Przez kilka sekund patrzyłem na podpis Rudzkiego, jakbym mógł samą siłą wzroku sprawić, żeby zniknął.
Nie zniknął.
Teresa została zabrana siedemnaście minut wcześniej.
Siedemnaście minut to w mieście wystarczająco dużo, żeby zmienić samochód, trasę i dokumenty.
Ale nie wystarczająco dużo, żeby zniknąć bez śladu.
— Dzwoń do szpitala — powiedziałem.
Paweł już wybierał numer.
Ja zadzwoniłem do Maksa.
Odebrał natychmiast.
— Adam?
— Czy twój ojciec zna miejsca, których Rudzki używa do przechowywania ludzi albo dokumentów?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co się stało?
— Zabrali Teresę.
Usłyszałem przekleństwo.
Potem głos Wiktora gdzieś w tle.
— Daj mi telefon.
Maks przekazał mu urządzenie.
— Kiedy? — zapytał Wiktor.
— Siedemnaście minut temu. Oficjalnie wojskowy transport medyczny.
— To nie był transport medyczny.
— Wiem.
— Rudzki ma dwa miejsca, które kiedyś wykorzystywał poza oficjalną ewidencją.
— Jakie?
— Stary wojskowy ośrodek rehabilitacyjny pod Legionowem i magazyn medyczny przy bocznicy kolejowej na Pradze.
— Który?
— Jeśli chce ją utrzymać przy życiu, Legionowo.
— A jeśli nie?
Wiktor milczał.
Nie musiał odpowiadać.
Paweł podniósł rękę.
— Mam szpital.
Włączył głośnik.
— Przeniesienie zostało zatwierdzone przez administrację na podstawie dokumentów z wojskowego zespołu medycznego — wyjaśniała zdenerwowana kobieta. — Pacjentkę odebrało dwóch sanitariuszy i lekarz.
— Numery pojazdu? — zapytałem.
— Karetka miała wojskowe oznaczenia.
— Numer.
Słychać było klikanie klawiatury.
— WX 4821.
Paweł spojrzał na mnie.
— Taki numer nie pasuje do wojskowej rejestracji.
— Wiem.
— Monitoring? — zapytałem.
Kobieta zawahała się.
— Policja już zabezpieczyła nagrania.
Zacisnąłem szczękę.
— Jaka policja?
— Komisarz Milewski osobiście podpisał protokół.
Spojrzałem na Pawła.
To nie była ucieczka Rudzkiego przed śledztwem.
To było czyszczenie całej planszy.
Rudzki zabrał Teresę.
Milewski zabezpieczył monitoring.
Dominik zniknął.
Jeśli niczego nie zrobimy, za godzinę każdy oficjalny ślad zostanie zastąpiony wersją przygotowaną przez nich.
— Jedziemy do szpitala — powiedziałem.
— Adam, jeśli Milewski tam jest...
— Tym lepiej.
Dwadzieścia minut później weszliśmy do budynku tylnym wejściem.
Nie szukałem Milewskiego.
Szukałem ludzi, których zwykle nikt nie pyta.
Portiera.
Technika.
Kierowcy dostawczego.
Pracownika ochrony.
Pierwszy niczego nie widział.
Drugi pamiętał, że wojskowa karetka stała za długo przy rampie.
Trzeci powiedział, że miała świeżo przyklejone oznaczenia.
Czwarty, starszy ochroniarz, spojrzał na mnie długo, zanim odpowiedział.
— Pan jest mężem tej kobiety z OIOM-u?
— Tak.
Rozejrzał się po korytarzu.
— Komisarz zabrał rejestrator z głównej portierni.
— Wiem.
— Ale chyba zapomniał o kamerze przy bramie dostawczej.
Paweł i ja spojrzeliśmy na siebie.
Pięć minut później siedzieliśmy przed starym monitorem w małym pomieszczeniu technicznym.
Nagranie było ziarniste.
Ale wystarczająco dobre.
Fałszywa karetka wyjechała o 6:43.
Na fotelu pasażera siedział kapitan Wojciech Bral.
Ten sam człowiek, którego Paweł widział pod magazynem.
Kierowcy nie rozpoznawałem.
Karetka skręciła w prawo.
Potem zniknęła poza kadrem.
— Mamy Brala — powiedział Paweł.
— I mamy godzinę.
— To wciąż nie daje nam trasy.
— Nie musi.
Spojrzałem na nagranie jeszcze raz.
Na tylnej szybie karetki odbijało się coś czerwonego.
Powiększyliśmy obraz.
Logo stacji benzynowej.
Paweł zmarszczył brwi.
— To przy wyjeździe w stronę Legionowa.
Wiktor miał rację.
Ruszyliśmy.
Nie poinformowałem Milewskiego.
Nie poinformowałem nikogo z dowództwa.
W tej chwili nie wiedziałem już, która instytucja była zainfekowana, a która tylko ślepa.
Po drodze Paweł przesłał kopie wszystkich dokumentów z pendrive’a do trzech zaszyfrowanych lokalizacji.
— Jeśli stracimy komputery, pliki zostają — powiedział.
— Jeśli stracimy siebie?
Spojrzał na mnie.
— Też.
Nie podobało mi się to zdanie.
Ale było konieczne.
