spojrzał na mnie.
— Nie znalazł go wtedy. Trzymałem go w bucie.
— Dlaczego mi go nie dałeś od razu?
Jego oczy zaczerwieniły się.
— Bo się bałem.
Nie odpowiedziałem.
Strach nie był usprawiedliwieniem.
Ale był prawdą.
Maks otarł krew z ust.
— Teresa wiedziała, że coś pójdzie źle. Powiedziała mi, że jeśli zaczną jej szukać, mam nikomu nie ufać. Nawet ojcu.
Wiktor spuścił głowę.
— Miała rację.
Spojrzałem na zegarek.
Dworzec Warszawa Centralna otwierał się dla porannego ruchu.
Jeśli Dominik wiedział o kluczu, nie mieliśmy wiele czasu.
— Jedziemy.
Paweł pokręcił głową.
— To może być pułapka.
— Może.
— Rudzki mógł obserwować szafkę od tygodni.
— Też możliwe.
— Więc?
— Więc nie otworzymy jej od razu.
Na dworcu pojawiliśmy się osobno.
Paweł wszedł pierwszy.
Ja pięć minut później.
Maks i Wiktor zostali w samochodzie dwie ulice dalej.
Szafka numer 117 znajdowała się na końcu bocznego korytarza.
Nie podszedłem do niej.
Usiadłem przy kawiarni naprzeciwko i obserwowałem.
Dziesięć minut.
Piętnaście.
Dwadzieścia.
Nic.
Potem zauważyłem mężczyznę czytającego gazetę.
Nie przewrócił strony ani razu.
Drugi stał przy automacie z biletami.
Trzeci pojawił się przy wejściu.
Nie znałem ich.
Ale znałem sposób, w jaki obserwowali przestrzeń.
— Trzech — powiedziałem cicho do słuchawki.
— Widzę — odpowiedział Paweł.
— Czyli czekają.
— Na ciebie.
— Nie.
Spojrzałem na szafkę.
— Na kogokolwiek, kto ją otworzy.
Wstałem i ruszyłem w przeciwną stronę.
— Co robisz? — zapytał Paweł.
— Zmieniam reguły.
Przy punkcie informacji znalazłem pracownika ochrony dworca i pokazałem mu wojskową legitymację.
Nie mówiłem o spisku.
Nie mówiłem o Rudzkim.
Powiedziałem tylko, że istnieje podejrzenie pozostawienia niebezpiecznego przedmiotu.
Dziesięć minut później cały boczny korytarz został zamknięty.
Ludzie Rudzkiego musieli odejść.
A szafkę otworzył technik pod nadzorem ochrony i kamer.
W środku nie było materiałów wybuchowych.
Była czarna torba.
Pendrive.
Mały notes.
I koperta zaadresowana do mnie.
„Adam.”
Tylko tyle.
Poprosiłem, żeby wszystko zostało sfotografowane przed przekazaniem.
Nie zamierzałem pozwolić nikomu później twierdzić, że sam coś podrzuciłem.
Dopiero w bezpiecznym pomieszczeniu Paweł uruchomił pendrive na odłączonym od sieci laptopie.
Na ekranie pojawiły się foldery.
Daty.
Numery transportów.
Nazwy jednostek.
Nazwiska.
Dziesiątki nazwisk.
Wiktor nie przesadzał.
— Boże — wyszeptał Paweł.
Przewijaliśmy dokumenty.
Faktury za pojazdy, które nigdy nie dotarły do wskazanych magazynów.
Podpisy odbioru składane przez ludzi będących w tym czasie setki kilometrów dalej.
Listy numerów seryjnych sprzętu, który oficjalnie został wycofany, a potem pojawiał się w kolejnych transportach.
I wszędzie ta sama grupa zatwierdzających.
Rudzki.
Bral.
Milewski na dokumentach zabezpieczenia przejazdów.
Kilku urzędników.
Wiktor przy zleceniach transportowych.
Nagle Paweł zatrzymał przewijanie.
— Adam.
Na ekranie widniała tabela sprzed trzech lat.
Operacja zagraniczna.
Moja operacja.
Znałem tę datę.
Znałem numer konwoju.
Znałem miejsce.
To była noc, podczas której Rudzki rzekomo uratował mi życie.
Przesunąłem palcem po ekranie.
Transport, który mieliśmy ochraniać, został wpisany jako sprzęt medyczny.
W rzeczywistości numer kontenera odpowiadał jednemu z nielegalnych przewozów Wilk Industries.
Przez chwilę nie mogłem się poruszyć.
— Adam?
Nie odpowiedziałem.
Przypomniałem sobie tamtą noc.
Eksplozję.
Chaos.
Rudzkiego wyciągającego mnie zza płonącego pojazdu.
Przez trzy lata uważałem, że żyję dzięki niemu.
Teraz po raz pierwszy pojawiło się inne pytanie.
Dlaczego w ogóle znaleźliśmy się pod ostrzałem?
Otworzyłem kopertę Teresy.
W środku była krótka, odręcznie napisana wiadomość.
„Adam, jeśli to czytasz, znaczy, że nie zdążyłam ci wszystkiego powiedzieć. Nie zaczęłam tego śledztwa przez Wilków. Zaczęłam je, kiedy znalazłam twoje nazwisko.”
Serce zabiło mi mocniej.
Niżej znajdowało się jeszcze jedno zdanie.
„Rudzki nie uratował ci życia tamtej nocy. To on wysłał twój oddział w miejsce, w którym miał zniknąć człowiek mogący rozpoznać ładunek.”
Przeczytałem tekst ponownie.
Potem trzeci raz.
Paweł patrzył na mnie bez słowa.
W jednej chwili śledztwo Teresy przestało dotyczyć tylko jej pobicia.
Nie chodziło już nawet o korupcję.
Ktoś trzy lata wcześniej wykorzystał mój oddział jako osłonę dla przestępstwa.
Ludzie zginęli.
Ja przeżyłem.
A człowiek, którego uważałem za swojego wybawcę, być może od początku próbował dopilnować, żebym nie wrócił z tamtej misji.
Telefon Pawła zawibrował.
Spojrzał na ekran.
— Co? — zapytałem.
Nie odpowiedział od razu.
Odwrócił telefon w moją stronę.
Wiadomość pochodziła ze szpitala.
„Pacjentka Teresa Nowak została przeniesiona na polecenie wojskowego zespołu medycznego.”
Zamarłem.
— Jakiego zespołu?
Paweł przewinął niżej.
Pod dokumentem widniał podpis.
Generał Marek Rudzki.
Spojrzałem na godzinę.
Teresa została zabrana siedemnaście minut wcześniej.
Rudzki nie próbował już uciszyć jej w szpitalu.
Teraz ją miał.







No comments yet