Tomaszowi zniknął uśmiech dopiero wtedy, gdy jeden z policjantów założył mu kajdanki.
Nie protestował. Nie szarpał się. Pozwolił wyprowadzić się z sali z tą samą wyprostowaną postawą, z jaką przez lata wchodził na bankiety i spotkania z inwestorami.
Zanim zniknął za drzwiami, spojrzał jednak na Michała.
Nie na mnie.
Na niego.
— Sprawdź dokładnie, braciszku — powiedział cicho. — Może się okazać, że znasz tę historię gorzej, niż myślisz.
Michał nawet nie drgnął, ale znałam go wystarczająco dobrze, by zauważyć napięcie jego szczęki.
Policjant zapakował fiolkę do worka dowodowego. Pielęgniarka zabrała próbki do ponownej analizy, a druga zasłoniła drzwi sali. Gdy wreszcie zostaliśmy sami, Michał usiadł obok mnie.
— Nigdy nie widziałem tego leku — powiedział.
— Wiem.
— Ktoś użył mojego nazwiska.
— Właśnie o to mu chodziło.
Michał podniósł wzrok.
I oboje zrozumieliśmy to w tej samej chwili.
Tomasz nie tylko próbował mnie uciszyć.
Przygotował również człowieka, na którego można było zrzucić winę.
Kilka minut później wrócił prowadzący sprawę policjant z technikiem informatyki szpitalnej. Na ekranie tabletu widniał zapis wystawienia recepty. Lek został wydany trzy dni wcześniej w aptece oddalonej o niecałe dwa kilometry od szpitala.
Receptę wystawiono z konta Michała.
Ale miejsce logowania nie było jego gabinetem.
— Terminal administracyjny, czwarte piętro — powiedział technik. — Dostęp z sieci wewnętrznej.
Michał zmarszczył brwi.
— O tej godzinie byłem na bloku urazowym.
Technik przewinął ekran.
— System potwierdza. Pańska karta została użyta przy wejściu na salę operacyjną siedem minut wcześniej i ponownie przy wyjściu prawie dwie godziny później.
Policjant spojrzał na niego.
— Czyli ktoś użył pańskich danych, kiedy fizycznie nie mógł pan być przy tym terminalu.
Po raz pierwszy od chwili znalezienia fiolki poczułam, że mogę nabrać pełniejszego oddechu.
Tylko na sekundę.
— Kto ma dostęp do administracyjnego piętra? — zapytałam.
Technik zawahał się.
— Dyrekcja, członkowie rady szpitala, administracja prawna i osoby z czasowym identyfikatorem gościa.
Po chwili zmarszczył brwi i zaczął szybciej przesuwać palcem po ekranie.
— Jest coś jeszcze.
Kamera przy windzie na czwartym piętrze została przełączona w tryb serwisowy dokładnie na czternaście minut. W tym samym czasie ktoś użył tymczasowej karty gościa, żeby wejść do części administracyjnej.
— Na kogo była wystawiona? — zapytał policjant.
Technik pobladł.
— W rejestrze wpisano tylko „Vistula Development — kontrola techniczna”. Nazwisko użytkownika zostało usunięte.
Michał odwrócił się do mnie.
Oboje przypomnieliśmy sobie słowa Tomasza.
Znam ludzi z rady szpitala.
Mój prawnik, mecenas Adam Zieliński, stał dotąd przy oknie i przeglądał coś na telefonie. Nagle jego twarz się zmieniła.
— Musisz to zobaczyć.
Podał tablet Michałowi, a potem mnie.
Po odwołaniu Tomasza ze stanowiska prezesa system bezpieczeństwa Vistula Development automatycznie zarejestrował trzy próby uzyskania dostępu do zabezpieczonego archiwum właścicielskiego. Ktoś próbował otworzyć dokumenty dotyczące mojego funduszu powierniczego i praw głosu.
Pierwsze dwie próby pochodziły z kancelarii obsługującej spółkę.
Trzecia...
...z sieci należącej do Szpitala Miejskiego im. św. Łukasza.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— To niemożliwe — powiedział Michał.
— Nie — szepnęłam. — To bardzo możliwe.
Poprosiłam Adama o otwarcie niebieskiego pliku.
Wiedziałam, że w dwudziestu trzech spółkach-wydmuszkach są jeszcze rzeczy, których nie zdążyłam przeanalizować. Przez ostatnie tygodnie skupiałam się na największych przelewach, zakładając, że drobniejsze transakcje służą jedynie ukrywaniu prowizji.
Teraz wyszukaliśmy słowo „szpital”.
Pojawiło się siedem wyników.
Jedna z firm, Baltic Meridian Consulting, otrzymała od Vistula Development ponad dziewięćset tysięcy złotych w ciągu osiemnastu miesięcy.
Oficjalnie za „doradztwo inwestycyjne”.
Dwa dni po każdym większym przelewie niemal identyczne kwoty trafiały do fundacji wspierającej rozbudowę Szpitala Miejskiego im. św. Łukasza.
Michał patrzył na ekran bez słowa.
— Kto nadzoruje tę fundację? — zapytał policjant.
Michał odpowiedział dopiero po chwili.
— Przewodniczący rady szpitala. Profesor Roman Bielski.
Nazwisko uderzyło mnie mocniej niż ból żeber.
Znałam je.
Roman Bielski siedział przy naszym stole podczas zeszłorocznej gali charytatywnej Vistula Development. Tomasz przedstawił go wtedy jako „człowieka, który potrafi otworzyć każde drzwi w tym mieście”.
Pamiętałam ich obu stojących później na tarasie.
Rozmawiali szeptem.
Kiedy podeszłam, umilkli.
Wtedy uznałam, że omawiają sprawy fundacji.
Teraz wiedziałam lepiej.
Adam przewinął dokumenty dalej.
— Jest jeszcze coś.
Na ekranie pojawił się skan umowy sprzed siedmiu miesięcy. Vistula Development miała dostać ogromny kontrakt na przebudowę nowego skrzydła diagnostycznego szpitala.
Podpisy były dwa.
Tomasza.
I profesora Romana Bielskiego.
Poczułam zimno, które nie miało nic wspólnego z klimatyzacją.
— Michał — powiedziałam. — Tomasz nie próbował tylko zniszczyć mnie i ciebie.
Mój brat spojrzał na mnie.
— Chciał również ochronić kogoś tutaj.
W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się.
Do środka weszła pielęgniarka, wyraźnie zdenerwowana.
— Doktorze Kowalski... profesor Bielski właśnie przyjechał.
Michał wstał.
— Gdzie jest?
Pielęgniarka przełknęła ślinę.
— Nie pyta o pana.
Spojrzała na mnie.
— Powiedział, że chce rozmawiać z pańską siostrą. Sam na sam.
Mój monitor przyspieszył.
A potem pielęgniarka dodała:
— I twierdzi, że wie, dlaczego Tomasz próbował ją zabić.
Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet