Michał nawet nie odpowiedział pielęgniarce.
Po prostu podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
— On nigdzie z tobą nie zostanie sam — powiedział.
— Michał...
— Nie.
W jego głosie nie było już tonu lekarza.
Był moim starszym bratem.
Adam odłożył tablet na stolik.
— Jeśli Bielski naprawdę coś wie, policja powinna to usłyszeć.
Prowadzący sprawę funkcjonariusz skinął głową.
— Wprowadzimy go tutaj. Rozmowa zostanie nagrana.
Kilka minut później Roman Bielski wszedł do sali.
Nie przypominał człowieka, którego pamiętałam z gali.
Tamtego wieczoru miał idealnie skrojony smoking, pewny uśmiech i sposób mówienia człowieka przyzwyczajonego do tego, że ludzie czekają na jego decyzje.
Teraz jego twarz była szara.
Pod oczami miał głębokie cienie, a prawa dłoń lekko mu drżała.
Kiedy zobaczył Michała, zatrzymał się.
— Nie chciałem, żebyś był przy tej rozmowie.
— Dlatego właśnie jestem — odpowiedział Michał.
Bielski spojrzał na policjanta, potem na kamerę rejestrującą rozmowę.
— To nie jest konieczne.
— Jest — powiedziałam.
Spojrzał na mnie.
Przez kilka sekund milczał.
Potem usiadł.
— Tomasz nie próbował cię zabić dlatego, że odkryłaś kilka fałszywych faktur.
— Wiem o dwudziestu trzech spółkach-wydmuszkach.
Na jego twarzy pojawił się cień zdziwienia.
— W takim razie wiesz więcej, niż sądziłem.
— A pan wie więcej, niż powiedział pan policji.
Michał położył przed nim wydruk umowy dotyczącej nowego skrzydła diagnostycznego.
— Dziewięćset tysięcy przez Baltic Meridian Consulting. Potem prawie te same kwoty w fundacji szpitalnej.
Bielski spojrzał na dokument.
Nie zaprzeczył.
To wystarczyło.
— Jak długo? — zapytałam.
— Dwa lata.
Michał zrobił krok w jego stronę.
— Dwa lata przyjmowałeś pieniądze od Tomasza?
— Nie dla siebie.
— To ma być usprawiedliwienie?
— Szpital tonął w długach.
— Więc prałeś pieniądze?
Bielski uderzył dłonią w oparcie krzesła.
— Ratowałem oddziały, które miały zostać zamknięte!
W sali zapadła cisza.
Bielski natychmiast pożałował wybuchu.
Opuścił głowę.
— Na początku to były legalne darowizny — powiedział ciszej. — Tomasz finansował sprzęt, remonty, stypendia dla lekarzy. Później zaczął stawiać warunki.
— Jakie? — zapytał policjant.
— Dostęp do dokumentacji przetargowej. Informacje o planowanych inwestycjach. Nazwiska osób, które podejmowały decyzje. Potem poprosił o tymczasowe karty dostępu dla swoich ludzi.
Michał zesztywniał.
— Sam mu je wydałeś?
Bielski nie odpowiedział od razu.
— Podpisywałem zgody.
— Włącznie z kartą używaną trzy dni temu?
— Nie wiem.
— Odpowiedz.
— Nie wiem!
Po raz pierwszy w jego głosie usłyszałam prawdziwy strach.
Policjant pochylił się nad stołem.
— Profesorze, znaleźliśmy receptę wystawioną z konta doktora Kowalskiego. Ktoś wykorzystał dostęp szpitalny, żeby zdobyć lek użyty przeciwko tej kobiecie.
Twarz Bielskiego straciła resztkę koloru.
— Nie wiedziałem o tym.
— Ale umożliwił pan wejście człowiekowi Tomasza — powiedział Michał.
Bielski zacisnął dłonie.
— Tomasz powiedział, że chodzi o audyt techniczny.
Prawie się roześmiałam.
Nie dlatego, że było to zabawne.
Dlatego, że dokładnie tak działał Tomasz.
Nigdy nie prosił ludzi o popełnienie przestępstwa od razu.
Najpierw prosił o drobną przysługę.
Potem o drugą.