Stary ośrodek rehabilitacyjny pod Legionowem wyglądał na opuszczony.
Zardzewiała tablica.
Zarośnięta brama.
Okna częściowo zabite płytami.
Jednak na błotnistej drodze prowadzącej do budynku widniały świeże ślady opon.
Zostawiliśmy samochód kilometr dalej.
Podeszliśmy pieszo przez las.
Nie potrzebowaliśmy słów.
Po latach wspólnej służby wystarczały gesty.
Na zachodniej ścianie paliło się jedno światło.
Przy bocznym wejściu stała fałszywa karetka.
WX 4821.
Znalazłem ją.
Teresa była tutaj.
Albo była tutaj kilka minut wcześniej.
Paweł dotknął mojego ramienia i wskazał na kamerę nad drzwiami.
Nową.
Niepasującą do ruin.
— Ktoś inwestuje w bezpieczeństwo — szepnął.
Obeszliśmy budynek.
Przy tylnej rampie zauważyłem dwóch mężczyzn.
Jeden palił.
Drugi trzymał karabin przewieszony przez pierś.
Nie wyglądało to jak miejsce, w którym leczono pacjentów.
— Nie możemy wejść frontalnie — powiedział Paweł.
— Nie zamierzam.
— Co planujesz?
Wyjąłem telefon.
— Zmusić ich, żeby wyszli.
Zadzwoniłem do Wiktora.
— Potrzebuję numeru Dominika.
Podyktował mi go.
Wybrałem połączenie.
Dominik odebrał po trzecim sygnale.
— Wiedziałem, że zadzwonisz.
— Masz coś mojego.
Zaśmiał się.
— Twoja żona długo nie pociągnie.
Zacisnąłem dłoń tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę.
— Powiedz Rudzkiemu, że otworzyłem szafkę.
Cisza.
Śmiech zniknął.
— Co znalazłeś?
— Wystarczająco dużo, żeby połowa jego znajomych przestała spać spokojnie.
— Blefujesz.
— Zapytaj go o transport z 14 listopada sprzed trzech lat.
Dominik nie odpowiedział.
Trafiłem.
— Powiedz mu jeszcze jedno — dodałem. — Kopie są już poza moim zasięgiem. Jeśli Teresa umrze, pliki trafiają do ludzi, których nie kontroluje.
— Do kogo?
— Tego właśnie nie wiecie.
Rozłączyłem się.
Minęła minuta.
Potem druga.
Nagle boczne drzwi ośrodka otworzyły się.
Najpierw wyszedł Bral.
Za nim dwóch uzbrojonych ludzi.
Wreszcie Dominik.
Rozmawiał przez telefon i gestykulował gwałtownie.
Paweł spojrzał na mnie.
— Zdenerwowałeś ich.
— O to chodziło.
— I co teraz?
— Teraz sprawdzimy, czego pilnowali.
Kiedy samochód Dominika odjechał, pozostał tylko jeden człowiek przy wejściu.
Obeszliśmy budynek od strony piwnicy.
Stare okno techniczne miało zamek, który nie przetrwał pierwszej próby.
Weszliśmy do środka.
Zapach wilgoci mieszał się z wonią środków dezynfekujących.
Świeżą wonią.
Na korytarzu leżały nowe przewody medyczne.
Ślady kół łóżka prowadziły w głąb budynku.
Podążyliśmy za nimi.
Pierwsze pomieszczenie było puste.
Drugie pełne pudeł z wojskowymi oznaczeniami.
Trzecie zamknięte.
Usłyszałem zza drzwi regularny dźwięk monitora.
Serce uderzyło mi mocniej.
Otworzyłem.
Teresa leżała na łóżku.
Blada.
Nieprzytomna.
Podłączona do aparatury.
Przez sekundę cały świat zniknął.
Była tylko ona.
Podszedłem do łóżka.
— Teresa.
Jej powieki nie drgnęły.
Paweł sprawdził puls.
— Żyje.
Dopiero wtedy pozwoliłem sobie zaczerpnąć powietrza.
Ale coś się nie zgadzało.
Na stoliku obok łóżka nie było dokumentacji medycznej.
Była za to otwarta teczka.
W środku zdjęcia.
Moje.
Teresa.
Maks.
Wiktor.
Paweł.
I kilka osób, których nie znałem.
Na samym dole znajdowała się kartka z listą nazwisk.
Przy niektórych widniały czerwone krzyżyki.
Obok mojego nazwiska napisano:
„Etap końcowy po odzyskaniu nośnika.”
Paweł przeczytał to przez moje ramię.
— Adam...
Nie odpowiedziałem.
Na końcu listy znajdowało się nazwisko Teresy.
Bez krzyżyka.
Obok dopisano ręcznie:
„Przesłuchać ponownie. Zna lokalizację archiwum głównego.”
Spojrzałem na nią.
Pendrive ze skrytki nie był wszystkim.
Rudzki wciąż czegoś szukał.
A Teresa jako jedyna wiedziała, gdzie znajduje się dowód, którego bał się bardziej niż wszystkich pozostałych.
Wtedy z korytarza dobiegł metaliczny trzask.
Paweł zgasił światło.
Kroki.
Kilka osób.
Dominik wrócił.
Tym razem nie był sam.







No comments yet