A kiedy człowiek orientował się, jak daleko zaszedł, Tomasz miał już na niego wystarczająco dużo, by nigdy nie pozwolić mu się wycofać.
— Czym pana szantażował? — zapytałam.
Bielski podniósł wzrok.
Wiedział, że zgadłam.
— Tomasz posiada nagrania z rozmów rady szpitala. Ma dokumenty pokazujące, że przesuwałem środki fundacji między projektami bez wymaganych zgód.
— Nielegalnie?
— Tak.
Michał odwrócił się od niego z obrzydzeniem.
— Ilu ludzi miało dostęp dzięki twoim decyzjom?
— Nie wiem.
— Ilu?
— Co najmniej sześciu.
Policjant natychmiast zaczął notować.
— Nazwiska.
Bielski wymienił cztery.
Dwa kolejne znał tylko z imion.
Żadne z nich nie należało do Tomasza.
— On nigdy nie przychodził osobiście — powiedział. — Wysyłał innych.
To zdanie sprawiło, że coś ścisnęło mi żołądek.
Przypomniałam sobie fiolkę w kieszeni Tomasza.
Zbyt oczywistą.
Zbyt łatwą do znalezienia.
— A jeśli Tomasz chciał, żeby policja ją znalazła? — powiedziałam.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
— Co masz na myśli? — zapytał Adam.
— Jeśli naprawdę chciał mnie otruć i zabić, dlaczego nosił pustą fiolkę przy sobie? I dlaczego była wystawiona na Michała?
Michał powoli odwrócił głowę w stronę Bielskiego.
Policjant zrozumiał pierwszy.
— Bo fiolka nie miała ukryć przestępstwa.
— Miała skierować śledztwo — dokończyłam.
Na Michała.
Na szpital.
Na fałszywą historię o skorumpowanym lekarzu, który przepisywał narkotyki własnej siostrze.
Tomasz nie improwizował.
Przygotowywał tę wersję dużo wcześniej.
— Po co? — zapytał Michał.
Odpowiedź przyszła do mnie niemal natychmiast.
— Żeby policja patrzyła tutaj, kiedy ktoś inny będzie usuwał ślady gdzie indziej.
Adam gwałtownie sięgnął po telefon.
— Archiwum Vistula Development.
Zadzwonił do administratora systemu.
Słuchaliśmy tylko jednej strony rozmowy.
— Sprawdź wszystkie logowania od chwili zatrzymania Tomasza... Nie, nie tylko jego konto... konto administratora też.
Zamilkł.
Jego twarz stężała.
— Kiedy?
Odłożył telefon.
— Dwadzieścia minut temu ktoś rozpoczął zdalne kasowanie kopii zapasowych dokumentacji finansowej firmy.
Serce zaczęło walić mi szybciej.
— Zatrzymali to?
— Częściowo.
— Co zniknęło?
Adam spojrzał na mnie.
— Folder dotyczący Baltic Meridian.
Bielski gwałtownie wstał.
— To niemożliwe.
Policjant zablokował mu drogę.
— Proszę usiąść.
— Nie rozumiecie.
Bielski spojrzał na mnie.
Strach w jego oczach był teraz czysty.
— Baltic Meridian nie należało do Tomasza.
W pomieszczeniu zrobiło się całkowicie cicho.
— Do kogo należało? — zapytałam.
Bielski przełknął ślinę.
— Nie wiem. Tomasz nigdy nie powiedział mi nazwiska. Ale raz, podczas spotkania, usłyszałem, jak rozmawiał przez telefon.
— I?
— Powiedział: „Jeśli ona otworzy audyt, dotrze do człowieka nad nami wszystkimi”.
Michał spojrzał na mnie.
— Człowieka nad nimi?
Bielski skinął głową.
— Tomasz nie był na szczycie.
W tej samej chwili telefon Adama zawibrował.
Na ekranie pojawiło się automatyczne powiadomienie z niebieskiego pliku.
NIEAUTORYZOWANA PRÓBA DOSTĘPU.
Ktoś właśnie próbował otworzyć moje zaszyfrowane dowody.
Adam wszedł w szczegóły połączenia.
I zbladł.
— To nie pochodzi z firmy.
— Skąd? — zapytałam.
Podniósł na mnie wzrok.
— Z tego szpitala.
Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.







No comments yet